Wydanie bieżące

1 marca 5 (125) / 2009

Łukasz Iwasiński,

KRÓTKO I TREŚCIWIE

A A A
Jazz po polsku, transkontynentalnie i po amerykańsku
Janusz Zdunek „Miasto Nic”. Okno, 2008.

Trębacz Janusz Zdunek w latach 90. współtworzył bydgoski yass. Jego szczytowe osiągnięcia to płyty nagrane z grupą 4 Syfon, („Jestem w Kinie” oraz genialne „To Prawda” i „Baterie”), łączące rozwichrzony free jazz z funkiem i tradycją ludową. Dziś stacjonuje w Malborku, gdzie powołał projekt Marienburg. Formacja zadebiutowała w 2007 roku płytą „New Tango”, na której funkową i hiphopową, niekiedy też zahaczającą o dub rytmikę, zderzyła z chłodnymi, prowadzonymi z transowym nerwem improwizacjami, momentami przywodzącymi na myśl atmosferyczne granie Nilsa Pettera Molvaera. Lider wykorzystał elektronikę, obudowując muzykę ambientowymi przestrzeniami, modyfikując brzmienia trąbki, dodając pogłosy. Nowy album, „Miasto Nic” po części kontynuuje estetykę poprzednika, choć ma cieplejszy i bardziej zrelaksowany klimat; wciąż jest nieco melancholijnie, ale jednocześnie nie brak tu dynamiki. Doprawdy przyjemne, nośne tematy (chwilami subtelnie naznaczone ludowym kolorytem), dzięki uzupełnieniu podstawowego składu (perkusja, bas, trąbka) o klarnecistę basowego, nabierają swoistej szlachetności. Co prawda charyzmy, pazura i energii 4 Syfon tu nie uświadczymy, ale to najlepsza płyta Zdunka od czasu rozpadu tej grupy.



Contemporary Noise Sextet “Unaffected Thought Flow”. Electric Eye, 2008.

Zespół Contemporary Noise Quintet zasłynął jako autor jednego z najbardziej spektakularnych krajowych debiutów ostatnich lat – „Pig Inside the Gentleman”. Teraz, w nieco zmodyfikowanej konfiguracji (basistę Pawła Urowskiego zastąpił Patryk Węcławek, a ponadto stały angaż otrzymał występujący wcześniej jedynie gościnnie gitarzysta Kamil Pater) powraca z nowym krążkiem. Panowie z coraz większą swobodą i klasą poruszają się na gruncie przyprawionego dawką filmowej melancholii fusion. O ile ich pierwsza, wspomniana powyżej płyta raziła pełnymi patosu tematami, to „Unaffected Thought Flow” miło zaskakuje. Nostalgia stała się mniej dosłowna – muzyka nie popada w miałki sentymentalizm, a jej formuła stała się bardziej otwarta. Znikły dramatyczne, nieco siermiężne motywy fortepianu, które nadawały ton debiutowi. Na nowym albumie mamy o wiele bardziej śmiałe eskapady w obszary burzliwego free (utwór tytułowy), wyborny, hipnotyzujący jazz-rock („Procession In The Fog”), a także (trochę zbyt nachalne) nawiązania do tortoisowego postrocka („Nautilius”). Z drugiej strony istotnym walorem twórczości sekstetu pozostaje liryzm, jednak tym razem zespół szczęśliwie omija mielizny taniego romantyzmu i koturnowości. Grupy nauczyła się operować subtelniejszymi napięciami do budowania nastroju . Tak trzymać!



Joe McPhee / Paal Nilssen-Love “Tomorrow Came Today”. Smalltown Superjazz, 2008.

Paal Nilssen-Love to dziś bodaj najbardziej wyrazisty młody perkusista na scenie improwizowanej. Norweski muzyk kontynuuje tradycję europejskiej szkoły free jazzu – rozwijaną przez Johna Stevensa, Hana Benninka czy Tony’ego Oxleya. Podobnie jak oni zachwyca żywiołowością, umiejętnością niesamowitego zgęszczenia akcji, a z drugiej strony imponuje poszanowaniem ciszy; olśniewa bogactwem środków, brzmień, genialną techniką. Najbardziej ciekawie prezentuje się jako w pełni wyzwolony eksperymentator. W tej właśnie roli możemy podziwiać go w duecie z saksofonistą i trębaczem Joe Mcphee`m. Ten amerykański muzyk początkowo funkcjonował w orbicie freejazzowej rewolucji lat 60., ale później przekroczył ten kontekst, inspirując się wieloma nurtami współczesnej awangardy. Nestor w ostatnim czasie przeżywa drugą młodość, gra z czołówką światowych improwizatorów (warto zaznaczyć, że ma na koncie album z Mikołajem Trzaską – „Intimate Conversations” sprzed dwóch lat). Transatlantycki duet w swych dialogach czerpie z niestandardowych sonorystycznych rozwiązań, tworzy niebanalne tekstury, ale daleki jest od szokowania nowatorskimi (z punktu widzenia dziedzictwa jazzowej awangardy) technikami i formami. Niewątpliwie jednak panowie mają swój język i dar kreowania specyficznego, frenetycznego napięcia.



Anthony Braxton „Beyond Quantum”. Tzadik, 2008.

Anthony Braxton uchodzi za czołowego intelektualistę z kręgu czarnej, jazzowej awangardy. Od czterech dekad zgłębia zarówno tajniki improwizacji, jak i muzyki współczesnej – podkreślając zawsze emancypacyjny wymiar swej twórczości. W annałach zapisał się jako autor pierwszej płyty na solowy saksofon, „For Alto” z 1968 roku.

Na „Beyond Quantum” partneruje mu basista nr 1 nowojorskiej avantjazzowej sceny, William Parker i perkusista Milford Graves. Generowane przez bębniarza polirytmiczne struktury gładko łączą szeroko pojęte etno i niemal całą jazzową historię, wspaniale współgrając z pomysłowo prowadzonymi liniami basu. O temperaturze muzyki decydują jednak przede wszystkim żarliwe, pełne dzikiej energii, często mknące z niebywałą zwinnością partie Braxtona. Dodatkowy koloryt wnoszą szamańskie wokalizy Gravesa. Jest w muzyce tria prawdziwy ogień, jest iście plemienny żywioł, a zarazem zgoła mistyczne uniesienie – czyli wszystko to, co składa się na charyzmę czarnego free jazzu. Miłośnicy tej tradycji nie będą zawiedzeni.