Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (122) / 2009

Michał Fundowicz,

JUSTICE

A A A
„A Cross the Universe”. Ed Banger Records, 2008.
Zespół Justice to fenomen znany w Polsce jedynie garstce słuchaczy wtajemniczonych w muzykę klubową oraz zorientowanych na elektronikę. Popularność tego francuskiego duetu może ograniczona jest jeszcze do znajomości niezwykle pomysłowych teledysków, szczególnie zaś przebojowego „We Are Your Friends”, którego refren raz usłyszany namolnie wraca w pamięci.

Tymczasem, czego dowodem jest film dokumentalny dołączony do najnowszego wydawnictwa zespołu, Francuzi święcą wielkie tryumfy w Stanach Zjednoczonych. W jednej z początkowych sekwencji muzycznego dokumentu ukazana jest pękająca w szwach sala Madison Square Garden a kamerzysta wyłania z tła rozwrzeszczanych fanów oraz okazujące swe wdzięki fanki. Histeryczne zachowania towarzyszą im na każdym z koncertów trasy. Dźwięki Justice wprowadzają wszystkich w trans a przy ich muzyce falujący tłum dochodzi do wspólnego, głośnego elektro-orgazmu.

„A Cross the Universe” to drugi pełnoprawny album w bogatej w epki dyskografii Justice. Gaspard Augé i Xavier de Rosnay postanowili po debiutanckim longplayu bez tytułu (znanym jako „Cross”, ze względu na symbol krzyża widoczny na okładce) wydać album koncertowy złożony z płyty audio oraz materiału wideo. Krążek CD zawiera znane z „Cross” utwory zarejestrowane na żywo w San Fancisco w marcu 2008 roku, jednak kluczowym elementem jest tutaj dysk DVD. To on dostarcza nadbudowy, historii, która kryje się za dźwiękami.

Dokument, wyreżyserowany przez zaprzyjaźnionego z zespołem Romaina Gavrasa, to podróż przez Stany Zjednoczone w autobusie, którym przemierzają ten mityczny kraj członkowie zespołu i ich ekipa. Ameryka widziana ich oczami to kraina freaków, bezdomnych i transwestytów, którzy niczym zjawy pojawiają się wśród tłumu zwykłych ludzi na słonecznych ulicach miast. Upiorne obrazki z życia ulicy to tylko przerywniki wprowadzane w momentach, gdy muzyka cichnie, a Augé i de Rosnay opuszczają klub. W tej narkotyczno-alkoholowej optyce Ameryka jawi się jako kraj karnawału i hedonistycznych rozkoszy, z których można czerpać do woli. Muzycy zanurzają się w świat znany z programów i teledysków MTV: imprez w bogatych rezydencjach obowiązkowo wyposażonych w basen, w którym gotowe do orgii towarzystwo chłodzi swe rozgrzane żądze.

Wizerunek francuskich artystów zbliża się do rock’n’rollowego wzorca, w którym muzyka łączy się z używkami i przygodnym seksem za kulisami. Muzycy Justice nie stronią od przywilejów sławnych poprzedników, wykorzystują swój czas, moment popularności. Nie wstydzą się pokazywać w filmie ani przelotnych związków z groupies ani swych alkoholowych wygłupów, świadomi zainteresowania widzów takimi scenami. W pewnej mierze film „A Cross of Universe” przyrównać można do słynnego i nie mniej kontrowersyjnego „Borata”. Analogiczna jest tu zarówno sytuacja „fabularna” (podróż obcokrajowców poprzez USA), jak i część z zabawnymi w zamierzeniu gagami. Gaspard Augé jest dość komiczną postacią o osobliwym wizerunku, Francuzem nie mówiącym prawie wcale po angielsku (śmieszna scena nieudolnego zamawiania przez niego wody w McDonaldsie), który poślubia w Las Vegas dopiero co poznaną fankę. Xavier de Rosnay uzupełnia zaś swojego scenicznego partnera i wśród innych ekscesów, tłucze butelkę na głowie mężczyzny, z którym wcześniej wdał się w bójkę. Z zakrwawioną dłonią, tuż po zostawieniu rannego przeciwnika na chodniku, wkracza na scenę, by zagrać koncert. Podobne sceny budzą wątpliwości nie tyle do etycznych ocen ich postępowania, ile do autentyczności danych wydarzeń. Bo czyż aresztowanie zespołu nie byłoby najlepszym zakończeniem filmu?

Duet Justice swoimi kontrowersyjnymi zachowaniami z pewnością nie zyska zwolenników w polskim mainstreamie, choć muzycznie mógłby spodobać się. Krzyż, który jest swoistym lejtmotywem ich twórczości, wykorzystywany w sposób daleki od tradycyjnego, musi bulwersować. Można sobie wyobrazić nagłówki gazet i głosy oburzenia, jakie wywołałby neonowy krzyż zawieszony na scenie w trakcie koncertu w Polsce. Również zachowanie muzyków Justice może budzić mieszane uczucia. Ich orientacja seksualna, eksponowana w filmie dokumentalnym, nie jest bynajmniej jednoznacznie ustalona. Mężczyzn łączy pewna więź, co doskonale obrazuje powtarzany motyw wspólnego, jednoczesnego całowania wisiorka z krzyżem. Świętokradczy rytuał każdorazowo poprzedza wyjście na scenę, łącząc w dziwny sposób erotykę z religijnym gestem. Niejednoznaczna więź między muzykami nie przeszkadza im interesować się kobietami. W jednej ze scen kamerzysta przyłapuje Gasparda w trakcie uprawiania seksu z jedną z fanek. Widz tego nie widzi, jednak głos z offu z rozbawieniem zauważa, że dziewczyna wyglądem przypominała bardzo Xaviera. Może to być kolejnym potwierdzeniem wzajemnej erotycznej fascynacji mężczyzn. Wątki o których wspominam są celowo eksponowane, by stworzyć gwiazdorski wizerunek Justice. Film kreuje ich na herosów dragów, seksualnie elastycznych, drapieżnych i gotowych. Tłem ich przygód i podbojów jest muzyka, pojawiająca się i urywająca nagle, zgodnie z logiką nerwowego montażu.

By docenić właściwie pomysły kompozytorskie i wykonawcze Justice sięgnąć należy po dysk ze ścieżką audio. Jest to rejestracja setu zagranego na żywo, będącego zgrabnym kolażem kolejnych, przechodzących jeden w drugi numerów. Zgrabne i błyszczące powabnie beaty atakują z dyskotekową gracją i mogą być impulsem do tańca. Wiele tu dysonansowych brzmień, mącących zbyt grzeczne melodie, ostrych dla ucha, lecz jakże skutecznie podbijających atmosferę na parkiecie. Pewne przełamania rytmu wytrącają tancerzy z utartych przyzwyczajeń i czynią choreografię nieprzewidywalną sztuką.

Jednak tym, co najskuteczniej działa na odbiorców tej muzyki, są sample wokaliz. Pierwszy atak zbiorowej ekstazy następuje wraz z pojawieniem się wersów „D.A.N.C.E.”, które wycięte zostały z kompozycji The Jackson 5. Zbiorowe śpiewanie zapoczątkowuje wspominany już hit „We Are Your Friends”, którego echa pojawiać się będą jeszcze pod koniec koncertu. Logika mashupu, swobodnego łączenia różnych motywów z własnych utworów (tzn. wokaliz z podkładami), które zostały przecież zaczerpnięte skądinąd, czyni ten dj’ski set iście postmodernistycznym doświadczeniem.

Na szczególną uwagę zasługuje finałowy popis duetu, prezentujący rozochoconemu tłumowi własną wersję „Master of Puppets” zespołu Metallica. Jest to karkołomne połączenie metalu z housem, jednak udane i skuteczne, co słychać z dobywających się z gardeł publiczności okrzyków zadowolenia. Scalanie różnych elementów z bogatego zbioru sampli, zasłyszanych w radiu popowych melodii, odkurzanie zapomnianych hitów i odświeżanie ich przy pomocy nowoczesnych brzmień to praktyka, którą muzycy z Justice opanowali bardzo dobrze.

Wydawnictwo „A Cross the Universe” to kolejny krok na drodze do kariery dobrze zapowiadającego się duetu, szumnie nazywanego następcą Daft Punk. Nie wprowadza ono zbyt wielu premierowych utworów, jednak zdaje się utwierdzać pozycję Justice. Przekonujemy się o ich sprawności wykonawczej i umiejętności prowadzenia narracji imprezy tanecznej. Album potwierdza chwytliwość wyprodukowanych przez nich hitów i może być rekomendacją do wybrania się na koncert. Jednakże najważniejszym atutem wydawnictwa jest wykreowana konsekwentnie marka, na którą składa się przede wszystkim wizerunek artystów: nieokrzesanych, dekadenckich, podniecających. Czy Gaspard Augé i Xavier de Rosnay okażą się pozerami i tricksterami, czy też prawdziwymi artystami klubowego grania? To pytanie zostaje otwarte, a rozstrzygnięcie być może przyniesie ich trzecia długogrająca płyta. Na pewno jednak fenomenem Justice warto się zainteresować, gdyż wraz ze swoją wizją wnoszą do muzyki popularnej powiew świeżości i pasji.