Wydanie bieżące

1 marca 5 (125) / 2009

Anna Wróblowska,

ŚCIŚLE SUBIEKTYWNY PRZEGLĄD PRZEDSTAWIEŃ

A A A
Brechtem po oczach

W Starym Teatrze w Krakowie Wojciech Klemm zrealizował jedną z wczesnych sztuk Bertolda Brechta – „Piekarnię”. Rzecz jak najbardziej na czasie, bo głównym tematem jest tu kryzys gospodarczy i mechanizmy funkcjonowania kapitalistycznej gospodarki, w której duży – aby przetrwać – pożera mniejszego. Główną bohaterką tekstu Brechta i spektaklu Klemma jest wdowa Queck (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), która w miarę rozwoju wydarzeń traci najpierw pracę, później dach nad głową, co prowadzi do odebrania jej piątki dzieci, a w konsekwencji do śmierci bohaterki w ramionach panny Hippler, karykaturalnie pokazanej podporucznik Armii Zbawienia. Swoim przedstawieniem Klemm piętnuje nie tylko system gospodarczy, ale także rozmaite towarzystwa charytatywne, które potrzebującym oferują jedynie modlitwę – tak jakby można nią nakarmić pięcioro głodnych dzieci wdowy Queck. Niestety, świat stworzony przez Klemma zbudowany jest na opozycji czarne-białe: skrzywdzonym i poniżonym biedakom przeciwstawieni zostają okrutni bogacze. Dlatego też zamiast chociażby próby analizy problemu, w krakowskim przedstawieniu otrzymujemy przede wszystkim zabawy formą – epatowanie większością postulatów, jakie w kwestii aktorstwa proponował Brecht. Permanentne wykorzystywanie efektu obcości oraz energia młodych aktorów połączona z gibkością ich ciał – oto, co możemy dostać w tej „Piekarni”. Na deser jest jeszcze dobrze przyprawiona rola Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik. Jednak patrząc na cały asortyment „Piekarni” trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast grania Brechta Klemmowi wyszło jedynie granie Brechtem.

„Piekarnia”, reżyseria Wojciech Klemm, Stary Teatr w Krakowie, premiera 20 września .2008.



(Anty)historia człowieka-ćmy

„Iwanow” Czechowa tekstem doskonałym nie jest. Agnieszka Olsten postanowiła temu zaradzić w swoim najnowszym przedstawieniu „Samsara disco” (wraz z Bartoszem Frąckowiakiem, współodpowiedzialnym za utwór sceniczny) połączyła tekst Czechowa z powieścią Wiktora Pielewina „Życie owadów”. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle. Grane we wrocławskim Teatrze Polskim przedstawienie każe zastanowić się nad sensem takich działań „tekstotwórczych”. Po co łączyć Czechowa z Pielewinem, skoro na scenie nie powstaje nowa jakość, a dwa teksty, rzekomo ze sobą połączone, nadal pozostają dwoma tekstami, egzystującymi niejako obok siebie. W praktyce pomysł Olsten i Frąckowiaka sprowadza się do chaosu w konstruowaniu postaci: bohaterowie Czechowa Czechowem mówią w stopniu minimalnym, przede wszystkim zaś dyskutują o zaczerpniętej z Pielewina niemożności doświadczenia prawdziwych emocji, świadomego przeżywania. Niczym refren w spektaklu przewija się wybór człowieka przyrównanego do ćmy: między życiem upływającym na krążeniu wokół światła a jedną chwilą spędzoną w zabójczym świetle. Niestety, pseudofilozoficzne dywagacje bardzo często ocierają się o banał i patos. Rekompensatą za chaotyczną opowieść (a raczej jej brak) jest doskonałe aktorstwo wrocławskiego zespołu i kilka nieźle pomyślanych scen. To dzięki rolom Anny Ilczuk, Katarzyny Strączek, Michała Majnicza, Mirosława Haniszewskiego i Marcina Czarnika oraz scenom zabawy z balonami czy też ironicznej dyskusji o postmodernizmie, „Samsara disco” daje się oglądać. Poza tym na scenie króluje nuda. I to nie ta pociągająca, niemal metafizyczna, z Czechowa. Ot, nuda nasza codzienna.

„Samsara disco”, reżyseria Agnieszka Olsten, Teatr Polski we Wrocławiu, premiera 6 lutego 2009.



Szwankujący Szwejk

Dobry wojak Szwejk to postać kultowa. Przygotowany przez Roberta Talarczyka spektakl „Szwejk” Teatru Polskiego w Bielsku-Białej ma nikłe szanse, by stać się równie kultowym jak jego literacki pierwowzór. Przede wszystkim ze względu na adaptację, której dokonał reżyser. Opracowanie tekstu budzi wiele zastrzeżeń: reżyser nie mógł się zdecydować, o czym chce opowiedzieć, wskutek czego trzygodzinne przedstawienie pełne jest wątków marginalnych, zbytecznych. Inne są nadmiernie rozbudowane, w wyniku czego sama postać Szwejka schodzi na drugi plan. Nie pomaga mu w tym odtwórca tytułowej roli – Grzegorz Halama – oprócz sporadycznych wyjątków na scenie wciąż oglądamy Grzegorza Halamę wypowiadającego kwestie z Haška, a nie prawdziwego Szwejka. Brak głównego bohatera w pewnym stopniu rekompensują Bernard Krawczyk jako Najjaśniejszy Pan i Kuba Abrahamowicz jako Feldkurat Katz, a także dość wyrównana gra całego bielskiego zespołu, który sumiennie pracuje na protagonistę. Dzięki elementom groteski oraz scenografii i kostiumom Michała Urbana spektakl przywołuje skojarzenia z realizacjami Łukasza Czuja (który stale współpracuje z Urbanem), jednak to skojarzenie działa na szkodę Talarczyka, któremu brakuje tej śmiałości w podejściu do tekstu, jaka cechuje prace Czuja. Osobna uwaga należy się skomponowanej na potrzeby spektaklu muzyce Krzysztofa Maciejowskiego, jest ona bowiem jednym z bohaterów przedstawienia. Niestety songi Maciejewskiego są największym rozczarowaniem „Szwejka” – wszystkie łudząco podobne do siebie, skonstruowane na kilku taktach, rozpisane na niewielką ilość instrumentów. Wyjątek stanowi tu wykonywana przez Annę Guzik (Anioł Austro-Węgier) pieśń o śmierci żołnierzy. Co gorsza, muzyka w spektaklu odtwarzana jest z playbacku – rozumiem, że Teatr Polski nie dysponuje własną orkiestrą bo teatrem muzycznym nie jest. Natomiast nie mogę zrozumieć, dlaczego Talarczyk, jako reżyser i dyrektor, zgodził się na gościnny występ właśnie w muzycznym Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Tym gestem Talarczyk sam sobie strzelił w stopę.
„Szwejk”, reżyseria Robert Talarczyk, Teatr Polski w Bielsku-Białej, premiera 10 maja 2008.