Wydanie bieżące

1 lutego 3 (123) / 2009

Łukasz Iwasiński,

REAKCJA NA WYKORZENIENIE

A A A
Formacja Żywiołak to kolejny wyrazisty głos na mapie rodzimego neo-folku. Sami muzycy deklarują, iż wywodzą się z nurtu określanego mianem heavy-folk, hard-folk czy folkmetal. Pod koniec minionego roku grupa wydała debiutancką płytę, pt. „Nowa Ex-Tradycja”. Nietrudno domyśleć się, że jest na niej miejsce zarówno dla inspiracji ludowych, jak i dla ciężkich gitar. Oto, co o zespole powiedział jego założyciel, Robert Jaworski.



Łukasz Iwasiński: Skąd wziął się Żywiołak?

Robert Jaworski: To zbyt podchwytliwe pytanie. Raczej nie odpowiem na nie (śmiech).

Ł.I.: Macie za sobą trasę, jak wypadła konfrontacja z publicznością?

R.J.: Konfrontacja jest zawsze taka sama, niezależnie od szerokości geograficznej (coś na ten temat już wiemy). Ogólnie jest bardzo ok., czyli pełne szaleństwo.

Ł.I: Reinterpretacje folku od lat obecne są w rodzimej muzyce: poważnej, jazzowej, popularnej. Jednak wydaje się, że nigdy nie było na taką twórczość lepszej koniunktury. Od co najmniej kilku lat mamy do czynienia z narastająca falą neo-folku. Skąd ten fenomen?

R.J.: To proste. Jesteśmy narodem z silnymi korzeniami, ale jednocześnie wykorzenionym. Mam na myśli zaszłości historyczne, które sprowadziły spojrzenie na folklor do bardzo pogardliwego stanu. „Kicz i Cepelia” – to jest dzisiejsze spojrzenie na folklor. Wielu młodych musi wyjeżdżać za granicę, aby jakoś godniej żyć. Krótko mówiąc, też są w jakiś sposób wykorzeniani, to sprzyja reakcjom. Neo-folk to typowa reakcja.

Ł.I.: Miałem okazję rozmawiać z wieloma przedstawicielami – że pozwolę sobie na takie uogólnienie – neo-folkowego nurtu. Różni artyści nadają różne znaczenia swej twórczości – dla jednych ma ona wymiar tożsamościowy czy ideologiczny, inni koncentrują się wyłącznie na wymiarze estetycznym - energii ludowej muzyki, dbając jednak o czystość form, z kolei niektórzy traktują je z postmodernistyczną umownością. Jak jest w waszym przypadku?

R.J.: W naszym przypadku jest normalnie. Czyli traktujemy folklor na równi ze wszystkimi otaczającymi nas wydarzeniami. Folklor jest dla nas ich nierozłącznym elementem. Przykład? Jedziesz samochodem i wymijasz inne, ale wymijasz też furmankę ze starym rolnikiem, zawsze się do takich uśmiechamy, czasem też im machamy. To jest element codziennego życia na równi z koncertem Metallici w Spodku czy wystąpieniem Dody w Polsacie. Dlaczego więc muzyka ma być inna?

Ł.I.: A wątki pogańskie, wierzenia przedchrześcijańskie to jedynie tworzywo artystyczne czy wyraz szerszej postawy, światopoglądu? Czym jest „demonologia ludowa”?

R.J.: Wolę używać określenia „wątki mitologiczne” czy też wątki właśnie „przedchrześcijańskie” („pogaństwo” – to określenie pogardliwe). To wszystko jest elementem tożsamości. Staramy się nie być ignorantami i wiedzieć troszkę na temat swojej kultury, która wyrosła właśnie na podłożu tradycji przedchrześcijańskiej (wielu z nas tak naprawdę nie zdaje sobie z tego sprawy). „Demonologia ludowa” to określenie naukowe, etnograficzne. Najprościej, jest to dział wiedzy poświęconej dawnym wierzeniom, których elementem były przeróżne bóstwa, często zwane też demonami.

Ł.I.: Podkreślacie swoją polskość, ale słychać w Waszej muzyce wpływy różnych innych ludowych tradycji. W sposób świadomy zgłębiacie muzykę źródeł różnych kultur, czy też są to bardziej intuicyjne inspiracje?

R.J. Zdecydowanie intuicyjne (ale podparte wiedzą o innych kulturach muzycznych). Nie gramy tematów ludowych innych nacji, a jedynie, jak słusznie stwierdziłeś, intuicyjnie się nimi inspirujemy.

Ł.I.:. Folk spotyka się u was z rockową dynamiką i brzmieniami, sporadycznie z rozwiązaniami ze sceny elektronicznej. Wasza muzyczna wizja jest raczej mroczna. Dlaczego? Czy bardziej radosne, afirmujące rzeczywistość wydanie neo-folku wydaje się wam banalne albo naiwne?

R.J.: Ależ skąd! „Pieśń o Janie sobótkowym” czy utwór „Świdryga i Midryga” są totalnie słoneczne. Tematyka „Ś&M.” traktuje co prawda o demonie zwanym Południcą, ale określenie demon kiedyś nie miało wydźwięku pejoratywnego. Były demony złe i dobre, ale to temat rzeka. A swoją drogą Południca to demon żeński pojawiający się w samo południe, czyli wtedy, gdy słońca jest najwięcej. Sam jedną widziałem (śmiech). A co do mroczności, to gramy tak dlatego, że każda kapela folkowa gra niemrocznie. To nas od innych różni. Zresztą ten mrok pojmujemy specyficznie. Jeśli wsłuchałbyś się w melodykę utworów ludowych, które wykonujemy, stwierdziłbyś, że wcale aż takie mroczne nie są.

Ł.I.: Co oznaczają dla Was terminy „muzyka ludowa”, „folkowa”, „etniczna”? I jak się mają do Waszej twórczości?

R.J.: „Muzyka ludowa” to muzyka mas. Kiedyś nie było dużych miast. Największymi skupiskami ludzkimi były wsie. Tam mieszkał lud. I słuchał muzyki ludowej. Dziś lud to tak naprawdę miasta. Ludzie w miastach dalej słuchają muzyki ludowej, z tym że sama muzyka bardzo się zmieniła. Dziś muzyka ludowa to muzyka popularna. My dla odróżnienia naszej twórczości od muzyki popularnej określiliśmy ją jako „neo-ludową”. „Muzyka folkowa” – to określenie przywiezione z Wysp Brytyjskich. Folk music – tak nazwano tam scenę współczesnej muzyki opartej na folklorze. „Muzyka etniczna” to world music, czyli muzyka świata o charakterze etnicznym. Wydaje mi się, że zawarliśmy w naszej muzyce wszystkie te określenia, ale tak naprawdę sam musisz to ocenić.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.