Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (122) / 2009

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
159.
W przedświąteczny czwartek, w klubie Fraktal, odbył się wieczór poetycki. Dwóch czytających poetów, jeden prowadzący, śpiewająca dziewczynka z gitarką. Wyszliśmy po wszystkim. Następnego dnia zadzwonił do mnie prowadzący. Pogadaliśmy o czymś tam. Pod koniec rozmowy zapytałem:
Jak skończył się wieczór?
Fajnie. Boguś przechodził wszystkim pomiędzy nogami, a Baca fiknął koziołka.

160.
Mój brat pierwszy raz od dłuższego czasu zobaczył kolegę. Był zdegustowany jego wyglądem – powiedziała koleżanka.
Znam kolegę brata. Wiem jak wygląda.
Bratu nie podoba się nowe emploi kolegi? – zapytałem.
Nie. Włosy.

Historia ma ciąg dalszy. Opowiedziałem ją znajomemu. Nawet się nie uśmiechnął. Po pewnym czasie zorientowałem się, że nie znał słowa.

161.
Życie

Człowiek się rodzi
Człowiek na świat przychodzi
A gdy czas przychodzi
Kiedy człowiek jest człowiek
Wtedy nowe życie płodzi
A kiedy wszystkim dogodzi
To czas odejścia przychodzi
[Mikołów, cmentarz przy kościele pod wezwaniem świętego Wojciecha, epitafium wykute na marmurowej, rozłożonej księdze, wiersz jest podpisany – dedykacja od wnuczka i syna]

162.
Wpadniesz wieczorem? Po kolacji?
Chyba nie. Trudno się ode mnie wydostać. Wigilia. Nic nie jeździ. Nawet taksówki. Sam nie będę mógł. Przecież coś wypijemy przy stole.
A piechotą? Ładny spacer.
Kurwa! Zapomniałem!

163.
Po półrocznej przerwie wstąpiłem na kawę do Amatorskiej [poniedziałek, 29.XII.2008]. Znam tę kawiarnię przy Nowym Świecie od kilkudziesięciu lat. Mniej więcej od połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Najintensywniej odwiedzałem ją przez osiem lat [1998 – 2006]. Pracowałem wtedy w redakcji „Literatury na Świecie”, a Amatorska leżała na codziennym szlaku i była tradycyjnym miejscem spotkań. Ludzi bliskich i zaprzyjaźnionych z redakcją. Ale nie o tym chciałem. To historia na zupełnie inne opowiadanie. Przez osiem lat, prawie codziennie rano, obserwowałem starszą, elegancką i zadbaną panią. Zawsze samotną przy stole. W Amatorskiej panuje zwyczaj [zwłaszcza rano] dosiadania się. Ogólnie przyjęty i akceptowany. Ot, szybka pierwsza kawa, kieliszek, piwo, papieros, gazeta. A miejsc nie za wiele. Starsza pani siedziała przy stole sama. Zawsze. Przed nią dwa wolne krzesła, obok trzecie, na którym stawiała torebkę i, w zależności od pory roku, układała stosowne do niej utensylia. Kapelusz, rękawiczki, szal, parasol.

Tego poniedziałku też była. Jak zwykle sama. W Amatorskiej kłębił się tłum. Zamówiłem kawę przy barze i usiadłem z nią na jedynym wolnym, wysokim stołku przed lustrzaną ścianą. Popijałem, popalałem. Do starszej pani, siedzącej jak zwykle samotnie, podeszła inna starsza, elegancka pani. Trzymała w dłoniach filiżankę herbaty i talerzyk z francuskim rożkiem. Stanęła nad pustymi krzesłami przeprosiła i zapytała:
Przepraszam. Mogę?
Och. Przykro mi. Czekam na wnuczkę i jej kolegę. Między nami mówiąc, tak naprawdę on jest jej chłopakiem.

W ułamku sekundy pojąłem przyczynę samotności kobiety przy stole. Stan trwający od lat.

164.
„Obywatelu, wyrzygaj się sam”
[WaFa]

165.
Wstąpiłem do sklepu „Wszystko dla zwierząt”. W Mikołowie jest ich kilka. Zdecydowałem się na ten vis a vis domu handlowego „Zgoda”. W środku nikogo nie było. Znaczy kupujących. Tylko dwie panie. Zorientowałem się, że jedna to ekspedientka, a druga właścicielka. Starsza, elegancka pani przeprowadzała inwentaryzację. Młodsza podawała jej ilości towaru. W pewnej chwili okazało się, że brakuje pół kilograma czegoś tam.
O kuźba! – krzyknęła wyraźnie zdenerwowana właścicielka.

W tej samej chwili zauważyła mnie.
Pan nie słyszał – powiedziała przepraszająco.
Słyszałem. Ale i tak nie znam takiego słowa.

Kupiłem pięć kilogramów żwirka pochłaniającego dla Comałej i wyszedłem.

166.
A w wojsku powiesił się kolega. Jeszcze na unitarnym. Od początku sobie nie radził. Pochodził z kieleckiego. I pewnego ranka znikł. Po dwóch dniach znaleźliśmy go na poligonie. Wisiał. Widać było, jak bardzo chciał się powiesić, bo na gałęzi były dwa paski. Pierwszy, wąski, od spodni, zerwany i obok drugi, szeroki, tak zwany główny, ten zadziałał, wytrzymał.
I co?
Nic. Wojsko oddało ciało rodzinie.
[uzupełnienie notatki numer 157 z poprzedniego „odcinka” takich tam]

167.
Wyszliśmy z lokalu pół godziny po tobie. Mogło być w okolicach czwartej. W każdym razie świtało. Do domu przyjechałem taksówką. Mój stan odradzał spacer. Siedziałeś w swoim pokoju przy stole. Jadłeś zupę i czytałeś książkę.
Nic nie pamiętam.

168.
Spotkałem chłopaków w sklepie. Stali przede mną w kolejce. Kupili trzy litry wódki, siedemnaście puszek piwa, trzy litry coca coli i kilka paczek papierosów.
Co jest? – zapytałem.
Nic. Jedziemy do kolegi. Pocieszyć. Po sześciu latach rzuciła go dziewczyna.
Nie powinien być sam. Jedziesz z nami?
Nie. Słabo go znam.

169.
Znasz taką knajpkę w Warszawie? Na rogu, przy Krakowskim Przedmieściu, vis a vis Bristolu? – zapytał mnie Adam.
Tak.
Wpadłem tam kilka dni temu. Wieczorem. Na śledzia. Przy sąsiednim stoliku siedziało dwóch panów. Przyglądali mi się. W pewnej chwili jeden wstał, podszedł do mnie, przeprosił i zapytał: „przepraszam, czy pan jest z Mikołowa?”. „Tak” – przytaknąłem. „Wiedzieliśmy. To najlepsza knajpa w Warszawie. Tutaj tylko normalni przychodzą” – powiedział i wrócił do towarzysza.