Wydanie bieżące

1 marca 5 (125) / 2009

Ryszard Knapek,

HISTORIA PEWNEGO PODMIOTU

A A A
Zdawać by się mogło, że dwie są Agaty Bielik-Robson. Nie utrudni nam takiego myślenia bezczelna (bo zawsze to ad personam, choć w dobrej wierze) zabawa onomastyczna. Po jednej stronie byłaby więc Agata Bielik – orzeł na krajowym poletku, polemistka i komentatorka (od kilku lat związana z „Dziennikiem”), zawsze gotowa do wygłoszenia kilku krytycznych zdań na temat Žižka z jego Leninem i Rymkiewicza z jego PiSem. Cechą tak wydestylowanej postaci jest status polityczny (bez niego nikt na naszym rynku medialnym nie mógłby istnieć) niemożliwy do określenia prostym „lewicowy”, „prawicowy”, czy „liberalny” (do tego ostatniego byłoby jej najbliżej). Mówiąc krótko: wymaga dłuższego komentarza. Po drugiej stronie natomiast widzimy postać ze świata akademickiej spekulacji, filozofa i profesor filozofii, mało zapewne zrozumiałą dla czytelników Agaty Bielik, piszącą już bowiem nie artykuł czy esej, ale złożoną z paru książek i ponad dwóch tysięcy stron rozprawę poświęconą jednej przepastnej myśli. Drugi człon nazwiska Agaty Rob-son ujawnia jej jeszcze jedną ważną cechę – „synowski” dług wobec tradycji anglosaskiej, spersonifikowanej w osobie Harolda Blooma. Jej myśli należy bowiem do tych formacji intelektualnych, które, utrzymując samodzielność, nie mogą obejść się bez podpory w postaci innego tekstu-myśli (z Polaków interesuje ją, zdaje się, jedynie Stanisław Brzozowski).

To wszystko, jakkolwiek fakty z grubsza rzecz biorąc zgadzają się, to oczywiście zupełna nieprawda, o tyle jednak potrzebna, by stworzyć konstrukcję dla myśli właściwszej. Nie widzę bowiem innego sposobu na opisanie fenomenu Agaty Bielik-Robson niż (pozorna) dialektyka publicysty i akademika, którą skądinąd czerpię od samej ABR (jak kryptologicznie zwykło się ją określać), z jej rozważań na temat inteligencji polskiej i europejskiej (nr 1 „Krytyki Politycznej”).

Między Žižkiem a życiem
Przyjrzyjmy się najpierw stronie publicystycznej. „Dziennik. Polska – Europa – Świat” stał się niemal naturalnym środowiskiem Agaty Bielik-Robson. Jak sama przyznaje, jest to realizacja projektu, który nosiła w sobie już od dawna. Jego krytycznym zadaniem ma być, jak powiada, zerwanie z radykalną opozycją „Gazety Wyborczej” i „Naszego Dziennika” na naszej scenie publicystycznej. Jego pozytywna intencja… no właśnie – to wymaga „przepracowania”.

Krytyczny głos Agaty Bielik-Robson wybrzmiewa całkiem donośnie i kierowany jest tak na prawo, jak i na lewo. Komentując niedawno tom Jarosława Marka Rymkiewicza „Kinderszenen” („Dziennik”, 5.02.2009), przenosi jego sposób rozumienia polskości na grunt polityczny i zestawia z „ukrytą” myślą Prawa i Sprawiedliwości (czy polscy politycy mają jakieś myśli „jawne”?). A wszystko to sytuuje zatrważająco blisko nacjonalizmu i to w, jakże godnym, wydaniu Heideggera – mimo wszystko jednak wydaniu faszystowskim. Nie chodzi tu rzecz jasna o blitzkrieg i obozy zagłady, ale o wyniesienie ideału własnej ojczyzny aż po śmierć, ponad życie w jego nieokreślonej postaci – o Schopenhauerowską pogardę dla „woli życia”, tyle, że narzucaną politycznie z góry.

Interesujące, że podobnego typu zarzut przedkładania idei nad życie Agata Bielik-Robson wysuwa wobec radykalnej lewicy spod znaku Slavoja Žižka. Polemiki z autorem „Rewolucji u bram” są jednym z ciekawszych wątków jej publicystyki. Žižek, jako uczeń Marksa, znacznie wyżej niż indywidualny interes jednostki stawia sprawiedliwość. Prawdę wynosi więc ponad szczęście, które zresztą, zdaniem Bielik-Robson, uważa za objaw zwierzęcości, a tym samym podłości człowieka. Życie ludzkie zdaje się nieważne, Prawdą natomiast jest dla Žižka Lacanowskie Realne, a więc element porządku zupełnie innego niż polityczny. Stąd też „nigdy nie złapiemy Žižka – pisze Bielik-Robson – na gorącym uczynku, czyli na «tanich» namowach do rewolucyjnej przemocy, która miałaby zniszczyć kapitalizm – bo tego rodzaju prosta artykulacja wtrącałaby go w sieć znaczącego, którą skądinąd chciałby porwać i zniszczyć. Jednocześnie jednak sugestia, że trzeba wycofać się na pozycje Realnego i dokonać całkowitego «resetu» wszystkich politycznych znaczeń nowoczesności kryje w sobie odwołanie do przemocy, w obliczu której tamta «tania» perswazja zupełnie blednie”. Jak widać, wobec swoich przeciwników politycznych Bielik-Robson zdecydowana jest na ton radykalny. Trudno omówić tu całość tego sporu – lekturze polecam szczególnie debatę z udziałem obojga adwersarzy i Andrzeja Walickiego („Dziennik”, 31.03.2007).

Z powyższych krytyk zarysowuje się pewien własny program – przyznać trzeba jednak, że nie całkiem jeszcze jasny. Gdyby szukać kategorii, należałoby go zakwalifikować jako myśl liberalną, z pewnością jednak nie neoliberalną, wobec której Agata Bielik-Robson stawia zarzut ogołocenia liberalizmu ze wszystkiego oprócz przekonań ekonomicznych. Kłopot z określeniem wynika być może z tego, że ma być to właśnie myśl „w pół drogi”. Między doczesnością aż po odnowione przez nowoczesność (wbrew Agambenowi) „nagie życie” a poszukiwaniem na gruncie duchowości, w którym powiedzenie ostatniego słowa równałoby się w konsekwencjach faustowskiemu „Chwilo trwaj, jesteś piękna!”.

Idąc dalej, praca publicystyczna Agaty Bielik-Robson, to – być może przede wszystkim – działalność propagatorska i recenzencka. Krytykując Žižka, nie zapomina na początku choć trochę przybliżyć jego postać; rozważając temat liberalizmu – przedstawia myśl Agambena; osobny, długi artykuł poświęca „Pasażom” Waltera Beniamina. Na gruncie publicystycznym to postawa wciąż u nas (niestety!) raczej wyjątkowa. Osobiście najbardziej jestem autorce wdzięczny za ujawnienie istnienia Alaina Finkielkrauta i jego „Niewdzięczności” – fascynującej diagnozy stanu europejskiej inteligencji i jej napięcia na linii Wschód-Zachód. Ten temat skądinąd pojawia się w publikacjach Agaty Bielik-Robson częściej.

Zagadnienie tożsamości polsko-europejskiego inteligenta (ciężko ocenić nacechowanie tego słowa) jest przedmiotem rozważań nieustających, co najmniej odkąd pojęcie to zostało wynalezione. O swoich kłopotach z „polskością” Bielik-Robson opowiedziała w sposób na tyle dobitny, że wywołała spodziewaną w takiej sytuacji burzę nienawiści – grzmiącą ze wszystkich stron, ze szczególnym uwzględnieniem, jak zwykle, internetowych forów. Poszło o jedno, ostatnie zdanie wywiadu pochodzącego dosłownie sprzed tygodnia (sprawa więc żywa i kipiąca): „Po latach zaczadzenia trucizną narodową nareszcie czuję się wolna” („Dziennik”, 21.02.2009). Boli. Szczególnie wyrwane z kontekstu, a tak musiało się stać, skoro też zostało ono wyłuszczone w tytule. Reakcja ta może i cieszyć – o tyle, że identyfikacja z tym, co polskie, jak się okazuje, wciąż jest dla nas tak ważna. Przede wszystkim jednak martwi – dlatego, że pojęcie polskości przyjmuje się tu fundamentalistycznie, nie pojmując, że sami jesteśmy za nie odpowiedzialni (nie w sensie winy, ale zadania do wykonania) i że „uwolnienie się” (to metafora odsyłająca do więzienia, pewnego przymusu) jest jedyną drogą do zamieszkania (w tym także: odpowiedzialności i wolnego wyboru).

Podmiot na czasy przejściowe
Nieco upraszczając, można by powiedzieć, że całą swoją dotychczasową twórczość akademicką poświęciła Agata Bielik-Robson jednej zasadniczo kwestii: jak możliwa jest podmiotowość w późno-nowoczesnym świecie. Przy czym, w myśl zasady Bergsona, że „filozof godny tego miana mówił zawsze tylko jedną rzecz, i to raczej starał się ją powiedzieć, niż powiedział naprawdę”, jest to tylko jedna z możliwości nazwania tego zagadnienia, które odmieniane jest na wiele sposobów w kolejnych, pozornie tylko dalekich od siebie pracach.

Wyjaśnijmy najpierw: dlaczego mowa o „późno-nowoczesnym świecie”? Ponowoczesność postrzega Agata Bielik-Robson właśnie jako element nowoczesności, a więc nie jako likwidatora tego świata, ale jego krytyczną kontynuację – i to nie tak radykalnie krytyczną, jak często się twierdzi (co zgadzałoby się w pewnym sensie na przykład ze zdaniem Derridy, niezmiennie nazywającym siebie strukturalistą). Dekonstrukcja, najważniejsza myśl tego prądu, nie jest w tym ujęciu przekreśleniem kartezjanizmu, ale jego późną konsekwencją. Derrida udokumentował śmierć podmiotu kartezjańskiego (lecz nie podmiotu w ogóle), utrzymał jednak jego sposób spojrzenia na podmiotowość, który określa radykalne wszystko albo nic – albo podmiot w pełni wolny, świadomy i transcendentny, albo brak podmiotu. Ponowoczesność w żadnym razie nie jest końcem filozofii. Podsumowuje jedynie (zapewne nawet nie kończy) pewien jej ciąg myślowy zwany nowoczesnością (tudzież, jeśli ktoś woli – nowożytnością). Bielik-Robson pisze o tym w pierwszej ze swoich książek: „Na drugim brzegu nihilizmu” (1997).

Nowoczesność od samego poczęcia istniała w kryzysie. Imię jego: nieświadomość. Ojcem mu: Kartezjusz. Opierając swoje cogito na zasadzie jasności i transcendentalnej świadomości, ukonstytuował i opozycję świadomości, która wcześniej nie miała racji bytu. To wina założycielska w pełni jej freudowskiego znaczenia. Kartezjusz jest więc twórcą nieświadomości, chociaż sam jeszcze zupełnie tego nie dostrzega. Dopiero Leibniz, wprowadzając termin vis activa, zwróci uwagę na niemożność funkcjonowania bez elementu poprzedzającego (w sensie logicznym) niektórych funkcji świadomości. Kartezjuszowi wystarczała ich boska przyczyna. Wszystko, co nieświadome zeksterioryzował w postaci demona, po czym unicestwił go – co zwykle robi się z demonami. Głównym zadaniem vis activa jest umożliwienie podmiotowi uzyskiwania przedstawień. W tym właśnie poprzedza ona nieświadomość, której pojęcie pojawia się dopiero u niemieckich romantyków i od początku związane jest z „przepoetyzowaniem natury”, a więc wchłonięciem świata przez immanentne Ja albo przetwarzaniem tego, co nieświadome, na grunt świadomości (w „Duchu powierzchni” Agata Bielik-Robson zrewiduje nieco ten pogląd). To właśnie romantycy wypowiadają pierwsi to, co powtórzy Freud: „Wo es war, soll ich werde”. Jest to myśl pochodząca wprost z paradygmatu kartezjańskiego – tyle, że to, co podmiot świadomy otrzymywał u Kartezjusza niejako a priori, staje się teraz zadaniem do wypełnienia (do przepracowania). Stopniowo więc, jak widać wyraźnie, transcendentalny podmiot przestaje dominować – począwszy od romantyków traci na znaczeniu, by u późnego Freuda stać się już tylko linią graniczną między id a superego. Wzmacnia się świadomość uwarunkowań świadomości, a stąd już tylko jeden paralogizm do przekonania, że Ja jest niemożliwością wobec wszystkich jego-nie-jego uwarunkowań. Ten ciąg myślowy, jak pokazuje Bielik-Robson, zmierza w stronę warunków niemożliwości takiego podmiotu u Foucaulta i Derridy. O tym ostatnim na łamach „Dziennika” ABR napisze: „Czy Derrida rzeczywiście dokonał rewolucji w myśli filozoficznej? Jeśli rewolucją jest, jak twierdził Alexis de Tocqueville, przemiana z pozoru gwałtowna, w istocie jednak od dawna przygotowywana i zapowiadana – to tak, Derrida dokonał rewolucji, wypowiadając na głos wątpliwości, jakie filozofia żywiła po cichu już od jakiegoś czasu”.

W publicystyce Agaty Bielik-Robson trudno znaleźć zarzuty skierowane przeciw samemu Derridzie – irytuje ją raczej rewolucyjna otoczka, która została wokół niego roztoczona. W cytowanym powyżej artykule przeciwstawia ona ludyczno-hermeneutyczną postawę tego filozofa (to bardzo trafna, moim zdaniem, ocena) jego fundamentalistyczno-rewolucyjnym kontynuatorom, szczególnie z zachodniej strony Atlantyku, którzy nie dostrzegli lekko ironicznego podejścia swojego mistrza i podjęli wysiłek burzenia tego, co Derrida chciał tylko – zdekonstruować. O wyważonym podejściu do samego autora „Białej mitologii” nie świadczy lepiej nic niż to, że przedstawiona tu (karkołomnie, bo w jednym akapicie) historia pewnego pojęcia jest niczym innym jak dekonstrukcją opozycji świadomość-nieświadomość, a więc pokazaniem jej genealogii, a tym samym – lokalności i ograniczeń. Ten sam gest powtarza się w „Na drugim brzegu nihilizmu” jeszcze dwukrotnie, wobec opozycji subiektywizm-obiektywizm i autonomia-uwarunkowanie. Wszystko zaś po to, aby pokazać, że podmiot, który umarł w ponowoczesności, ma swój partykularyzujący przymiotnik („kartezjański”), a sprawa podmiotu jako takiego nie jest jeszcze przesądzona – możliwa jest jego inna koncepcja.

Bielik-Robson nazywa ją „autokreatywną koncepcją podmiotu”. Jej główną zaletą jest przekraczanie opozycji determinujących podmiot kartezjański. Jeśli uwarunkowania uniemożliwiały tamten, ponieważ tłumiły go ad infinitum, to podmiot autokreatywny żywi się nimi w tym sensie, że równocześnie określają go one i popychają do działania. Jeśli strukturalno-derridiańskie stwierdzenie, że mowa wyprzedza i determinuje (a więc unieważnia) świadomość przyczyniło się do ostatecznego pogrążenia starego podmiotu, nie oznacza to, że musi być też niszczycielskie dla podmiotu autokreatywnego. Wykorzystuje on mowę, ale nie jako narzędzie absolutnie osobistej narracji (która rzeczywiście nie jest możliwa), lecz do autokreacji opartej na repetycji i komentarzu. Samodzielność tego podmiotu nie polega więc na budowaniu samego siebie od podstaw – wolność absolutna została przecież zdekonstruowana. Powtórzyć trzeba za Nietzschem, że próba wyrwania człowieka z jego miejsca w świecie jest nie tylko niemożliwa, ale i bezsensowna. Właściwym zadaniem wyznaczonym dla podmiotu jest zmierzenie się ze swoimi uwarunkowaniami (ich bardzo szerokim spektrum, którego ująć, twierdzi autorka, nie sposób) i próba opowiedzenia siebie na nowo. Repetycja (w ujęciu freudowskim) jest sposobem na doświadczenie siebie w warunkach tego, co zostało mi dane, komentarz zaś może stać się tym, co wytworzy moją indywidualność. Autokreatywna koncepcja podmiotowości może stać się dzięki temu „podmiotem na czasy przejściowe” – otwarciem się na nowe możliwości, kiedy wyczerpały się wcześniejsze próby. Jego możliwa płynność i przede wszystkim – konieczność potraktowania go jako zadania/próby, a nie gotowej do wykonania całości, okazuje się najwyższym walorem w sytuacji, kiedy wszystko musi ulec przewartościowaniu.

Sformułowawszy po raz pierwszy tę myśl, Agata Bielik-Robson obraca się wstecz i szuka dla niej popleczników. Na tym właśnie opiera się „Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia” (2004), najlepiej jak dotąd przyjęta praca tej autorki. Za pośrednictwem Harolda Blooma odkrywa ona zalążki przedstawionej wcześniej koncepcji w pismach niemieckich i anglosaskich romantyków. Romantyczna koncepcja podmiotu, opisana dzięki temu, co nazwane zostało „rewizją romantyczną”, różni się od koncepcji kartezjańskiej w kilku zasadniczych punktach: stawia na piedestale indywidualność, nie odgranicza się radykalnie od świata zewnętrznego (to, jak twierdzą komentatorzy pracy Bielik-Robson, najbardziej kontrowersyjna myśl) i uznaje swoją istotową podatność na wpływy (czyli to, co nazwiemy potem uwarunkowaniami). To ostatnie zdaje się być najistotniejsze, jako wynikające z pozostałych tez. Za „filozofią tworzenia” Blooma Bielik-Robson powtarza, że jest to przede wszystkim „świadomość wpływu”, że cała myśl romantyczna opanowana jest przez „lęk przed wpływem”, który naprowadził myślicieli tego okresu właśnie na konieczność ukonstytuowania podmiotu jako zadania do zrealizowania. Jak do tego doszło?

Romantycy stanęli wobec sytuacji oświeceniowego odczarowania (Entzauberung – termin Schlegla), podobnie jak my dzisiaj borykamy się z odczarowaniem ponowoczesnym. Oświecenie postawiło sobie za punkt honoru wyrugowanie niedojrzałości ludzkiego myślenia, które widziało we wszechobecnych mitach i wierzeniach (łącząc je w niedwuznacznym pojęciu zabobonu) i doprowadzenie do stanu, który wymarzył sobie Kartezjusz – pełnej świadomości. Romantycy przejęli tę schedę, ale odwrócili jej wartościowanie. Lęk, o którym mowa, miał charakter obosieczny – chronił ich przed powrotem do mitu, ale jednocześnie odpychał od pustki odczarowanego świata („ambiwalentna reakcja na odczarowanie”). Ten lęk uznali za element konstytucyjny dla własnej tożsamości („apercepcja lęku”), jako zjawisko poznawcze i egzystencjalne (w przeciwieństwie do oświeceniowego – zwierzęcego lęku). Równocześnie tęskniąc więc do dawnej niewinności (romantyczny mit dziecka), nie mogli nie przyjąć jej upadku. Znajdując się pomiędzy mitem-dzieciństwem a odczarowaniem-dojrzałością, uznali przejściowość także tego drugiego – jako drogi pośredniej między mitem naiwnym (z jasnym podziałem na Chaos i Kosmos) a mitem paradoksalnym („Kosmosem Chaosu”).

Jest to opowiedziana w skrócie (znowuż karkołomnym) historia, która nazwana została mitologią nowoczesności, a która okazuje się być nam bliższa, niż by się zdawało. Tak opowiedziana historia podmiotu do złudzenia przypomina bowiem opowieść „Bohatera o tysiącu twarzy” Josepha Campbella, ten zaś – antropolog i religioznawca – jest ojcem mitu hollywoodzkiego, inspiratorem dla klasycznej filmowej opowieści (której sztandarowym przykładem są „Gwiezdne wojny” Georga Lucasa), a więc najczęściej opowiadanej w naszym życiu historii. Schemat jest bardzo prosty: od wyjścia bohatera ze swojego dawnego świata (stanu naiwności) spowodowanego wyzwaniem/krzywdą przez próby i inicjację – wypełnienie zadania, które jest równocześnie wypełnieniem się tożsamości – do powrotu do swojego świata, który jest już światem zmienionym, naznaczonym, ale odzyskanym.

To pewnie najtrwalszy schemat naszej kultury, powtarzany we wszystkich możliwych językach i dyskursach. Według tego scenariusza można by też być może odczytywać całą twórczość naukową Agaty Bielik-Robson: od wyjścia teoretycznego – przez próby romantyczne i nowoczesne (w „Innej nowoczesności”, dla której niestety zabrakło tu już tutaj miejsca) – po nowe zaczarowanie, które, jak wolno mi przypuszczać, znajduje się w książce „«Na pustyni». Kryptologie późnej nowoczesności”. Heglowska realizacja owego schematu była również i kanwą mojego wywodu. Jeśliby więc raz jeszcze zastanowić się nad owym nieszczęsnym „programem pozytywnym”, o który dopytywałem się omawiając publicystykę Agaty Bielik-Robson, odpowiedź znalazłaby się nie tyle w samych jej pismach, co w ich studiowaniu, które jako „pożyteczny wysiłek intelektualny” uczynić może życie szczęśliwszym.