Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (121) / 2009

Tadeusz Kosiek,

MADE IN POLAND

A A A
Ten tekst – wbrew temu, co może sugerować tytuł – nie jest poświęcony zapomnianemu klasykowi polskiej „zimnej fali”. Nie ma też żadnego związku z muzyką nagrywaną w naszym kraju przez koncertujące w nim zagraniczne zespoły i/lub solistów. Jego zadaniem jest zarekomendowanie kilku płyt, które w ubiegłym roku wydano w Polsce. Możliwe więc, że tytuł powinien brzmieć „released in Poland”, miast jednak zastanawiać się, który z nich będzie lepszy, przejdę po prostu do meritum.

Okazuje się, że nasz kraj staje się potęgą, jeśli chodzi o publikowanie nagrań, których autorami są obcokrajowcy. Oczywiście nie doszliśmy jeszcze do tego, że w naszym kraju swój premierowy materiał wydają rozmaite Madonny i Britney`e, ale polskie wytwórnie wydały całkiem sporo płyt artystów powszechnie uznawanych za gwiazdy w swoich gatunkach. W ostatnim okresie prym w tej dziedzinie wiedzie Not Two, którego wydawnictwa nie tylko są regularnie omawiane przez liczące się światowe periodyki poświęcone jazzowi (warto przypomnieć, że portal All About Jazz wybrał Not Two do piątki najważniejszych wytwórni jazzowych roku 2005), ale można je znaleźć w ofercie wielu sklepów muzycznych na całym świecie. Sądzę więc, że w tym tekście nie muszę polecać krakowskiej oficyny i skupię się na krótkim omówieniu trzech płyt wydanych przez inne krajowe labele.

Pierwszą z nich jest „Takusan No Ohanasan” kolektywu muzycznych dekonstruktorów działających pod szyldem Satanicporncultshop. Ta japońska ekipa didżejów, producentów, instrumentalistów i wokalistów, niekwestionowanych mistrzów plądrofonii i muzycznego recyklingu, już na dobre zadomowiła się w zambrowskiej wytwórni Vivo Records, która w ostatnich latach stała się spokojną przystanią dla wszelkiej maści freaków z Kraju Kwitnącej Wiśni. „Takusan No Ohanasan” to chyba najlepszy album w dotychczasowej dyskografii zespołu, na nim bowiem w perfekcyjny sposób udało się wyważyć proporcje między de- oraz re-konstrukcją. Prześmiewcze wykoślawienie i przedrzeźnianie popkultury poprzez karkołomne żonglowanie materiałem znalezionym na jej śmietniku w paradoksalny sposób doprowadziło do stworzenia nagrań obdarzonych olbrzymią dawką popowości właśnie. Ba, wręcz przebojowości, choć nie bez utraty posmaku elitarnej awangardowości (o ile termin „awangarda” w obecnych czasach ma jeszcze w ogóle sens). Easy listening zainfekowany dubem, etno przefiltrowane przez breakcore, pop przełamany hiphopem i tym podobne hybrydy składają się na eklektyczny multikulturowy przekładaniec, skonstruowany z oryginalnych kompozycji zespołu i jego poszczególnych członków, remiksów nagrań innych wykonawców, coverów, plagiatów, cytatów, transkrypcji, trawestacji i nie wiadomo czego jeszcze. Ów muzyczny brikolaż, będący swoistym suplementem do produkcji współczesnej „muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej” wyolbrzymia niektóre jej cechy, ale nie jest jej zwyczajną karykaturą. To raczej rezultat gry prowadzonej z jej kanonami, prowadzącej do zdefiniowania ich na nowo. Kapitalna płyta popowa i traktat filozoficzno-estetyczny w jednym.

Propozycją numer dwa jest wydana przez niewielką katowicką wytwórnię emd.pl/records płyta „Interference” tria Anthony Pateras/ Sean Baxter/ David Brown. Na potrzeby muzyki, jaką grają Australijczycy, ukuto kiedyś termin „improwizowana kameralistyka”. W przypadku tria Pateras/ Baxter/ Brown do tego określenia należałoby dołożyć jeszcze przymiotnik „preparowana”, gdyż każdy z instrumentów (fortepian, perkusja, gitara) poddany zostaje preparacjom, które sprawiają, ze żaden z nich nie brzmi tak, jak powinien. Nie brzmi tak, jak do tego zostaliśmy przyzwyczajeni. Fortepian i gitara stają się instrumentami stricte perkusyjnymi, natomiast perkusja tę cechę zdaje się zatracać. Niezwykłe wielobarwne brzmienia nie są jednak celem samym w sobie, lecz tylko jednym ze środków, którymi posługują się muzycy w celu stworzenia poszczególnych nagrań. Nie zapominają o konsekwentnym kształtowaniu ich form i budowaniu struktur. Co ciekawe, pomimo tego, że mamy do czynienia z muzyką improwizowaną, nie ma tu miejsca ani na ekspresyjne partie solowe, ani na efektowne dialogi instrumentalistów. Tutaj „każdy gra swoje”, ale to, co i jak gra, służy współtworzonej konstrukcji, staje się jej istotną częścią. Na koniec dodam tylko, że jeśli określenie „preparowana improwizowana kameralistyka” określa stylistykę, w obrębie której porusza się trio, to termin „gamelan skorodowanych mechanizmów” będzie dobrym opisem uzyskanego przez nią brzmienia.

Ostatnią płytą jest, wydana przed miesiącem nakładem warszawskiej wytwórni Monotype Records, „Inscape. Lille-Flandres” francuskiego duetu Eric La Casa/ Jean-Luc Guionnet. Jak wyjaśniają sami twórcy: „Inscape jest dla nas pewnego rodzaju nadrzędną nazwą, pod którą gromadzą się różne idee i projekty bazujące bezpośrednio lub pośrednio na przechwytywaniu na żywo materiałów dźwiękowych i wizualnych. (…) Słuchamy miejsc, lokalizacji, otoczenia w ich własnej postaci (…) Forma dźwiękowa zostaje wyprowadzona lub uformowana z części składowych w taki sposób, by stworzyć melodyjność, która jest nieprzewidywalna lecz jednak kontrolowana”. Tym razem tworzywem, które uległo transmutacji w muzykę są odgłosy dworca kolejowego w Lille i jego najbliższego otoczenia. W muzykę, gdyż rezultat jest do pewnego stopnia muzyczny, gdyż w wielu fragmentach wygenerowanego soudscape’u pojawiają się rytm, harmonia, melodia. Płyta zawiera fragmenty instalacji dźwiękowej przedstawionej przez duet w ramach Festiwalu Audioframes, który odbył się w Lille w 2004 roku. La Casa i Guionnet zawiadywali rozbudowanym systemem audiowizualnym (kamery, monitory, mikrofony, głośniki, itd.), dzięki, któremu mogli na żywo „grać dźwiękami” przechwytywanymi m.in. z ulicy, stacji i torów kolejowych, baru, piwnicy. Oczywiście wewnętrzna struktura „Inscape. Lille-Flandres” jest poszatkowana, bo La Casa i Guionnet swobodnie przeskakują od jednego obiektu do innego, jednak to właśnie owa mozaikowość jest najbardziej fascynująca. Dźwięki wyrwane z bezpiecznego kontekstu wchodzą ze sobą w niezwykłe relacje i, zbijając nieco z tropu zmienną niekonsekwencją następstw, zachwycają swoją mocą oraz sugestywnością niesionych ze sobą skojarzeń i obrazów. Cóż, muzyka jest zawsze wokół nas, trzeba tylko uważnie się wsłuchać.

Gorąco polecam wszystkie omówione w tym tekście płyty (ze wskazaniem na pierwszą), mając nadzieję, że rok 2009 przyniesie kolejne tak udane wydawnictwa, które znów ukażą się nakładem krajowych wytworni. Oby wśród ich autorów znaleźli się również Polacy!