Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (122) / 2009

Tadeusz Kosiek,

CODONA

A A A
Don Cherry, Nana Vasconcelos, Collin Walcott „The Codona Trilogy”. ECM 2008
Trzydzieści lat temu (a właściwie trzydzieści z małym okładem, bo działo się to we wrześniu 1978, trio COllin (Walcot) – DOn (Cherry) – NAna (Vasconcelos) przystąpiło do nagrywania swego debiutanckiego albumu. Dziwnym zrządzeniem losu, również we wrześniu 1978 w warszawskim studiu Polskiego Radia zespól Osjan (wówczas jeszcze Ossian) spotkał się z Tomaszem Stańką.

Owa koincydencja zaskakuje, bowiem gdybym chciał, posługując się w tym celu jakimś krajowym przykładem, przybliżyć muzykę Codony tym, którzy nigdy nie słyszeli ani o tej grupie, ani o Cherry’m, czy Walcocie, to właśnie efekt współpracy Osjana i Stańki wydaje się być do tego wręcz wymarzony. Przyznać jednak należy, że podobieństwo byłoby pełniejsze, gdyby w niektórych nagraniach Polakom towarzyszył (oczywiście tylko hipotetycznie) sam Terry Riley. To nieco karkołomne porównanie nie jest być może doskonałe, tym bardziej, że brzmienie Osjana było wówczas surowsze niż Codony, z kolei ta druga grupa sięgała po inspiracje nie tylko do muzycznych tradycji Azji i Afryki, lecz również obu Ameryk, jednak mam nadzieję, ż czytelnicy tego tekstu powoli zaczynają wyrabiać sobie wyobrażenie o boksie „The Codona Trilogy”, na który składają się trzy płyty zespołu, wydane przez ECM w latach 1979-1983.

Codona była jedną z pierwszych formacji grających nowoczesną, nieortodoksyjną odmianę world music. W ich wydaniu był to konglomerat wybranych elementów rozmaitych stylistyk – od korzennego etno, po egzotyczny pop, od psychodelicznego minimalu po ekstatyczny jazz – zebranych w koherentną całość. I choć nie tylko poszczególne płyty, lecz nawet pojedyncze nagrania były eklektyczną mieszanką rytmów i melodii z rozmaitych stron świata, dźwięków pochodzących z różnych epok i wywodzących się z odmiennych tradycji – to muzyczna wizja grupy wydaje się być w swej programowej różnorodności konsekwentną i zaskakująco jednorodną. Być może nieco naiwną w swoim dążeniu do bezkolizyjnego łączenia tak wielu składników – co czasem się nie udawało i niektóre utwory zdają się lekko rozłazić w szwach – jednak była w tym dążeniu niewinność dziecka budujących z małych bajecznie kolorowych kamyczków strzeliste wieże zdające się zaprzeczać prawom grawitacji.

Brzmienie zespołu cechowała prostota formy i umiar w dozowaniu środków, pozwalające słuchaczowi, by w pełni mógł nacieszyć się pięknem granych przez muzyków melodii (obok kompozycji własnych grupa sięgała po tradycyjne tematy z Afryki i Japonii oraz utwory Ornette Colemana i Stevie’go Wondera) oraz docenić filigranowe aranżacje rozpisane na niecodzienne instrumentarium, w którego skład weszły m.in.: trąbka i organy, cymbały i melodica, sitar i tabla, malijskie dousen'goune i brazylijskie berimbau, chiński hsuan i zimbabwiańska mbira. Łączenie harmonii i rytmów z odległych regionów, łamanie egzotycznych melodii dysonansem swobodnej improwizacji, wkomponowanie ciszy w tkankę dźwięku, lekkość i przejrzystość faktur brzmieniowych, to tylko niektóre z cech muzyki Codony. Muzyki będącej hymnem na cześć życia i sztuki.

Gorąco polecam ten zestaw, przypominając na koniec sylwetki jego twórców:

Don Cherry (1936-1995) – jeden z gigantów free jazzu (członek kładącego podwaliny pod tę stylistykę kwartetu Ornette Colemana), pionier fuzji jazzu i muzyki świata; nomada, który współpracował niemal ze wszystkimi – od Johna Coltrane’a po Hassana Hakmouna, od Allena Ginsberga po Faday Musę Suso. Jego płyty do dziś inspirują i zachwycają – „Complete Communion”, „Eternal Rhythm”, „Mu” stanowią ozdobę kolekcji płyt miłośników muzyki.

Collin Walcott (1945-1984) – był jednym ze współtwórców world fusion; zafascynowany muzyką Indii – jego nauczycielami byli Ravi Shankar (sitar), Vasant Rai (sarod) i Alla Rakha (tabla) – udanie łączył ją z improwizacją; współtworzył folk-jazzową formację Oregon, współpracował m.in.: z Milesem Davisem i Meredith Monk. Jego album „Cloud Dance”, nagrany z towarzyszeniem jazzrockowego tria Gateway, do dziś uchodzi za jedno z arcydzieł etno-jazzu.

Juvenal de Hollanda „Nana” Vasconcelos (1944-) to niekwestionowany mistrz perkusjonaliów i natchniony wokalista; niestrudzony ambasador muzyki brazylijskiej, którą zarażał m.in. Jana Garbarka, Pata Metheny, Bryana Eno. Jego instrumenty nie tyle tworzą tkankę rytmiczną nagrań, co opowiadają historie i śpiewają pieśni bez słów.