Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (127) / 2009

Łukasz Iwasiński,

TWILITE. MUZYKA NIE-POLSKA

A A A
Twórczość duetu Twilite (czyli Pawła Milewskiego i Rafała Bawirsza) to dowód na to, że tak modna w ostatnim czasie na świecie fala akustycznego songwritingu dosięgła także polskich muzyków. Aktualnie panowie rezydują w Dublinie, ale zapowiadają powrót do ojczyzny. Kilka tygodni temu nakładem rodzimej oficynki Electric Eye ukazała się debiutancka płyta zespołu, pt. „Bits & Pieces”

Łukasz Iwasiński: Powiedźcie kilka słów o źródłach, początkach i losach projektu.

Paweł Milewski: Jak można przeczytać w naszej notce biograficznej na MySpace, poznaliśmy się w Olsztynie, podczas studiów na tamtejszym uniwersytecie. Zaczęło się tradycyjnie od wymiany płytami, przez wspólne imprezy, aż po plany wspólnego grania. W niedługim czasie znaleźliśmy się w małym miasteczku na wybrzeżu Wielkiej Brytanii dokąd wyemigrowaliśmy za chlebem. Tam zaczęliśmy od wspólnego grania coverów i rozśpiewywania gardeł. Autorskie piosenki pojawiły się dopiero po powrocie do Polski. Pierwsze utwory nagrywałem w domu w Biskupcu, totalnie amatorsko, na miniaturowy mikrofon za 10 zł do komputera. Kawałki trafiły na MySpace, pojawiły się pozytywne opinie i od tego momentu zdecydowaliśmy działać we dwójkę. Sprawa była utrudniona przez dzielącą nas odległość, ale jak wiadomo dzięki Internetowi ten problem można ominąć. I tak zaczęła się nasza korespondencyjna twórcza współpraca na linii Biskupiec – Kraków, która trwała aż do kolejnej emigracji, na której pozostajemy do dzisiaj. Będąc już w Dublinie zaopatrzyliśmy się w lepszy sprzęt nagrywający i mogliśmy w końcu tworzyć wspólnie nowe kawałki. Żmudnie, w nielicznych wolnych chwilach nagrywaliśmy materiał na właściwe demo, a dzięki Piotrkowi Maciejewskiemu z Much usłyszał o nas Piotr Stelmach z Trójki i poprosił o zgodę na umieszczenie naszej piosenki na swojej składance, później drugiej, aż zaproponował nam koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej

Ł.I.: Jak trafiliście do oficyny Electric Eye (prowadzonej przez braci Kapsów z Contemporary Noise Quintet/ Sextet)? Od dawna znacie Kapsów? Z czyjej inicjatywy pojawił się pomysł wydania w ich wydawnictwie, kojarzonym do tej pory raczej z okołojazzowymi brzmieniami?

P.M.: Z Kapsami poznaliśmy się również dzięki MySpace. Któregoś dnia napisali do nas, że podoba im się nasza muzyka i z przyjemnością nagraliby nas kiedyś. W takiej internetowej znajomości trwaliśmy dość długo, wymieniając od czasu do czasu maile. Nie mieliśmy zbyt dużego ciśnienia na płytę. Brakowało nam trochę mobilizacji, czasu i środków. Aż do momentu gdy Bartek zaproponował nam nagranie debiutu u nich w studio „za free” i wydanie w ich małym wydawnictwie. Był to wystarczający impuls byśmy zebrali się do kupy, dopracowali materiał, dopięli terminy i wsiedli do samolotu. Tak doszło do ekspresowej, pięciodniowej sesji w szubińskim studio.

Ł.I.:. Jeszcze niedawno wydawało się, ze człowieka z gitarą zastąpi człowiek z laptopem – a szerzej, cała mitologia barda z gitarą ustąpi figurze kolesia siedzącego nad laptopem we własnej sypialni. A jednak od kilku lat na świecie mamy powrót do prostolinijnego gitarowego brzdąkania. Zgodzicie się? Skąd ten zwrot?

P.M.: Rzeczywiście, na przestrzeni ostatnich lat nastąpił wysyp „smutnych panów z gitarami" i coraz więcej takiej muzyki trafia do szerszego obiegu. Powodem mogą być coraz lepsze i łatwiejsze możliwości dotarcia twórcy do słuchaczy, czyli rozwój promocji muzyki przez Internet, a co za tym idzie każdy tworzący w zaciszu domowym artysta ma szansę być zauważonym przez większą rzeszę odbiorców. Dzięki temu więcej wartościowej muzyki wypływa na powierzchnię. Być może powrót do bardziej korzennych metod tworzenia spowodowany jest przesytem muzyką elektroniczną, przekomplikowaną. Wciąż niewielu udaje się sensownie pożenić maszyny z tradycyjnym instrumentarium, może właśnie stąd bierze się powrót do prostych emocji? W prostocie siła.

Rafal Bawirsz: Myślę że ten zwrot wiąże się z zapotrzebowaniem na nieco odpoczynku od wypasionych bitów, roztańczonych parkietów oraz tęsknoty za prostotą formy w obecnym koktajlu dźwięków wygenerowanych i przetwarzanych w komputerach. Chyba od zawsze ktoś tak grał i grać będzie, ale ostatnio w tej akustycznej materii pojawiło się sporo wybitnych muzycznie osobistości, które zostały zauważone i wylansowane jako alternatywa dla przodujących w ostatniej dekadzie wykonawców.

Ł.I.:. Ta fala – mniej lub bardziej zakorzenionego w folku songwritingu – ogarnęła także rodzimych artystów. Czy sądzicie, że pojawiała się jakaś „polska szkoła songwritingu”? Dostrzegacie wśród naszych twórców (a także u was samych) coś specyficznie polskiego / słowiańskiego (np. Grzesiek Nawrocki niejednokrotnie podkreślał swą słowiańskość)?

P.M.: Specjalnie nie widzę w Polsce wysypu „folkowych grajków”. Wydaje mi się, że wciąż trudno znaleźć u nas na tym polu coś wartościowego. Z reguły przeważa u polskich zespołów ten „polski pierwiastek", którego nie jestem wielkim fanem i który najczęściej charakteryzuje się topornością melodii, rozlazłością kompozycji i ogólnym brakiem lotności. Oczywiście są znakomite wyjątki, które potrafią w interesujący sposób czerpać z polskich tradycji piosenkarskich. Wspomniane Kobiety robią to z głową, Pustki czy Muchy też w jakiś tam sposób skutecznie implementują „słowiańskie melodie” do swojej muzyki i jest to ich atut. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem polskiej muzyki, wychowywałem się na kapelach głównie brytyjskich, w trochę mniejszym stopniu amerykańskich. W związku z tym trudno szukać u nas jakichś słowiańskich naleciałości.

R.B.: Z pewnością nastąpił zwrot w liczbie zespołów i twórców powstających obecnie w Polsce jak grzyby po deszczu (pośrednio zapewne dzięki dostępności muzyki i środków do jej tworzenia), ale jedyne co może je łączyć to chyba jednak próba ucieczki od polskości / słowiańskości i kiepska znajomość angielskiego. Jeśli coś w tej muzyce pozostaje z polskości to chyba osobiste emocje przekazywane w dźwiękach, które zazwyczaj są swoistym znacznikiem tego skąd pochodzimy. Trudno zrobić „amerykańską muzykę” będąc Polakiem lub Słowianiniem i nie brzmieć, choćby po części jak „ludzie stąd”. Z pewnością da się w naszej muzyce usłyszeć coś specyficznego dla regionu pochodzenia (choćby ubogie słownictwo niepolskojęzycznych tekstów (śmiech).

Ł.I.:. Z drugiej stron, na ile waszą twórczość determinuje fakt, iż mieszkacie w Dublinie?
P.M.: Wydaje mi się, że sam fakt mieszkania w Dublinie nie ma większego wpływu na naszą twórczość. Uważam wręcz, że jest nam tu z tym trochę trudniej. Wpływ na to ma nie samo miasto, a ogólna sytuacja życiowa i warunki do tworzenia. Ze względu na pracę i dzielenie mieszkania trudniej o swobodę i beztroskę z czasów studenckich. Ale winą za to trzeba obarczyć nie miasto, a potrzebę funkcjonowania w „dorosłym życiu”.

R.B.: Jestem zupełnie innego zdania niż Paweł – to, że mieszkam w Dublinie determinuje moje tworzenie muzyki. Ilość obejrzanych koncertów, wykonawców i dostęp do obcowania z muzyką (niemal w każdym pubie codziennie ktoś gra na żywo), a ponadto jakaś tęsknota, przymus bycia tutaj – wszystko to powoduje, że tworzy się łatwiej. Jakby coś było w powietrzu, nie wiem jak to określić, ale już w pierwszych dwóch tygodniach po przyjeździe zrobiłem kilka nowych utworów i tak to niezmiennie trwa. Co kilka dni przychodzi mi coś nowego do głowy i zaraz nagrywam to, zbierając materiał. Poza tym będąc tutaj, łatwiej tworzyć w języku angielskim.

Ł.I.:. Czy formuła człowiek i gitara jest dla was optymalna? Czy ten minimalizm formy, środków, personelu jest narzucony, wymuszony przez okoliczności czy to świadomy wybór?

R.B.: Jest to zarówno świadomy wybór, jak i narzucony łatwością przekazu w takiej formie. Gdybyśmy mieli perkusistę, wszystko byłoby trudniejsze. We dwójkę możemy robić próby w domu, zdjąć gitary z pleców i zagrać koncert gdziekolwiek. Przed nagraniem płyty myśleliśmy że choćby tylko na jej potrzeby zaaranżujemy coś w studiu, zaprosimy jakiegoś skrzypka, pianistę i gdzie się da rozbudujemy utwory melodycznie, ale mieliśmy na nagranie tylko 5 dni i tak to zostało w pierwotnej, domowej formie. Przez długie lata udzielaliśmy się w zespołach rockowych wszelkiej maści i nadal byśmy chcieli czasem wpiąć się w piece i z masą przesterów narobić niezłego hałasu przy akompaniamencie basu i rozszalałej perkusji, ale takie granie jak teraz jest bardziej osobiste, nasze i starające się nie powielać powszechnych w muzyce wzorców.

Ł.I.:. Wasz „folk” jest mało „freak”. Bliżej mu do indie-bardów pokroju np. Marka Kozelka. Nie pociągają was współczesne ekscentryczne eksperymenty spod znaku freak-folku, jakie święcą triumfy w ostatnich latach?

R.B.: Nie mamy potrzeby wygłupiania się za pomocą dźwięków i dążenia za wszelką cenę do tworzenia tego, co jest teraz najbardziej pożądane w muzyce. Mamy nadzieję, że to co chcemy przekazać jakoś trafi i znajdzie wiernych odbiorców. Mamy dużo pomysłów na inne granie i z chęcią byśmy zatracili się na jakiś czas w laptopowych, elektronicznych lub gitarowo-perkusyjnych eksperymentach, ale tymczasem brakuje nam na to czasu i środków. Nie gramy muzyki popularnej i nie da się niestety z tego żyć. Musimy pracować, przez co więcej czasu i siły poświęcamy na inne, niezbędne do funkcjonowania czynności. A Koncert Kozelka, który mieliśmy okazję tutaj zobaczyć był bardzo dobry i sala była pełna, więc chyba zawsze znajdzie się swoich wyznawców, grając szczerą i spokojną muzykę o ładnych, przystępnych melodiach. Ludzie potrzebują odpoczynku.

Ł.I.: Warto tu zadać tyleż banalne, co istotne pytanie – jakie są Wasze muzyczne inspiracje?

P.M.: Słuchaliśmy dość rożnych rzeczy, każdy z nas wychował się na innych zespołach. Ja świadome słuchanie muzyki zaczynałem od płyt Becka, Sonic Youth, My Bloody Valentine czy Spiritualized.

R.B.: Ja rozwijałem granie, zasłuchując się w pierwszej płycie Rage Against The Machine, płytach Toola, Soundgarden, Cocteau Twins, Jeffa Buckleya... Obecnie lubimy podobne rzeczy, z najczęściej przez nas słuchanych ostatnio można wymienić Sleeping States, Bon Iver, Fionn Regan, Fleet Foxes, czyli płyty jakoś tam zbliżone do naszych nagrań, ale lubimy też bardziej radykalne rzeczy jak zeszłoroczne Flying Lotus, Marnie Stern, Jamie Lidell, Atlas Sound, czy Battles, Burial i Herbert. Dużo Broken Social Scene, Grizzly bear, LCD Soundsystem. Lubię też pogrzebać w jazzie. Absolutnie nie zamykamy się w określonych stylach, w muzyce dzieje się obecnie wiele ciekawych rzeczy, wiec jest w czym wybierać.

Ł.I.:. Plany? - zarówno te artystyczna jak i osobiste (powrót do Polski?). Zamierzacie promować płytę na Wyspach?

R.B.: Promocja płyty tutaj jest o tyle utrudniona, że nie mamy dystrybucji i pomocy niektórych zaprzyjaźnionych mediów. Sami musimy się wszystkim zajmować, a z naszą nieprzebojowością trudno nam załatwić jakiekolwiek występy. O autorskich koncertach w ogóle raczej nie mamy co marzyć, bo nie ma co liczyć na zainteresowanie, gdy nikt o nas nie słyszał. Planujemy powrót do Polski, ale trzeba gdzieś się zahaczyć, znaleźć pracę i pokonać wiele innych trudności, więc na razie jedynie trasa, prawdopodobnie na przełomie maja i czerwca. Nie zostaliśmy wydani przez dużą wytwórnię, więc nie możemy liczyć na promocję z prawdziwego zdarzenia ani opłacane recenzje i szeroki medialny rozgłos. Mało kto w ogóle słyszał, że wydaliśmy płytę, trudno więc powiedzieć, jak to potoczy się dalej i w jaki sposób zainteresowanie naszą muzyką zdeterminuje dalsze plany artystyczno-osobiste.