Wydanie bieżące

1 lutego 3 (123) / 2009

Inga Iwasiów,

SPOTKANIA POLSKO-NIEMIECKIE

A A A
Felieton
W najnowszej książce Basila Kerskiego, redaktora polsko-niemieckiego „DIALOGU”, „Homer na placu Poczdamskim. Szkice polsko-niemieckie” czytamy, iż Polacy stanowią drugą po Turkach grupę etniczną w Berlinie. Ocena tego faktu, dokonana przez Kerskiego, zderza się we mnie z kilkoma innymi, lekturowymi i życiowymi, okolicznościami.

Polsko-niemieckość jest tropem szczecińskim. Właśnie wydano u nas zbiór „A ty zostaniesz ze mną”, zredagowany przez Kingę Konieczny, z fotografiami Andrzeja Łazowskiego, zawierający historie trzynastu Niemek i Niemców, którzy po wojnie zostali w mieście S. lub innych, nagle polskich, miejscach. Historie opowiedziane prosto, bo też ich wiekowi dysponenci nie są zawodowymi literatami, pokazujące czysto prywatne, często przypadkowe motywacje wyboru Polski. Nie brak w nich sentymentalnych zawęźleń, a to pewna Hildegarda oczka w robótce zlicza zawsze po niemiecku, a to pewien Henryk spotyka kogoś, komu podczas wojny darował życie.

W pewnym sensie jest to druga strona medalu, jaki stanowią spisane po wojnie przez Marianne Weber narracje, zebrane i opublikowane niedawno w tomie „Kobiety wypędzone”. Rozmówcy Kingi Konieczny są „niewypędzeni”, żyją obok, potwierdzają anegdotyczne błyski, jakimi obdarzają mnie ostatnio znajomi z okazji wydania powieści „Bambino”, której bohaterką najsilniejszą i może też najsympatyczniejszą jest Ulrike-Ula z sąsiedztwa. Anegdoty mają wspólną cechę, język niemiecki jest w nich swego rodzaju mową tajemną, jakimś kodem czarnoksiężnika, zarezerwowanym do zadań specjalnych, jak choćby zliczanie oczek, domowe przekleństwa, modlitwa. W ogóle niemiecki Inny, chociaż zdaje się rozmnożony (realnie było to ok. 2,6 % ludności miasta w latach 40-tych), spotkamy go w sąsiedztwie każdej rodziny, w każdej miejskiej kamienicy, jest figurą zaciemnioną, nieprzenikalną. Niby żyje z nami, a jednak....

Tak jak nie ma Niemców tu, tak nas nie ma tam? Zastanawiam się nad tym, bo przecież muszą istnieć powody niechęci do tworzenia rozpoznawalnej subkultury narodowej. Nie sądzę, by wystarczającym wyjaśnieniem było nasze, już ostateczne, wtopienie się w Europę, nasz kosmopolityzm, elastyczność językowa i zawodowa. Nie, znam polskich emigrantów przebywających w Niemczech, lecz nieistniejących w tamtejszej kulturze. Każdy z nas ich zna – większość pisarzy mieszkających tam, wbrew podkreślanej w opracowaniach tematu zmiany modelu emigracji, pozostaje pisarzami polskimi przebywającymi czasowo poza granicami. Po pierwsze ze względu na barierę językową, ale jeszcze bardziej – ze względu na barierę kulturową i wyraźne ciążenie ku klimatom gombrowiczowskim. Rzecz w tym, że polscy autorzy raczej rozpisują na głosy swoje bycie polskimi autorami niż biorą się za bary z tematami lokalnymi. Gombrowicz ciągnie do tyłu, siedzi z tyłu głowy, każe zadawać takie pytania o tożsamość, jakich dziś nie jest ciekawy odbiorca niemiecki.

Nie bardzo wiemy, jakich pytań, a zwłaszcza których odpowiedzi, tenże odbiorca niemiecki mógłby być ciekawy. Z jednej strony, niewątpliwie, docenia egzotykę, wszelką. Chętnie dyskutuje w otwartych salonach literackich o inności i specyfice kulturowej, dajmy na to, tureckiej lub i nawet polskiej, ale odnosi się do tych specjałów z wyraźnym poczuciem wyższości. Szczecin, jako się rzekło, stanowi dobry punkt obserwacyjny do tego typu amatorskich (jak moja) analiz. Uczestniczyłam w wielu programach wymiany kulturalnej, dyskusjach, panelach roztrząsających wzajemne relacje, w tych randkach aranżowanych pod auspicjami Unii Europejskiej, których rezultatem bywają nawet i książki. Nie ma nigdzie na świecie tak interesującej kultury „czytań” i „podiów” jak za naszą zachodnią granicą. Mieszczańska, wyrobiona publiczność kupi tam wszystko, zada adekwatne pytania, ale i chętnie stwierdzi, że „u nas już ten etap mamy za sobą”. Feminizm? – za sobą. Kapitalizm? – za sobą. Powieść gejowska? – przerobiona. Integracja? – dokonana i mamy enerdowską, własną. Oczywiście, wy to musicie jeszcze nadrobić, ale tak naprawdę interesować wspólnie możemy się wciąż wojną, poważne kiwanie głowami, zacukanie, zatroskanie, oklaski. Przy czym Niemcy mają przekonanie, że sami „przerobili” już traumę i winę, czas na nas, my powinniśmy dać świadectwo otwartości.

W latach dziewięćdziesiątych podczas spotkań prowincjonalnych polsko-niemieckich organizatorzy unikali wojny, jeśli ktoś wychylił się z jakąś przemową w tej kwestii, wznosiliśmy oczy do nieba mówiąc – o Boże, może o bitwie pod Grunwaldem jeszcze pogadamy? Wybierano więc tematy neutralne, chętnie poezję lingwistyczną, pozwalającą oderwać się od realizmu i historii. A jednocześnie autorami najchętniej tłumaczonymi na niemiecki byli Hanna Krall i Andrzej Szczypiorski. Istniały wyraźnie dwa obiegi – mainstreamowy, zabiegający o wyjaśnianie przeszłości, oraz lokalny, marginesowy, niezdolny do bezustannego konfrontowania na linii kat-ofiara, bo przecież polegający na wspólnym piciu piwa, wina (kieliszek po 2 euro wrzucane po spotkaniu do skrzyneczki). O ile na dużych, często organizowanych przez Instytuty Polskie spotkaniach dmuchano balon oczyszczenia, małe bibki sąsiedzkie unikały drażliwych tematów jak ognia ze spalonych wsi i majątków.

W nowym tysiącleciu literatura i film niemiecki obfitują w obrazy przeszłości, także w niemiecką wersję końca epoki Hitlera. Czy to oznacza, że możemy do przygranicznego miasteczka udać się z naszą odziedziczoną po dziadkach i rodzicach, wyczytaną z kanonu lektur szkolnych pamięcią wojny i skonfrontować ją z wersją niegdysiejszych właścicieli naszych mieszkań? Obawiam się, że nie bardzo, że znów usłyszymy: my to już przerabialiśmy, teraz wy musicie, uwzględniając naszą perspektywę.

W głośnej i omówionej na sto sposobów powieści Jonathana Littella „Łaskawe” Szczecin i Berlin zajmują nierównorzędne miejsca. Szczecin jest właściwie tylko miastem, przez które bohater przejeżdża, ale już przebieg ofensywy na Pomorzu Zachodnim został dość dobrze opisany. Nie ma tu, nie było wówczas prawie wcale Polaków, nawet spotkani jeńcy są innych narodowości. Polaków za to opisał Littell w scenach z Lublina. Występują tam w groteskowych scenach rodem z Sodomy i Gomory, jako usłużni poddani zapewniający wszelkie rozrywki, w tym erotyczne. Zastanawia, z jakich źródeł autor czerpał wiedzę o tej polskiej wersji kolaboracji? Drobiazgowe opisy stalingradzkie, w warstwie faktograficznej, nie odbiegają od zasobów Wikipedii, ale gdzie znaleźć wiedzę o polskich prostytutkach w hotelach dla esesmanów? Pojęcia nie mam. Ciekawa jestem, jak to czytają Niemcy. Czy zapala im się w tych miejscach światełko? Może nie? Może to też już przerobili? Ja mam wrażenie, że pozostało wiele do przerobienia. Andrzej Stasiuk w „Dojczland” opisał kilka stanów ducha pisarza polskiego podróżującego z tekstem po Niemczech. Wiele osób mówiło o tym, że dał upust osobistym resentymentom, wykazał własne deficyty. Nie jestem pewna, czy nie jest odwrotnie – udajemy, że nie mamy już w szafie trupów i myślimy o sobie nawzajem w sposób, którego nie da się artykułować na salonach. Może dlatego pisarze polscy w Niemczech piszą dla publiczności w Polsce, sporadycznie wchodząc w obieg niemiecki? Polska emigracja berlińska woli nie występować pod wspólnym szyldem? Amerykański pisarz pracuje na żywych, niewypowiadanych stereotypach, które skądś do niego przyszły? A Niemcy w Szczecinie wypowiadają po cichu zaklęcia.