Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Ewa Łączyńska,

NORMAN LETO. DESTABILIZACJA

A A A
„Nie mam na myśli przekombinowanej prowokacji, a raczej chłodną niekonsekwencję, dziecinne uderzenie w ten obowiązujący kult budowania spójności twórczej, budowania nazwiska, historii osoby, to wszystko jest takie nieprawdziwe”.

Artysta deklaruje, że poświęca się tylko temu, co istotnie go zajmuje. Tworzy sztukę wysoce wyestetyzowaną i niematerialną, a podkreśla, że najbardziej interesują go emocje.
Nazwisko to podstawa, choćby wybrane przypadkowo, powinno miękko się wymawiać i zapadać w pamięć. Norman Leto brzmi dobrze, lepiej niż Łukasz Banach. Rozszerza pole spekulacji. Jest mniej określone, bardziej egzotyczne i sexy. Powstało z chęci rozbicia kultu nazwiska, rozmycia pustych klisz, które powtarzają slogany, za którymi nie stoją żadne konkretne działania. Aktywność Normana skupia się na wpuszczania wirusa w świat naszych małych stabilności. Chyba najbardziej fascynuje rozległość jego działań, które, paradoksalnie, są tak różne i zbieżne jednocześnie.

To przykład jednego z najbardziej zaawansowanych technologicznie polskich artystów. W kraju, gdzie wideo wciąż uważane jest za nowe medium, propozycje w 3d mogą elektryzować z samej racji novum, ale nie o tym będzie ten tekst. Obrazy, które Norman Leto maluje nie są zaangażowane, konceptualne ani polityczne. Są ekspresyjne. To często portrety osób bliskich. Norman sam nauczył się malować. W wieku lat 21 spalił większość swoich wcześniejszych dzieł. Dostępne jest tylko to, co tworzy teraz, liczą się intensywne stany świadomości. Totalność jego sztuki jest porywająca. Cały czas tworzy, żeby osiągnąć stan wolności, który daje mu luksus zupełnego poświęcenia się sztuce. Norman Leto stworzony przez Łukasza Banach zajmuje się tylko kreacją. Wycofał się z życia towarzyskiego. Niszczą go tematy dotyczące codzienności. „Nudzą mnie te ludzkie tematy, chcemy szukać nowych rozwiązań”.

Biegłość w konstruowaniu wirtualnych przestrzeni pozwala mu na umieszczanie w nich reprodukcji namalowanych przez siebie obrazów, również na tworzenie alternatywnych rzeczywistości. Jego działania nie mają nic wspólnego z zabawą w second life, w nałogowe czatowanie albo masturbacje przed ekranem komputera. Jego fascynacje wirtualną rzeczywistością to wysmakowany i chłodny manieryzm. Styl Normana Leto jest purystycznie doskonały i precyzyjnie dizajnerski. Bije z niego chłód matematycznej kalkulacji, programowego systemu, choć zarówno faza powstania, jak i treść kipią od emocji. Jego prace dają estetyczną rozkosz, choć wynika ona tylko z patrzenia na nierzeczywisty obiekt. To co przedstawiają, może jednak budzić niepokój. Napisał skrypt w skali nano generujący możliwie najbardziej zaczepne cząsteczki kurzu („Kurz”, 2008), anarchistyczne, odporne na sprzątanie, na chęć porządkowania wszystkiego przez wszystkich. Wizualizacja jest intrygująca, trudno jednoznacznie określić czym są dziwne obiekty. Ukazane w białym i zielonym świetle wyglądają jak fantastyczne rzeźby albo drogie dizajnerskie gadżety bez konkretnej funkcji. O ile fascynujące jest przełożenie programowego skryptu na wizualny efekt, który w dodatku może okazać się tak atrakcyjny estetycznie, o tyle sama idea stworzenia takich cząsteczek rodzi pytania. Etyka i estetyka nie są siostrami. Dobre nie zawsze jest ładne, choć zbyt często ładne uważamy za dobre. „Myślę, ze nanotechnologia to przyszłość. Nie mówię, że ludzie będą robili złośliwe rzeczy, jeśli ktokolwiek będzie robił złośliwie, to wojsko lub artyści. Tylko artyści i wojsko potrafią robić na złość” – twierdzi Leto.

Estetyczna jest też broń, maszyny służące do zabijania to najczystszy funkcjonalizm, piękna prostota formy wynikająca z przeznaczenia. Cały czas są ulepszane i unowocześniane, jednocześnie zawsze wolne od ornamentu – grzyba, który oblepia konstrukcję. Artysta miał karabin w swojej pracowni. „Nie było mężczyzny, który się nim nie bawił”. Potem wystawił go zamkniętego w szklanej gablocie pod tytułem „Estetyka współczesnej broni palnej”. Jednogłośnie potępiamy wojnę, ale jednocześnie na swój sposób nas fascynuje. Media ją estetyzują, przyzwyczaiły nas do tragicznych relacji, które widziane zza szkła ekranu straciły na sile rażenia. Jak mówi Leto w wywiadzie dla „Notesu na 6 tygodni”: „Nie znam innej wojny niż ta z telewizyjnego punktu widzenia – a tam wygląda interesująco. Przerażająca jest ambiwalencja: to jest jednocześnie ładne i okrutne”. Z drugiej strony, wojna jest immanentnie wpisana w historię, wybucha, kiedy społeczeństwo osiąga stan dobrobytu, do którego dąży i zaczyna umierać z nudy. Istotny jest ruch i przemiana, nie lubimy stanu constans. Teksty, które pisze Norman Leto mają bezpośredni ton chłodnej krytyki otaczającej go rzeczywistości, skąpanej po pachy w lukrowanym konwenansie. „Ta ciągła, wyuczona kurtuazja, w szkole, w prasie, w domu, w pracy powoduje rosnące, ogólnoświatowe napięcie.” Można od tego uciec. „Około 80 kilometrów nad ziemią kończy się ziemska atmosfera, kończą się tam wszystkie humanistyczne dyskursy.” Lecąc nad ziemią z prędkością minimum 11,2 km/s opuszczamy pole grawitacji. Określa się to jako „prędkość ucieczki”. Brzmi znacząco. Norman równolegle do malowania i projektowania, pisze swoją książkę pt. „Sailor”, której wydanie planuje na lato tego roku. Rzadko który artysta plastyk pisze tak dużo. Staramy się trzymać sztucznie narzuconych ograniczeń. Kurator czy krytyk nie powinien tworzyć? Artysta lepiej, żeby nie zaczynał pisać o swoich pracach. A przecież działają na polu sztuki, jednej z niewielu dziedzin, gdzie tak dużo jest dozwolone. Norman twierdzi, że zupełnie nie korzystamy właśnie z tej swobody, jaką daje zajmowanie się sztuką i jego słowa brzmią przekonująco. Za mało w nas wyobraźni. Jego zdania brzmią jak manifesty, są intensywne i inspirujące. Oskarża społeczeństwo o zasiedzenie: „Psy nie mające kontaktu z ludźmi zawsze pozostają szczupłe”. Sam częściej funkcjonuje w innej rzeczywistości, od której, jak uważa, dzieli nas już niewiele. Wątek latania, oblatywaczy, V2, pól grawitacyjnych uporczywie się przewija. F-4, F-104, F-350, x-15 są jak hasła wywoławcze, kody dla wtajemniczonych, spełniony sen o nieustannym locie. Może stąd u Normana taka łatwość w konstruowaniu swoich sądów. Z góry wszystko wygląda inaczej.