Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Tadeusz Kosiek,

DO TAŃCA I DO RÓŻAŃCA

A A A
Ben Klock “One”. Ostgut Ton, 2009.

Krótki przegląd interesujących premier z kręgu sceny muzyki elektronicznej i klubowej wydanych w pierwszym kwartale bieżącego roku, rozpocznę od gorącego zarekomendowania debiutanckiego kompaktu Bena Klocka. Ten niemiecki producent i DJ udziela się aktywnie na niwie techno od prawie dekady, natomiast wcześniej koncentrował się wyłącznie na wydawaniu winylowych „dwunastek”. Odwlekanie wypuszczenia na świat pełnowymiarowej płyty i szlifowanie kunsztu realizatorsko-kompozytorskiego zdecydowanie opłaciło się, bo „One” to dzieło dojrzałe, doskonale skonstruowane i dopracowane w stu procentach, to mocny kandydat na album roku. Co prawda Klock stosuje patenty znane z klasycznych wydawnictw z katalogu Basic Chanel/Chain Reaction oraz Tresora, jednak nie tyle je kopiuje, co przywraca im młodość i świeżość. W rozmaitych konfiguracjach zestawia ze sobą rozwiązania zaczerpnięte z kanonów minimal techno oraz cyfrowego dubu z elementami rodem z dubstepu, house’u i ambientu. Hipnotycznie transowe, mocno psychodeliczne utwory stanowią kolejne rozdziały fascynującej opowieści o dziwnym onirycznym świecie skorodowanego metalu i opustoszałych przestrzeni wypełnionych dudnieniem, szumami i świegotami. „One” to album techno, który równie dobrze jak w klubie sprawdzi się w domowym zaciszu.



The Qemists: Join The Q. Ninja Tune, 2009.

Kolejne wydawnictwo już tak dobre nie jest, ba, nie jestem nawet pewny, czy w ogóle zasługuje na miano dobrego. By uprzedzić zarzuty, po co w takim razie o nim piszę, wyjaśniam, że niektórzy krytycy oraz artyści wychwalają „Join The Q” pod niebiosa, więc może to tylko ze mną jest coś nie tak. Jak wieść głosi, w początkach swej kariery członkowie The Qemists za dnia grali rocka, nocą parając się didżejką. Mając dość schizofrenicznego rozdwojenia, postanowili scalić oba obszary swej muzycznej aktywności, dzięki czemu otrzymaliśmy The Qemists w postaci zaprezentowanej na debiutanckiej płycie. Zespół, reklamowany jako brytyjska odpowiedź na Pendulum, proponuje fuzję brzmień około ciężko-rockowych z połamaną muzyką klubową (drum’n’bass, breakbeat, grime), brzmiąc chwilami, jak klon wspomnianej australijskiej formacji, to znów jak wypadkowa The Prodigy i Drumcorps. Łączenie rocka i muzyki klubowej nie jest niczym nowym, więc moja stosunkowo niska ocena płyty wynika nie tyle z braku oryginalności The Qemists, co ze zbyt małej ilości naprawdę interesujących utworów. Jednak dwa nagrania – „Lost Weekend” z gościnnym udziałem samego Mike’a Pattona oraz „Dem Na Like Me”, w którym Kemikom towarzyszy Wiley – są naprawdę przednie i dają nadzieję na to, że w przyszłości może być dużo lepiej.



BJ Nilsen/ Stilluppsteypa “Man from Deep River”. Editions Mego, 2009.

Następna propozycja zawiera muzykę dużo spokojniejszą, stylistycznie usytuowaną gdzieś na obrzeżach ambientu, abstrakcyjnej elektroniki, sztuki field recordingu oraz sonicznych preparacji. „Man from Deep River” to bodajże piąta (nie licząc nagranej z udziałem wiolonczelistki Hildur Gudnadottir „Second Childhood”) płyta szwedzko- islandzkiego tria BJ Nilsen/ Stilluppsteypa. Nilsen, nagrywający wcześniej jako Hazard, to twórca, który skupił swoją uwagę na badaniu odgłosów natury i ich szczególnego oddziaływania na ludzką percepcję oraz na odbiorze przez słuchacza czasu i przestrzeni za pośrednictwem dźwięku. Jego nagrania z powodzeniem można umieścić w niszy pomiędzy ambientem a przetworzonym field recordingiem. Z kolei duet (a do 2002 trio) Stilluppsteypa to laptopowa formacja śmiało krążąca między estetyką noise, abstrakcyjną elektroniką, elektoakustyczną improwizacją i nie wiadomo czym jeszcze. I właśnie taka mniej więcej jest ta płyta – śmiała i bezkompromisowa, a jednocześnie kojąca, prawdziwie epicka i równocześnie liryczna. Złożyły się na nią trzy długie wielowątkowe nagrania, pozwalające słuchaczowi po uszy zanurzyć się w dźwięku.



8rolek “Fat Pigs”. Warsztat8, 2009.

Na koniec coś z krajowego podwórka. Jeszcze przed usłyszeniem „Fat Pigs” dowiedziałem się, że nowa płyta 8rolek jest „zajebitowa”, a wysłuchanie jej tylko ten fakt potwierdziło. Dominacja koślawych lub tylko topornych bitów jest bezdyskusyjna, jednak to właśnie owa nieznośna siermiężność bitu w połączeniu z gęstą, paciarowatą fakturą drugiego planu wypełnionego niemal groteskowymi melodyjkami kontrapunktowanymi przez do cna skorodowane cząstki hałasu, stanowią pospołu o oryginalności nowej produkcji Bartka Kujawskiego. Konwulsyjne rytmy i obsesyjne melodyjki nieobce twórcom z kręgów hedonistycznych odmian techno zostają przez 8rolek przenicowane i poklejone w koślawe kolaże konsonansu i dysonansu, harmonii i kakofonii, parodii i paranoi. Płyta dla osób o mocnych nerwach i specyficznym poczuciu humoru, dowodząca, że konsekwentne połączenie skomplikowanej rytmiki i elektronicznych mikro-brzmień potrafi być tyleż zajmujące, co zabawne.



Michał Jacaszek “Pentral”. Gusstaff, 2009.

Drugą z krajowych premier jest „Pentral” Michała Jacaszka. Dziesięcioczęściowa relacja z dźwiękowej podróży po wnętrzach gotyckich świątyń stanowi próbę wyrażenia ich genius loci w postaci niematerialnej, jaką przecież stanowi muzyka. Organowe i wokalne sample, nagrania terenowe oraz pogłosy zarejestrowane podczas wybrzmiewania partii organowych i wokalnych stały się zaczynem kompozycji Jacaszka, udanie łączącego w jedno ambient, holy minimalism oraz muzykę elektroakustyczną. Wydawca pisząc o płycie, że jest „to brzmienie wnętrza – obudzone na chwilę tajemnice gotyckich świątyń”, na pewno ma sporo racji. Dzięki Jacaszkowi i jego współpracownikom i my możemy spróbować odkrywać te tajemnice, a że oprócz tradycyjnego CD album zawiera również płytę DVD z wersją nagrań zmiksowaną w systemie Dolby Digital 5.1, to można się jej do-słuchać.