ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (126) / 2009

Janusz Paliwoda, Sylwia Chutnik,

PUNK ROCK POMAGA

A A A
Janusz Paliwoda: Pamiętasz taki moment, w którym zdałaś sobie sprawę, obserwując na bazarze przy Banacha sektor dziadowski, przede wszystkim baby odziane w dziesięć warstw ubrań i „wyprzedające swoje życie”, że to jest świetny materiał powieściowy?

Sylwia Chutnik: Nie, ponieważ nie planowałam napisać żadnej książki. Nie byłam literatką z kartką i ołówkiem tropiącą wydarzenia na mieście. Widziałam dziadów codziennie, mieszkałam przy bazarze, zrosłam się z nim. Tym babom aż się takie neony świeciły: „Weź coś z tym zrób!” Mogłam oczywiście zorganizować sesję fotograficzną albo nakręcić dokument, ale tak się składa, że nie robię zdjęć i nigdy nie miałam kamery w ręku. Wcześniej pisałam teksty publicystyczne, a nie literaturę piękną. Ale zdecydowałam, że już najprościej, jeżeli już te baby tak pchają mi się w oczy, będzie opisać je w programie Word. To było niezamierzone, ale na tym bazarze działy się takie rzeczy, że trudno było nie przetworzyć ich na literaturę. Skoro sektor dziadowski tak bardzo pchał się na papier...

J.P.: W jaki sposób na powstanie „Kieszonkowego atlasu kobiet” wpłynęły klimaty punkowo-anarchistyczne?

S.Ch.: Ta książka powstała właśnie dlatego, że jestem aktywistką społeczną o korzeniach anarchistycznych, punkowych i alterglobalistycznych. Mój bunt jest niezależny od różnych wpływów, na przykład środowiska literackiego, dlatego że eksploduje z głębi mojego wnętrza. Ale nie jestem też niezłomną buntowniczką. Jestem „sofciarą” w wielu dziedzinach.

J.P.: Ale w powieści pojechałaś dość ostro...

S.Ch.: Pisząc „Kieszonkowy...”, nie miałam dylematów w rodzaju: „O Jezu, a może nie powinnam. Nie, nie, że to jest jednak za ostre”. Nie dlatego, że jestem taka „hej do przodu”, tylko dlatego, że w ogóle o tym nie pomyślałam. I dopiero jak zobaczyłam tę książkę, to dotarło do mnie, że jednak będą się czepiać. Obracanie się w kręgach punkowo-anarchistycznych daje mi wolność w wyrażaniu swoich poglądów i sprawia, że się ich nie boję, nie wstydzę. Charakterystyczny jest też sposób patrzenia na pewne sprawy, na przykład nierówności społeczne. To jest jednak mocno lewicujące, anarchistyczne. Chodzi tutaj o pewnego rodzaju wrażliwość, która uwypukla się, gdy działasz na rzecz na przykład dzieci w Chinach, obrzezanych kobiet w Somalii, gwałconych matek w Czeczenii. To daje ci taką wrażliwość, dzięki której zainteresujesz się losem staruszki ze starej, warszawskiej kamienicy warszawskiej.

J.P.: Pewnie też ostatnia scena, w której Marysia podpala i rozwala wszystko wokół, nie pojawiłaby się, gdybyś nie była punkówą?

S.Ch.: Wszystkim się wydaje, że ta scena jest w stylu Agnieszki Chylińskiej, a ona była dla mnie totalnie ironiczna. Czytelnicy spodziewali się, że ta dziewczynka wszystko rozwali i tak właśnie się dzieje, tylko że w ostatniej chwili robi woltę i nie idzie tam, gdzie powinna, czyli nie zabija się, skacząc do Wisły. Ona wbrew pozorom wyrywa się ze schematów, w przeciwieństwie do pozostałych bohaterek i bohaterów tej książki. W tym sensie Marysia jest anarchistką, bo łamie pewne schematy i scenariusze napisane dla małej dziewczynki. Potraktowałam to ironicznie, tak jak się rozwala gitarę na scenie. Takie wrrrrr!

J.P.: W jednym z wywiadów stwierdziłaś, że masz szczęście do starych ludzi, którzy podchodzą do Ciebie i opowiadają różne historie. Jakieś zasłyszane historie „wykorzystałaś” w „Atlasie...”?

S.Ch.: Historie, które znalazły się w książce, są „mieszanką” tego, co usłyszałam lub przeczytałam. Podczas pisania one się wszystkie zapętliły jak w tyglu.

J.P.: Na Twoim blogu pojawił się wiersz pod tytułem „Chyba mam depresję”. To jest jednorazowy wybryk, czy w szufladzie masz jeszcze jakąś poezję?

S.Ch.: O, przecież ja byłam poetką! W wieku 15 lat wygrałam Konkurs Jednego Wiersza w Związku Literatów Polskich. Gdy byłam nastolatką, należałam do KLAN-u (Klubu Ludzi Artystycznie Niewyżytych). Prowadziła go świętej pamięci Danuta Wawiłow, poetka dziecięca. To była kuźnia poetów, poetek, dużo było punków, młodych-gniewnych, którzy nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, ale chcieli coś tworzyć. Sporo fajnych osób, które działały w KLAN-ie, osiąga teraz artystyczne sukcesy. Dzięki temu, że byłam poetką, nie wywalili mnie z liceum!

J.P.: Fascynuje Cię literatura warszawska? Twórczość Tyrmanda, Konwickiego, Wiecha, Grzesiuka...

S.Ch.: Tak, bardzo ją lubię. Nawet przez chwilę się bałam, żebym się nie wczuła w Wiecha i nie pojechała w te klimaty. Ale na szczęście nie umiem i nie chcę. Tyrmand oczywiście jest niesamowity w opisach Warszawy. Bez żadnej żenady pisał, jakie to miasto jest fascynujące. Bo jednak trochę wstyd „jechać” w stylu: „Litwo, ojczyzno moja” albo „Moja Warszawo”, a jednak Tyrmandowi wyszło to tak naturalnie. Widać było jego autentyczną fascynację tym miastem. Uświadomiłam sobie wtedy, że to nie musi być obciachowe. To jest OK, jak się durzysz w swoim mieście. Oczywiście zaczytywałam się też Białoszewskim, który Warszawę topograficznie przewalał z kąta w kąt. Jeśli chodzi o literaturę pozawarszawską, to uwielbiam Izabelę Filipiak z opisem małej dziewczynki w „Absolutnej amnezji”, „Lubiewo” Witkowskiego z paniopanem. Masłowską również, bo ona pokazała, że mówić językiem ulicy jest OK. Ale też Angela Carter z projektem spisywania na nowo legend z kobiecej perspektywy.

J.P.: Po odebraniu nagrody powiedziałaś, że Twoja książka ukazała się poza mainstreamem, jest niszowa, ale nie żal Ci trochę tego, że gdyby została wydana w większym wydawnictwie i miała lepszą kampanię reklamowo-marketingową, odniosłaby jeszcze większy sukces...?

S.Ch.: Nie, nie... Dlatego punk rock pomaga. Ja zostaję w „Ha!arcie”, chociaż mam teraz dużo propozycji z wielkich wydawnictw, które mają pieniądze, żeby zrobić plakat z twoją twarzą. Lubię Martynę z „Ha!artu”, która bardzo dobrze gotuje, jak u niej jestem, lubię Anię Sasnal – moją redaktorkę, Karolinę i wszystkie osoby z tego wydawnictwa. Kiedy czegoś potrzebuję, to one spieszą mi z pomocą. Gdy jestem chora, to dzwonią i pytają, czy mi wysłać z Krakowa kurierem syrop cebulowy. To jest dla mnie 150 razy ważniejsze, niż lepsza sprzedaż mojej książki. Gdybym miała zamiar zostać pisarką, to bym może zainwestowała w jaką super promocję i w większe wydawnictwo, ale w ogóle mnie to nie interesuje, więc zostaję tam, gdzie jest mi miło. Teraz niech się wypchają wszystkie duże wydawnictwa! Prawdziwe ryzyko jest wtedy, gdy wydaje się debiutanta. A „Ha!art” podjął to ryzyko i pomógł mi w momencie, w którym tego potrzebowałam, jako osobie zupełnie nieznanej. A ja nie lubię sytuacji, w której mniejsze, niszowe wydawnictwa traktuje się jak trampolinę do sukcesu. Uważam, że to jest nie fair i chujowe.

J.P.: Duże wydawnictwa nie były zainteresowane „Kieszonkowym...”?

S.Ch.: Propozycję złożyłam tylko w „Ha!arcie”. Wydruk wręczyłam Piotrowi Mareckiemu, który wtedy odchodził z tego wydawnictwa. On poszedł z moim tekstem do „Krytyki Politycznej”, która nie zgodziła się wydrukować „Atlasu...”. Wiem, że teraz KP tego żałuje. Uważałam, że „Ha!art” jest jedynym wydawnictwem, oprócz „Lampy”, które jest odpowiednie dla publikacji mojej powieści. To są ludzie, którzy czają i doceniają to, że działam społecznie. Ważne też było dla mnie to, że nie mają zasranej dystrybucji, bo nie interesowało mnie odbicie na ksero tego, co napisałam, tylko chciałam, aby książka była dostępna w księgarni. Ale nie miałam ciśnienia na promocję, bo w „Ha!arcie” jej nie ma. To był świadomie dokonany wybór i przy nim zostaję.

J.P.: Jak znosisz zamieszanie wokół Ciebie rozpętane przyznaniem Paszportu Polityki?

S.Ch.: Gdy czekałam na Ciebie, podeszło do mnie kilka osób i pogratulowało mi książki. Na siłowni pewien pan wziął ode mnie autograf (śmiech). Wiesz, człowiek w dresie zapieprza po bieżni, a tu mu pod nos ktoś podtyka zdjęcie. Ja nigdy nie budowałam swojej tożsamości na byciu „panią pisarko”, ani „panią literatko”. Jest zamieszanie, mam swoje pięć minut. Ja to wszystko rozumiem, jestem bardzo cierpliwa, jeśli chodzi o dziennikarzy. Uważam, że to jest normalne.

J.P.: Jak przyjęło Twój sukces środowisko literackie?

S.Ch.: Staram się nie przebywać w środowisku literackim. Oczywiście coraz częściej mam z nim do czynienia. Są tam super osoby, które piszą. Poznałam je dzięki książce. Lubię tych ludzi, oni mnie też. Bardzo się cieszę z tych znajomości. Dużo czytam, ale nie literatury pięknej, tylko historyczną. Nie potrafię mówić mądrze o literaturze, dyskutować i porównywać. Do takich rozmów to się nie mogę włączyć. U autorów płci męskiej przeszkadza mi mit pisarza z problemami, który się najebie, a potem o tym opowie. Dlatego wśród tych ludzi czuję się jak stara matrona. Ja tego środowiska nie znam, tych średnich i mniejszych grup literackich też, ale mnie do nich nie ciągnie. Na pewno teraz oni mnie nie lubią, bo tak się zazwyczaj dzieje, gdy ktoś odniesie sukces.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 11.03. 2009 Cafe Karma Fot. autorki: Mikołaj Długosz