Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (122) / 2009

Bernadetta Darska, Agnieszka Mrozik,

MAMY PRAWO DO FEMINISTYCZNEGO ELEMENTARZA

A A A
Z Bernadettą Darską rozmawia Agnieszka Mrozik
Agnieszka Mrozik: „Czas Fem” – tytuł Twojej książki – to czas feminizmu? W Polsce to czas przeszły, teraźniejszy czy może przyszły?

Bernadetta Darska: Tytuł książki można traktować wieloznacznie. Wyraźną sugestią z mojej strony jest na pewno utożsamienie „Czasu Fem” z czasopismami feministycznymi, a szerzej z tematyką feministyczną obecną na łamach czasopism kulturalnych. Pojawianie się kobiecych numerów monograficznych, licznych tekstów rozproszonych dotykających tematyki feminizmu, gender studies czy queer theory to z pewnością syndrom nowych czasów. Z jednej więc strony w kontekście czasopism kulturalnych można mówić o „Czasie Fem” i przypieczętować tytuł wykrzyknikiem. Z drugiej jednak, gdy przyjrzymy się, jak wygląda sytuacja prasy feministycznej, bardziej zasadny okaże się znak zapytania, sugerujący zaniepokojenie istniejącym stanem rzeczy i wątpliwości. Okazuje się, że obecnie polski feminizm może się pochwalić tylko jednym tytułem – krakowskim kwartalnikiem „Zadra”.

Ale tytuł książki można również czytać jako czas feminizmu. Nie oznacza to, oczywiście, że możemy spocząć na laurach, uważając, iż kwestia kobieca została pozytywnie rozwiązana. Co to, to nie. Jest wiele do zrobienia, zwłaszcza że feminizm wydaje się być takim samoodradzającym się problemem dla społeczeństwa. Coraz częściej postulaty feministyczne traktuje się poważnie, a przynajmniej pozornie tak się wydaje, ale jednocześnie pojawiają się kolejne osoby, grupy społeczne, którym trzeba wyjaśniać podstawowe sprawy. Można w tym kontekście mówić o regułach dyskursu publicznego sytuujących kobiety w pozycji ofiary lub petentki. Niezależnie od pozycji, jaką feminizm zajmuje, to przedstawicielki ruchu kobiecego sa zwykle wzywane „do tablicy” i zmuszane do tłumaczenia się z kwestii elementarnych. Żeby więc móc powiedzieć, że faktycznie nastał „Czas Fem”, należałoby doprowadzić do takiej sytuacji, w której obraźliwe, pogardliwe, lekceważące czy seksistwoskie wypowiedzi spotykałyby się z ostracyzmem. Odpowiadając więc na Twoje pytanie: czy czas przeszły, teraźniejszy czy przyszły, powiedziałabym, że feminizm wymyka się kategorycznym klasyfikacjom – po części więc określenie „Czas Fem” można traktować jako nadzieję na lepsze jutro, po części jako diagnozę „tu i teraz”, ale też jako wspomnienie dobrych czasów, które minęły.

A.M.: We wstępie do książki piszesz, że aktualnie feminizm wszedł do obiegu czytelniczego, wydawniczego itd., a zarazem zauważasz, że z wyjątkiem „Zadry” nie ma dziś w Polsce czasopism feministycznych – że czasopisma feministyczne to dziś w Polsce „projekt zamknięty”. Także do księgarń trafia obecnie mniej niż w latach 90. nowych publikacji poświęconych feminizmowi i tzw. „kwestii kobiecej”. Jak wytłumaczyć ten paradoks?

B.D.: W książce zajmuję się tytułami wydawanymi w wersji papierowej i faktycznie w tym względzie sytuacja prasy feministycznej wydaje się co najmniej zasmucająca. Po pierwsze, polskie feministki mają tylko „Zadrę”. Krakowski kwartalnik bardzo cenię i uważam, że próbuje na swoich łamach oddać wielogłosowość i różnorodność tak charakterystyczną dla feminizmu. Ale... Ale jedno pismo to bardzo mało. Marzy mi się taka sytuacja, by polska feministka miała do wyboru kilka tytułów, by mogła wskazać swoje ulubione pismo feministyczne lub cieszyć się częściej nowymi numerami tytułów feministycznych.

Po drugie, niepokojące jest, iż świetna inicjatywa wydawania pisma akademickiego zajmującego się studiami gender, mam tu na myśli warszawską „Katedrę”, nie udała się. W 2001 roku ukazały się cztery numery, po trzech latach jeszcze jeden i później już nic. Czyli pismo upadło. Dlaczego tak się stało? I dlaczego mimo powstawania nowych ośrodków czy kursów gender studies w innych miastach pomysł wydawania pisma nie pojawił się ponownie? Co jest tego przyczyną? – bo przecież badaczek i badaczy tematyki feministycznej mamy coraz więcej.

Po trzecie, odrodzenie się pisma „Bluszcz”. W przypadku tytułu wydawanego w latach 1865-1939 zgodnie akcentuje się wysoki poziom prezentowanych tekstów publicystycznych, stale obecny postulat doskonalenia się, obecność problematyki prawnej, rodzinnej, społecznej i kulturalnej. Czy o miesięczniku, który pojawił się w 2008 roku, również można tak powiedzieć? I czy reklamowana w mediach wysokonakładowych reaktywacja pisma faktycznie stanowi odpowiedź na oczekiwania feministek? Bardzo w to wątpię. Owszem, nakład jest wymarzony – 150 tysięcy egzemplarzy, gorzej jednak z zawartością. Pojawia się więc pytanie, czy w tym akurat przypadku bardziej zasadne nie byłoby mówienie o zawłaszczeniu tradycji. Redaktorki twierdzą, iż zależy im przede wszystkim na czytelniczce wyedukowanej, zainteresowanej szeroko rozumianą kulturą, lubiącej czytać, tymczasem prezentowane na łamach pisma opowiadania odwołują się raczej do niższych rejestrów, a wzorcowa adresatka zdaje się preferować przede wszystkim mało wyszukane historie o miłości, które trudno czasami uznać nawet za przeciętną pop-literaturę.

A.M.: Czy jeśli chodzi o feminizm w mediach – i jako przekaz, i jako przekaźnik – możemy sobie pozwolić na optymizm? Podobnie w literaturze/krytyce literackiej – jest dobrze (rewolucyjnie, jak pisała niedawno Kazimiera Szczuka) czy przeciętnie (jak zauważył jakiś czas temu Przemysław Czapliński)?

B.D.: Na optymizm z pewnością nie. Ale też wypadałoby w tym miejscu zapytać, czy feminizm ma szansę na bycie ideą głównonurtową? I czy, jeśli nie, jest to faktycznie potwierdzenie słabości ruchu kobiecego? Wydaje mi się, że takie traktowanie feminizmu byłoby z gruntu fałszywe. Krytyka feministyczna w Polsce ma co robić. Nie tylko pojawiają się nowe książki, ale też odczytywane na nowo są książki wydane jakiś czas temu. Wielkim wyzwaniem i obszarem do przepracowania dla krytyki feministycznej jest – tak uważam – literatura popularna. Wystarczy chociażby wspomnieć świetną Grażynę Plebanek czy wydarzenie minionego roku – „Trzepot skrzydeł” Katarzyny Grocholi. Jednocześnie zagrożeniem dla feministycznego czytania literatury może być stosowanie taryfy ulgowej dla książek pisanych przez kobiety. Tak się np. stało ze „Śladem po mamie” Marty Dzido – ewidentnie mieliśmy tu do czynienia z lekturą ideologiczną, słuszny temat przysłonił fakt, iż jest to marna literatura. Wyzwaniem dla krytyki feministycznej jest też unikanie ostatecznych rozpoznań, uciekanie od orzekania, że coś jest „właściwe” lub „prawdziwe”, bo przecież „wspólnota interpretacyjna genderystów”, o której pisze Inga Iwasiów, sprowadza się do świadomości, „że nie ma identycznych celów wszystkich naraz feminizmów/osób/grup, a co za tym idzie – tożsamych interpretacji”.

A.M.: Dziś feminizm przeniósł się w dużej mierze do internetu – sama wymieniasz kilka pism internetowych poświęconych problematyce feminizmu. Czy feminizm w internecie to dowód słabości czy siły polskiego feminizmu? Czy masz w planach napisanie przewodnika po feminizmie internetowym? Taki „Czas cyberfem”?

B.D.: Nie planuję napisania książki, odpowiednika „Czasu Fem”, w której przyglądałabym się feminizmowi w internecie. Przynajmniej na razie. Śledzę jednak jego sieciową obecność, często zaglądam na feministyczne strony i czytam wpisy na feministycznych blogach. To z pewnością ważne źródło informacji i rodzaj nieoficjalnego portretu polskiego ruchu kobiecego.

Jeśli chodzi o aktywność czasopiśmienniczą w Internecie, jest z tym różnie. Owszem, istnieje kilka pism, tyle że wydają się one być efemerydami. Zarówno „Interalia”, jak i „uniGENDER” zaincjowały swoją działalność, ale trudno tu mówić o jakiejkolwiek systematyczności, jeśli na stronie internetowej od dawna nic się nie dzieje, nikt na tę stronę nie zagląda. Cykliczność udaje się zachować „artmixowi” – feministycznemu pismu poświęconemu sztuce. Z drugiej jednak strony mamy kluczową dla polskiego feminizmu stronę „Feminoteki” – jeśli ktoś szuka informacji na temat kobiet z bardzo różnych dziedzin, na pewno je tam znajdzie. Warto też wspomnieć o feministycznych blogach – czy to prowadzonych przez znane feministki (np. „bez jaj”), czy dziewczyny, które feminizmowi sprzyjają. Trudno tu mówić o sile lub słabości. To ważne, by feminizm był w internecie, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach internet jest tym medium, w którym szukamy pierwszych informacji. Gdyby jednak polski ruch kobiecy był obecny tylko w sieci, uważałabym, iż jest to jego porażka. Na szczęście – choć prócz „Zadry” papierowych czasopism nie ma, to jednak jest wiele książek i możemy je czytać.

A.M.: Zwracasz uwagę, że dziś chętniej pisze się o gender i queer – nie tylko chętniej niż kilka lat temu, ale w ogóle chętniej niż o samym feminizmie – zupełnie jakby słowo na „f” nadal było groźne, kontrowersyjne. Czy nie mamy przypadkiem do czynienia z niebezpiecznym w gruncie rzeczy podziałem na ideologiczny (polityczny) feminizm i naukowe gender/queer studies?

B.D.: Problem jest chyba nieco prostszy i najzwyczajniej w świecie zabawny. Mam wrażenie, że słysząc „feminizm”, wiele osób widzi od razu walczące z mężczyznami i palące przysłowiowe staniki kobiety, uruchomiony więc zostaje stereotyp. W przypadku gender lub queer mamy często do czynienia z niewiedzą – a skoro ktoś nie wie, co dane słowo znaczy, zwykle wówczas milczy, nawet nie musi swojej agresji poskramiać, bo ona się po prostu nie uaktywnia. Oczywiście, zdarzają się wiele razy oskarżenia o ideologiczność, o polityczność, o mówienie w imieniu mniejszości, a więc w domyśle występowanie przeciwko większości, wreszcie o pozorną jedynie naukowość. Tyle że współcześnie można powoli „odpuścić sobie” tłumaczenie się. Anna Nasiłowska pisała swego czasu w „Tekstach Drugich”: „Feministyczna krytyka literacka to sprawa poważna i pewien poważny obszar problemowy, mocno już zagospodarowany, o własnym dorobku, autorytetach, klasykach. Jeśli ktoś uznaje pewną jej część na przykład za radykalną, to z pewnością znajdzie się inna, która właśnie ją zwalcza. Wynika to nie tyle ze skłócenia ze sobą autorów (autorek), co z tego, że cały ruch rozwija się bardzo intensywnie na Zachodzie co najmniej od lat siedemdziesiątych i podlega takim samym zmianom, jak reszta sposobów ujmowania literatury”. Jeśli więc ktoś ma problem z istnieniem feminizmu, to jest to problem głównie jego i jej ignorancji, a nie problem feministek.

A.M.: Piszesz o potrzebie odczarowania „tematyki kobiecej” w mediach. Ja bym dorzuciła literaturę, sztukę, politykę. Jak tego dokonać?

B.D.: O, to bardzo trudne pytanie. Gdybym wiedziała, myślę, że problemy ze słowem na „f” zniknęłyby na zawsze. Mam tu na myśli problemy z przynależnością („jestem feministką, ale...”), z niechęcią („nie cierpię feministek”), wreszcie ze skutecznością („co zrobić, by nas lepiej słyszano?”). Niestety, nie znam recepty na feministyczny sukces. Na pewno krokiem naprzód jest fakt, że takie słowa jak gender, queer czy feminizm normalnieją. Coraz więcej osób ich używa, coraz więcej osób tą tematyką się zajmuje i coraz częściej traktuje się te słowa jak każde inne. Myślę, że za ważny można uznać fakt, iż teksty szowinistyczne, seksistowskie, a także kategoryczne tezy o naturalnym przeznaczeniu kobiety do roli matki i żony i o wynikającym z tego naturalnym miejscu – domu, spotykają się wielokrotnie z niechęcią i śmiechem. Brzmią bowiem albo zabawnie, albo głupio. A odczarowania wymaga właściwie każda forma aktywności i każda przestrzeń, w której dochodzi do funkcjonowania obu płci. Literatura, sztuka, społeczeństwo, media... W Polsce chyba nie ma szans na feministyczną rewolucję. Ale małymi kroczkami... To duża zmiana, że pewne rzeczy dotyczące płci teraz widzimy: wcześniej nie tylko ich nie dostrzegaliśmy, ale też zaprzeczaliśmy ich istnieniu.

A.M.: Czy numery monograficzne czasopism kulturalnych poświęcone feminizmowi i „kwestiom kobiecym” poza tym, że „oswajają” czytelników z tą problematyką, nie są formą gettoizacji kobiet i/lub feminizmu?

B.D.: Jestem przekonana, że nie. Zwykle są to bardzo ciekawe prezentacje, pokazujące tematykę kobiecą z innej, niestereotypowej strony. Wyraźnie akcentowany jest też fakt, iż przyjrzenie się temu, co dotyczy kobiet, jest także ważną refleksją na temat społeczeństwa, państwa, historii czy kultury w ogóle. Nie mamy więc tu do czynienia z opowieścią anegdotyczną, ciekawostkową, akcentującą marginalność tematyki. Wręcz przeciwnie – nacisk położony jest na to, że poznajemy ważną, dotychczas przemilczaną opowieść o świecie. Poza tym istotne wydaje mi się to, że w przypadku numerów monograficznych mamy zwykle do czynienia z materiałem niejako ponadczasowym. Feministyczne wydania „Tekstów Drugich” na przykład – choć ukazały się dobrych kilka lat temu – są bardzo przydatne także dzisiaj. Nie wolno też zapominać, że pojawiają się nowe pokolenia czytelniczek i czytelników – oni i one też mają prawo do swojego elementarza feministycznego.

A.M.: Zwracasz uwagę na konieczność archiwizowania pism feministycznych i kulturalnych poświęconych problematyce feministycznej/kobiecej. Dysponujesz takim archiwum? Skąd pochodzi materiał wykorzystany w Twojej książce? Jak wygląda zaopatrzenie bibliotek, jeśli chodzi zwłaszcza o pisma feministyczne?

B.D.: Pisząc książkę, korzystałam z archiwum prywatnego – to zbiory gromadzone przez wiele lat, ale też dużo czasu spędziłam w czytelni w bibliotece. Starałam się dotrzeć do wszystkich numerów danego czasopisma. Data, którą przyjęłam za początkową, to rok 1989, kończyłam na wydaniach najnowszych – z 2008 roku. Wielokrotnie miałam więc do czynienia w kilkunastoletnim okresem historii pisma. Myślę, że gdybym nie interesowała się tą tematyką od wielu lat, byłoby mi o wiele trudniej.

Dlatego archiwizowanie tego typu materiałów wydaje mi się bardzo istotne – zarówno jeśli chodzi o prasę feministyczną, jak i czasopisma kulturalne niezorientowane ideowo. Mamy tu do czynienia niewątpliwie z kulturą niszową – nakład nie przekracza zwykle tysiąca egzemplarzy. Jeśli więc nie kompletujemy danego tytułu na bieżąco, często okazuje się, że jest on potem nieosiągalny – nie dysponują nim biblioteki, a w redakcjach nakład jest wyczerpany. Przykładem może być „Pełnym głosem”. Zdobyłam wszystkie numery pisma jeszcze na studiach. Pamiętam, że kiedy pojechałam do biblioteki UW, chcąc wówczas „Pełnym głosem” wypożyczyć, okazało się, że pismo skradziono. Gdyby ktoś teraz chciał skompletować pięć numerów periodyku feministycznego, miałby duże trudności. W księgarni internetowej „eFKi” można kupić jedynie numer 3 i 4, w księgarni Feminoteki nie ma pisma w ogóle. Pozostaje ksero, no i wyprawa do którejś z bibliotek feministycznych w Warszawie czy Krakowie. Część tekstów z numerów archiwalnych „Pełnym głosem”, „OŚKi” czy „Zadry” jest udostępnianych w internecie, ale nie zmienia to faktu, iż obecnie pisma te wydają się być białym krukiem. Stąd fakt, iż jestem w posiadaniu wszystkich numerów, bardzo mnie cieszy. Ale problemy z dotarciem do danego tytułu dotyczą nie tylko prasy feministycznej i tych czasopism, które już się ukazują. Równie trudno jest czasami zdobyć archiwalne wydania czasopism kulturalnych. Biblioteki często nie posiadają wielu tytułów, a bywa, że czasopismo jest niedostępne także w sprzedaży w EMPiK-ach.

A.M.: Do kogo skierowana jest Twoja książka? Komu może się przydać? I w czym? Jak określiłabyś jej charakter: czy jest to naukowa monografia, czy raczej publikacja popularyzatorska?

B.D.: Myślę, że „Czas Fem” znajdzie swoich odbiorców przede wszystkich wśród tych, którzy interesują się feminizmem, gender studies i queer theory. Mam tu na myśli nie tylko osoby, które od dawna zajmują się tą tematyką, ale także tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z feminizmem. Jestem przekonana, że coś interesującego może także znaleźć w książce ten, kto interesuje się współczesnym czasopiśmiennictwem kulturalnym. Odnotowanie kobiecych numerów monograficznych, tekstów rozproszonych i pism feministycznych to przecież także – w szerszym odczytaniu – portret ruchu feministycznego po 1989 roku, obraz zmian zachodzących w społecznym i kulturowym postrzeganiu feminizmu, ale też opowieść o prasie kulturalnej i o tendencjach w niej dominujących.

Książka jest przewodnikiem – ma więc potencjalnym czytelnikom pomagać w ich poszukiwaniach. Myślę, że może być rodzajem „przypominacza” dla tych, którzy już kiedyś ze wskazanymi przeze mnie tekstami się zetknęli, ale też swego rodzaju elementarzem dla tych, którzy swoje odkrywanie tekstów feministycznych zaczynają czasami trochę po omacku. Powiedziałabym więc, że adresaci książki to ludzie ciekawi tego, co dzieje się w kulturze. Takie minimum wystarczy, by zainteresować się i prasą kulturalną, i prasą feministyczną, i feminizmem.

„Czas Fem” z jednej strony ma charakter popularyzatorski, z drugiej można powiedzieć, iż stanowi monograficzne ujęcie tematu. Starałam się jednak unikać hermetyczności przekazu akademickiego, wychodząc z założenia – postulowanego też przez feminizm – że eseistyczny charakter tekstu i ujawnianie siebie jest ciekawsze dla czytelnika.

A.M.: Czy jest to projekt zamknięty (dokumentatorski, historyczny) czy wręcz przeciwnie: otwarty, zorientowany przyszłościowo?

B.D.: „Czas Fem” otwiera, mam taką nadzieję, dyskusję na temat obecności feminizmu na łamach czasopism kulturalnych. Każdy następny rok przyniesie kolejne numery, w których teksty dotyczące kobiet na pewno – jestem o tym przekonana – się pojawią. W książce zamieszczam 7 haseł dotyczących pism feministycznych i 39 haseł dotyczących czasopism kulturalnych. Za kilka lat można więc będzie napisać „Czas Fem 2” – uzupełniając rejestr o nowe wydania czy o zupełnie inne tytuły (np. pisma teatralne czy związane ze sztuką współczesną), ale to pozostawiam już tym, których mój pomysł zainspiruje do dalszych poszukiwań.

A.M.: Dziękuję za rozmowę.
"artPAPIER" objął patronat medialny nad książką "Czas Fem".