Wydanie bieżące

15 marca 6 (126) / 2009

Tadeusz Kosiek,

SONGS FOR MUSIC LOVERS

A A A
Marianne Faithfull “Easy Come, Easy Go”. Naïve, 2009.
Podtytuł nowej płyty Marianne Faithfull – „18 Songs for Music Lovers” – stanowi jej najkrótszą i zarazem najlepszą recenzję. Album rzeczywiście wypełniają utwory, które docenią wszyscy miłośnicy tradycyjnie rozumianych piosenek. Takich zwykłych piosenek – z melodią i z tekstem – zaaranżowanych tak, by uwypuklić tę pierwszą i nie przeszkodzić w zrozumieniu tego drugiego.

Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale po dwudziestu latach z niewielkim okładem Faithfull ponownie połączyła swe siły z producentem Halem Willnerem, współautorem niezapomnianej ”Strange Weather”, by po raz kolejny zaprezentować starannie wyselekcjonowany zestaw coverów. Nie tyle standardów, choć niektóre z wybranych piosenek standardami są, co Piosenek (przez duże P) – utworów o niebanalnej linii melodycznej i niegłupich tekstach. Kompozycje zaczerpnięto z różnych śpiewników: od jazzu i soulu, poprzez rock, po country oraz folk i różnych epok. Wśród ich autorów znaleźć można zarówno twórców uznanych, jak i niszowych. Niektórzy z autorów oraz wykonawców dawno temu przepadli w odmętach historii muzyki, o innych nadal się pamięta, znaleźć można również kilka nagrań z repertuaru artystów młodych, będących wciąż jeszcze na razie na dorobku, ale z szansami na trafienie do panteonu sław.

Utwory, jak to zwykle bywa w przypadku produkcji Willnera, zaaranżowane zostały z prawdziwym rozmachem – liczba muzyków towarzyszących wokalistce waha się w zależności od utworu od pięciu do piętnastu, zaś w skład instrumentarium, poza zwyczajowymi gitarami, klawiszami i bębnami, wchodzą również sekcja dęta oraz kwartet smyczkowy. Szczególnie interesująco wypada ta pierwsza, gdyż zamiast oklepanych trąbek, czy puzonów wykorzystywane są niecodzienne zestawy, np. grające jednocześnie kilka klarnetów albo saksofonów tenorowych. Być może większy nacisk spowodowany na partie instrumentów dętych tłumaczyć może fakt, że autorami aranżacji są artyści kojarzeni zwykle z jazzem – niekonwencjonalni weterani nurtu downtown – Steven Bernstein, Greg Cohen i Mark Ribot, znany z Tin Hat Trio i współpracy z Billem Frisellem oraz Norą Jones multiinstrumentalista Rob Burger, doświadczony pianista i akordeonista, kompozytor muzyki filmowej Gil Goldstein oraz jeszcze jeden pianista, aranżer i kompozytor muzyki filmowej Steve Weisberg. To oni są cichymi bohaterami tej płyty, to ich aranżacje sprawiają, że te jakże tradycyjne utwory, przesiąknięte duchem klasycznej muzyki amerykańskiej, której spektrum obejmuje soul, country, wodewil, musical, jazz, pop, rock, blues, brzmią świeżo i ekscytująco.

Jednak pomimo wielości autorów piosenek i aranżacji, pomimo różnorodności stylistyk, w jakiej się one mieszczą oraz prawdziwego tłumu goszczących na płycie wokalistów i akompaniujących muzyków wyraźnie odczuwa się, że, parafrazując, jest to „płyta jednego aktora”. Większość wybranych na „Easy Come, Easy Go” utworów mówi o sprawach niewesołych, więc ograniczone możliwości wokalne Marianne Faithfull nie są w tym przypadku żadną przeszkodą. Jej pozornie beznamiętny, niski głos o matowym brzmieniu bez większego trudu potrafi wyrazić emocje ukryte w słowach. Trudno się temu dziwić, przecież Faithfull była na szczycie, była też na dnie i dogłębnie poznała ludzką naturę. Jej głos i osobowość niemal całkowicie zdominowały tę płytę, jej charyzma sprawiła, że prawie wszyscy zaproszeni goście – a po przeczytaniu „listy płac” naprawdę może zakręcić się w głowie – pozostają w jej cieniu. Wyjątkiem są Antony Hegerty – współodpowiedzialny za rewelacyjny duet w mistrzowsko zaaranżowanym przez Bernsteina soulowym klasyku „Ooh Baby Baby” pochodzącym z repertuaru Smokeya Robinsona & The Miracles – Rufus Wainwright – podśpiewujący w majestatycznej balladzie „Children of Stone” zapożyczonej od psychfolkowego zespołu Espers oraz gitara Marka Ribota, który będąc jednocześnie wyrafinowanym stylistą i radykalnym eksperymentatorem, z wielką elegancją i wyczuciem porusza się w obrębie rozmaitych stylistyk. Poza wspomnianymi już duetami z Antonym i Rufusem W., na płycie wyróżniają się wodewilowa wersja „Easy Come, Easy Go” z repertuaru Bessie Smith, dojrzała i z lekka urockowiona interpretacja piosenki Dolly Parton „Down from Dover” oraz przejmujące wykonanie brechtowsko-weillowskiej w duchu „In Germany Before The War” Randy’ego Newmana. Pozostałe piosenki są co najmniej dobre, niektóre zaś nawet bardzo dobre, no może z wyjątkiem trochę nijakiego wykonania przez duet Faithfull-Jarvis Cocker piosenki „Somewhere (A Place for Us)”, pochodzącej z „West Side Story”. Ale może dlatego, że pomimo upływu lat w uszach wciąż mam wersję Toma Waitsa, z którą trudno jest konkurować.

Płyta dostępna jest w dwóch wydaniach – zwykłym (pojedynczy album z 10 nagraniami) oraz limitowanym (dwie płyty CD zawierające w sumie 18 utworów plus DVD). W niektórych recenzjach wyczytać można, że wersję kanoniczną stanowi album w wersji rozszerzonej. Jednak moim zdaniem jest przeznaczony dla zagorzałych wielbicieli Marianne Faithfull lub Hal Willnera. Zwykłym słuchaczom w zupełności powinna wystarczyć edycja jednodyskowa, na której – jak sądzę – znalazło się na niej to, co najlepsze.