Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Magdalena Kempna-Pieniążek,

POZWÓL MI WEJŚĆ O ZMIERZCHU

A A A
Nowości DVD
Niepisane prawo świata horroru głosi, że należy być wyjątkowo ostrożnym w doborze osób, które zaprasza się do własnego domu. Nigdy bowiem nie wiadomo, czy ten przystojny chłopiec, tamta piękna dziewczyna lub to niewinne dziecko nie skrywa bardzo mrocznej tajemnicy. W jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów „Miasteczka Salem” Stephena Kinga mały wampir Danny Glick próbuje się dostać do pokoju młodego bohatera powieści, Marka Petrie. Chłopiec jest jednak wielkim znawcą literatury i filmów grozy, wie więc doskonale, że upiór nie może wejść do jego domu bez oficjalnego zaproszenia. Zgodnie z tradycją, niechciana wizyta wampira nie musi się kończyć tak jak słynna fraszka Kochanowskiego, w której „doktor nie puścił, lecz drzwi puściły”. Solidne drzwi i okna zupełnie wystarczą, o ile oczywiście stoi za nimi silna wola. Jak widać, znajomość horrorów może się czasem do czegoś przydać.

Stuk-puk w okienko

Z oglądaniem filmów wampirycznych jest trochę tak, jak z zapraszaniem gości – warto dokonać ich rzetelnej selekcji. Na przykład ostatni wampiryczny hit, „Zmierzch” Catherine Hardwicke, można obejrzeć, ale po co? Za to przed kameralnym „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona warto otworzyć szeroko drzwi, bo jest to propozycja godna uwagi. Zestawienie tych dwóch filmów – z których pierwszy nie tak dawno gościł na ekranach naszych kin, a drugi właśnie wkroczył na polski rynek DVD – wydaje się z wielu względów kuszące. Przy całym szeregu podobieństw fabularnych (w obu przypadkach chodzi o z oczywistych względów trudne damsko-męskie związki wampiryczno-ludzkie) i formalnych (oba filmy są adaptacjami utworów literackich), różnice są tym bardziej widoczne; a są to różnice, które dotyczą nie tylko samych dzieł, lecz i dwóch tendencji w obrębie filmu wampirycznego. Porównanie wypada przy tym zdecydowanie na korzyść dzieła szwedzkiego reżysera.

- Musisz mnie zaprosić – mówi Eli (Lina Leandersson) swojemu przyjacielowi, Oskarowi (Kåre Hederbant), który właśnie otworzył przed nią drzwi do swego mieszkania. Film Tomasa Alfredsona, choć nie jest bynajmniej trudny w odbiorze, wymaga od widza elementarnej zdolności myślenia i otwartości na refleksje, które mogą prowadzić do zgoła pesymistycznych wniosków. Edward Cullen (fatalny Robert Pattinson), bohater „Zmierzchu” Catherine Hardwicke, nie musi zawracać sobie głowy problemem zaproszenia. Wchodzi gdzie chce i kiedy chce, a ta łatwość doskonale współgra z charakterem samego filmu. Umiejętność myślenia nie jest w tym przypadku bezwzględnie potrzebna. Wystarczy zdolność czerpania wzruszeń ze schematycznych opowieści i popadania w cielęcy zachwyt na widok wszystkiego, co ładne i błyszczące.

Mała wampiriada

Jednym z atutów scenariusza „Pozwól mi wejść” jest fakt, iż historia wampiryczna zostaje w nim osadzona w rzadko spotykanym w tego typu kinie dziecięcym kontekście. Większość filmów tego nurtu (i jest to niestety amerykańska większość) przynosi rozumienie wampiryzmu jako spektakularnej mieszanki przemocy, seksu i efektownych gadżetów. Jeśli do tego wszystkiego dołączane zostaną oryginalne aluzje, na przykład związane z wirusem HIV (takim interpretacjom poddaje się „Drakula” Francisa Forda Coppoli, 1992) albo wątki egzystencjalne (jak w „Wywiadzie z wampirem” Neila Jordana, 1994), nie jest jeszcze tak źle. Na ogół jednak kino głównego nurtu sprowadza film wampiryczny do poziomu krwawej sieczki, w którą wpleciony zostaje zwykle wątek sentymentalno-romansowy („Underworld”, 2003-2009; „30 dni mroku”, 2007; „Jestem legendą”, 2007). W konfrontacji z tego typu obrazami „Pozwól mi wejść” ocala wiarę w to, że jeden z najciekawszych romantycznych mitów nie jest jeszcze całkiem dla kina stracony.

Dwunastoletni Oskar jest chłopcem samotnym i introwertycznym. Mieszka tylko z matką, ojca widuje od czasu do czasu, w szkolnej dżungli gra rolę ofiary, co rusz torturowanej psychicznie lub fizycznie przez bandę klasowych łobuzów. Zimowy pejzaż, szybko zapadający zmierzch i smutne przestrzenie prowincjonalnego szwedzkiego miasta tylko podkreślają osamotnienie głównego bohatera, chorobliwie zainteresowanego kryminalistyką i marzącego o wywarciu krwawej zemsty na swoich oprawcach. Pewnego dnia (a raczej pewnej nocy) coś się jednak zmienia. Do mieszkania obok wprowadza się starszy mężczyzna wraz ze swoją córką Eli. Dziewczynka z wielu względów wydaje się odpowiednią towarzyszką dla Oskara – jest podobnie jak on wyalienowana i ekscentryczna. Pośrodku pogrążonego w mroku, pustego placu zabaw nawiązana zostaje nietypowa przyjaźń. W tym samym czasie w okolicy dochodzi do niepokojących zdarzeń, głównie zaginięć i krwawych morderstw…

„Pozwól mi wejść” jest filmem odwołującym się do romantycznej interpretacji wampiryzmu. Jako kontekst – co prawda bardzo odległy – można byłoby przywołać arcydzieło Wernera Herzoga, „Nosferatu – wampir” (1979). W obu przypadkach wampiryzm jest figurą Inności, ale i symbolem nieznośnego osamotnienia, zawieszenia między światami, pragnienia miłości i śmierci, którego nigdy nie można w pełni zrealizować. Dzieło Alfredsona jest przy tym przejmującą opowieścią o dzieciństwie, które może być trudne na wiele sposobów. Zarówno Oskar jak i Eli mają troskliwych opiekunów, nie doświadczają przemocy rodzinnej, nie uginają się pod brzemieniem choroby. Nie są jednak szczęśliwi. Ich samotność jest zatrważająca. Pasja, z jaką Oskar dźga nożem swych niewidzialnych wrogów, przeraża w konfrontacji ze scenami, w których młody bohater cierpliwie znosi szykany ze strony szkolnych łobuzów. Nie sposób nie pomyśleć, że spośród takich introwertycznych, dorastających pozornie bez większych problemów, wychowywanych w dobrych domach uczniów rekrutowali się w większości ci, którzy w ostatnich latach rozpętywali w szkołach po obu stronach Atlantyku krwawe jatki. Alienacja – zwłaszcza jeśli jest bardziej stanem ducha niż sytuacją społeczną – często rodzi patologie. Dlatego Eli jest dla Oskara ratunkiem, kimś, kto – paradoksalnie, wszak mówimy o małej wampirzycy – daje mu poczucie bliskiej więzi z podobną mu osobą.

Kameralne dzieło Alfredsona jest doskonałym przykładem tego, w jaki sposób mit wampira można twórczo reinterpretować, zachowując równocześnie szacunek względem literatury grozy, z której postać ta zawędrowała do filmu. Niepokojący nastrój, budowany za pomocą subtelnych środków, ogniskuje się tutaj – co ciekawe – poza samym wampiryzmem. Nie ma wątpliwości, że więź łącząca Eli i Oskara jest dobra – to być może jeden z nielicznych jasnych aspektów ukazanego w filmie świata, w którym panuje ciągły chłód (także w aspekcie pozbawionych wzajemnego zrozumienia relacji między rodzicami i dziećmi), ludzie żyją w smutnych mieszkaniach, a uczniowie zdobywają wiedzę o śmierci w zimnych szkolnych klasach. Zło jest zdecydowanie nieuchwytne, choć nieustanne obecne – dochodzi do głosu przede wszystkim w fatalizmie, z jakim Oskar poddaje się torturom szkolnych łobuzów i w łatwowierności, z jaką jego matka akceptuje jego wygodne dla niej kłamstwa.

Piękna i (równie piękny) wampir

O podobnych subtelnościach w przypadku „Zmierzchu” nie ma co marzyć. Chociaż film (za powieścią Stephenie Meyer, której jest adaptacją) wprowadza wiele innowacji do motywu wampira, nie wnosi niczego do interpretacji jego mitu. Oto nastoletnia Bella (niezła Kristen Stewart) przeprowadza się do miasteczka Forks, gdzie zamierza pomieszkać trochę ze swoim ojcem, szeryfem Charliem (Billy Burke). W nowej szkole niezbyt towarzyska, ale ładna dziewczyna znajduje grupkę sympatycznych, choć może nieszczególnie rozgarniętych znajomych i – niespodzianka! – zakochuje się w koledze ze szkolnej ławy, bladym, czerwonoustym, przystojnym na współczesny, androgyniczny sposób wampirze Edwardzie. Zakochuje się oczywiście ze wzajemnością, choć związek zrazu nie układa się łatwo. Nazbyt świadomy tkwiących w nim instynktów Edward próbuje początkowo trzymać Bellę na dystans, ale – jak to zwykle w historiach o wielkiej miłości bywa – szybko się poddaje.

Mimo swojego wampirzego statusu bohater często i to bez żadnych problemów zakrada się nocą do pokoju Belli, by obserwować ją w czasie snu. Nie jest to jednak jedyne odstępstwo od mitu charakterystyczne dla „Zmierzchu”. Edward nie sypia w trumnie (w ogóle nie sypia), nie szczerzy kłów, promienie słoneczne go nie zabijają (powodują jedynie, że jego skóra połyskuje jak diament), a jego wampirza rodzinka do bólu przypomina stereotypową amerykańską zamożną rodzinę z przedmieścia. Podobnie jak „Pozwól mi wejść”, „Zmierzch” miał być chyba próbą wpisania wampirycznego mitu we współczesny kontekst związany z jak najbardziej normalnymi problemami młodych ludzi. Wszak Bella i Edward są nastolatkami poszukującymi wciąż własnego miejsca w świecie; w ich relacji sporo jest nieporadności i szorstkości wypływającej z lęku przed byciem zranionym. Cóż z tego, skoro z obiecującego pomysłu zostaje niewiele, a film Hardwicke steruje w stronę coraz bardziej przewidywalnego i efekciarskiego, tandetnie ckliwego wampirzego love stroy.

Wampir stróż

„Zmierzch” przypomina opowieść zrodzoną w umyśle czternastolatki marzącej o wielkiej miłości. I niby nic w tym złego – kino od zawsze żywi się takimi naturalnymi, romantycznymi marzeniami. Dlatego też film ten powinien podobać się osiemdziesięciu procentom widowni, do której jest skierowany, czyli dorastającym pannom o zestandaryzowanym guście. Główna bohaterka jest postacią tak skonstruowaną, że łatwo jest się z nią utożsamić, a akcja rozwija się w sposób nie pozwalający się nudzić.

Niemniej stereotypowość rozwiązań fabularnych jest nieznośnie rażąca. „Zmierzch” nieustannie oscyluje wokół schematu: „piękna dziewczyna w tarapatach – tajemniczy wybawca”. Bella ma talent do pakowania się w kłopoty – a to znajdzie się na drodze rozpędzonego samochodu, który właśnie wpadł w poślizg, a to zapuści się w ciemną uliczkę portowego miasteczka, gdzie zostanie osaczona przez bandę zbirów, a to stanie się zwierzyną, na którą będzie polować psychopatyczny wampir. Edward – wchodząc w rolę wyznaczoną przez schemat fabularny – musi ją z tych wszystkich opresji ratować: osłania ją przed samochodem, odpędza opryszków, walczy do upadłego z psychopatą. Wszystko z czystej miłości. Słowem: archetyp zniewolonej dziewicy i pogromcy smoków pozostaje wiecznie żywy, bez względu na to, czego chciałyby współczesne feministki.

Nie ma co ukrywać: główna bohaterka staje się wyrazicielką przekonania o słuszności patriarchalnego systemu wartości. Edward stanowi uosobienie marzeń nastolatki nie tylko jako wcielenie archetypu wybawcy, ale i dzięki całemu szeregowi niekoniecznie wampirzych atrybutów. Młody wampir jest nie tylko przystojny, ale i wrażliwy (słucha Debussy’ego, gra pięknie na fortepianie), a sądząc z wystroju ekskluzywnego domu i sportowego wozu, także bardzo zamożny. Jest również wcieleniem amerykańskich cnót: oddany swojej rodzinie, zdolny do poświęceń, tłumiący negatywne instynkty, posługujący się niezwykłymi zdolnościami jedynie w szlachetnych celach. Na dodatek świetnie gra w baseball, a nie od dziś wiadomo, że sport ten uważany jest przez Amerykanów za dobro narodowe. Jednym słowem: nieznośny banał i to do tego okraszony pseudoindiańską legendą. „Zmierzch” ma bowiem i tę wadę, że jest karykaturalnie poprawny politycznie, co przejawia się między innymi w tym, że wśród adoratorów Belli znajdują się: młody Indianin, typowy biały nastolatek i chłopak azjatyckiego pochodzenia.

O wiele ciekawiej wątek „wampira stróża” został wykorzystany przez twórców „Pozwól mi wejść”. Kiedy Eli dowiaduje się o problemach Oskara ze szkolnymi łobuzami, udziela mu kilku cennych rad. Namawia go do odważnego stawienia czoła przeciwnikom i obiecuje, że kiedy sytuacja osiągnie poziom krytyczny, przyjdzie mu z pomocą. Jak obiecuje, tak robi, a skutki jej pomocy są nieodwracalne. W odróżnieniu od „Zmierzchu”, w którym od razu wiadomo, że postępowanie Edwarda strzegącego swej ukochanej jest moralnie słuszne, w „Pozwól mi wejść” mamy do czynienia z sytuacją wysoce ambiwalentną. Teoretycznie tutaj też jest tak, jak być powinno – okrutnik zostaje ukarany, a ci, którzy dręczą słabszych od siebie, zostają pognębieni. Oskar i Eli są jednak dziećmi, a wiadomo przecież, że dziecięce okrucieństwo potrafi zaskakiwać swoim wyrafinowaniem.

„Pozwól mi wejść” nie przynosi uspokajającego happy endu, pozostawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Oskar otrzymuje od Eli zrozumienie i przyjaźń, których tak bardzo pragnął, a także poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie byli mu w stanie zapewnić rodzice. Jest to jednak transakcja wiązana – Eli przecież także potrzebuje Oskara. W tym świetle nie są chyba bezzasadne wątpliwości co do funkcji, jaką pełni milczący mężczyzna, z którym Eli mieszka. Czy jest on rzeczywiście jej ojcem? A jeśli nie, to czy nie jest przypadkiem ponurą antycypacją losu człowieka wiążącego się na dobre i na złe z upiorem?

Dziełko Alfredsona jest dowodem na to, że nie potrzeba setek tysięcy dolarów wydanych na komputerowe efekty specjalne, by nakręcić niemal doskonały film wampiryczny, który broni się nie tylko dobrym scenariuszem i wysokiej próby dziecięcym aktorstwem, ale i oryginalnością wielu rozwiązań interpretacyjnych. Pod tym względem „Zmierzch” jest całkowitym przeciwieństwem szwedzkiego obrazu – efektów specjalnych tu sporo (ale – przyznajmy szczerze – daleko im do doskonałości), jeszcze więcej fabularnego efekciarstwa (wampirzy baseball i romantyczna randka wśród koron wysokich drzew), a cała oryginalność sprowadza się do kilku innowacji w obrębie mitu, którym niestety bardzo daleko do błyskotliwej reinterpretacji wampiryzmu zawartej chociażby na kartach naszego „Wiedźmina”. Może zresztą po reżyserce, która zasłynęła jako twórczyni cepeliowskiej opowieści o Bożym Narodzeniu („Narodzenie”, 2006) nie można się było spodziewać niczego lepszego. Jej film ogląda się łatwo, bez znudzenia, z protekcjonalnym uśmieszkiem na twarzy; film Alfredsona – z narastającym zainteresowaniem i prowadzącymi do ciekawych wniosków wątpliwościami. A różnica to taka, jak – nie przymierzając – między hrabim Kaczulą z serialu dla dzieci i hrabim Drakulą z powieści Stokera.
„Pozwól mi wejść” („Låt den rätte komma in”). Reż.: Tomas Alfredson. Scen.: John Aivide Lindqvist. Obsada: Lina Leandersson, Kåre Hederbant). Gatunek: dramat / horror. Szwecja 2008, 114 min. „Zmierzch” („Twilight”). Reż.: Catherine Hardwicke. Scen.: Melissa Rosenberg. Obsada: Kristen Stewart, Robert Pattinson, Billy Burke. Gatunek: horror / romans. USA 2008, 122 min.