Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Łukasz Iwasiński,

JAZZ ISN'T DEAD, IT ONLY SMELLS FUNNY

A A A
Współczesny jazz bez skrępowania żywi się popkulturą. I wcale nie musi przynosić mu to ujmy – dokonania muzyków w stylu Esbjorna Svenssona czy formacji The Bad Plus świadczą o tym najlepiej. Podobną – co nie znaczy, że epigońską wobec wyżej wspomnianych artystów – postawę prezentuje grupa Levity. Trio w składzie: Jacek Kita – fortepian, Piotr Domagalski – kontrabas, Jerzy Rogiewicz – perkusja, nakładem oficynki Lado ABC wydało swą debiutancką płytę.

Łukasz Iwasiński: Wielu jazzmanów młodego pokolenia swą poważną przygodę z muzyką zaczynało od rocka. Podejrzewam, że podobnie było z Wami. Jak wyglądała Wasza edukacja muzyczna (zarówno ta formalna, jak i nieformalna)?

Piotr Domagalski: W rodzinie każdy coś brzdąkał, ale jedynym zawodowym muzykiem był mój ojciec chrzestny – Mieczysław, śpiewak operowy. Moja przygoda z muzyką zaczęła się od gitary basowej. Do gry na niej zachęcił mnie kolega z klasy, gitarzysta i perkusista. Jego starszy brat miał mnóstwo rockowych nagrań, ówcześnie trudno dostępnych, takich zespołów jak Led Zeppelin, King Crimson, Jimi Hendrix, ale też Mahavishnu Orchestra. Od słuchania King Crimson i Mahavishnu był już tylko krok do słuchania jazzu i klasyki. Myślę że w mojej edukacji – formalnej i nieformalnej – najważniejsi byli ludzie, których spotykałem i którzy zachęcali mnie do tego żebym grał i rozwijał się muzycznie. Gdy miałem 19 lat nauczyciel kontrabasu, u którego brałem lekcje zachęcił mnie do zdawania do średniej szkoły muzycznej. Później jeszcze były studia w Katowicach, mnóstwo koncertów w rozmaitych formacjach, muzykowanie w klubie U Muniaka i tak dalej.

Jacek Kita: Kiedy miałem pięć lat mój ojciec zakupił do domu fortepian. Wykazał się przy tym niezwykłym darem przewidywania, bo nie mógł chyba oczekiwać, że ów instrument stanie się podstawową częścią mojego życia. Niejako naznaczony tym podarunkiem, za który jestem mu niezmiernie wdzięczny, przeszedłem wszystkie możliwe szczeble formalnej edukacji muzycznej. Jazzem zainteresowałem się w szkole muzycznej II stopnia (tej samej co Piotr), ale kierunkiem studiów, który wybrałem była kompozycja. Jednak w ciągu studiów zatęskniłem za graniem na instrumencie, wtedy też spotkałem niejakiego Rogiewicza, o rok młodszego studenta tego samego kierunku, i postanowiliśmy razem grać. Przez szkolne lata obracałem się w zasadzie wyłącznie w kręgu muzyki klasycznej, jedynym znanym mi zespołem „rozrywkowym” była grupa Queen, którą uwielbiałem. Dopiero później, stopniowo, od jazzu zacząłem poznawać inną muzykę. Do teraz chłopaki śmieją się ze mnie widząc, że nie znam takich kamieni milowych w muzyce jak The Clash, Led Zeppelin i Black Sabbath.

Jerzy Rogiewicz: W mojej rodzinie nie było muzycznych tradycji. Dosyć kłopotliwym objawem mojego talentu muzycznego był płacz, którym zawsze reagowałem na kołysanki w wykonaniu mojej mamy. Pierwsze muzyczne fascynacje to z pewnością The Beatles, puszczane przez tatę, wiele zawdzięczam także chłopakowi starszej siostry – metalowcowi, który wprowadził mnie, wtedy siedmiolatka, w świat New Wave of British Heavy Metal. Do dziś pamiętam wyraz twarzy sprzedawcy, którego poprosiłem (przypominam, miałem 7 lat) o kasetę zespołu Manowar. Jako uparte dziecko wymogłem na rodzicach zapisanie do szkoły muzycznej, gdzie miałem szczęście trafić na prof. Mirosława Żytę – nauczyciela całych rzeszy świetnych perkusistów jazzowych. Początkowo jednak jazz nie wywoływał we mnie euforycznych reakcji, kojarzył mi się przede wszystkim z „Autoumn Leaves” i Modern Jazz Quartet. Nie dziwię się, w sumie nawet teraz tak jest. Oprócz grania na perkusji uwielbiałem wymyślać różne melodyjki przy fortepianie, ktoś w końcu uświadomił mi, że to się nazywa kompozycja i że może powinienem o tym poważnie pomyśleć. Po paru latach zdałem więc na kompozycję do Krakowa, gdzie poznałem pianistę-kompozytora Jacka, z którym założyłem Levity. Pod koniec studiów odwiedzałem też dość często jazz klub u Muniaka – miejsce, które wspominam jako najważniejsze w mojej jazzowej edukacji. Inspiracji muzycznych nazbierało mi się mnóstwo przez lata, nie sposób tego jakoś sensownie określić. Na pewno zawsze pociągały mnie ciekawe melodie i dziwne harmonie.

Ł.I.: Opowiedzcie o Waszym debiucie.

J.R.: Muzyka na płycie powstawała powoli, na przestrzeni 4 lat. Mniej więcej tyle czasu potrzebowaliśmy, aby znaleźć sposób na wykonywanie muzyki, którą mieliśmy w głowach. Zaczynając grać, nie wzorowaliśmy się na żadnym istniejącym zespole, nie próbowaliśmy wpasować się w jakiś określony nurt.

J.K.: Byliśmy na tyle zarozumiali, że chcieliśmy wyznaczać nowe trendy (śmiech) – nadal byśmy chcieli. Jako studenci kompozycji postanowiliśmy, że nie będziemy podpierać się standardami, tylko wykonywać własne kompozycje.

J.R.: Do nagrania płyty przymierzaliśmy się dość długo, w końcu wybraliśmy studio Buffo. Nagranie zrealizował bardzo sprawnie i szybko pan Jarek Regulski. Mieliśmy dużo szczęścia trafiając na wspaniałą ekipę z wydawnictwa Lado ABC. Jest to szczególnego rodzaju instytucja, będąca przede wszystkim dziełem kreatywnym muzyków, a nie tworem nastawionym na zarabianie pieniędzy.

J.K.: Piękne zdjęcia na płycie zrobiła młoda fotografka Ania Bystrowska, też z Krakowa.

Ł.I.: Mówicie, że nie wzorowaliście się ma żadnym zespole, jednak pierwsze skojarzenie, jakie miałem po włączeniu płyty (utwory „Spacer Szopena”, a zwłaszcza „Yakuza”), to The Bad Plus – te chwytliwe ostinata, niemal rockowa dynamika, motoryka, ekspresja. Co powiecie na takie porównanie?

J.R.: To porównanie jest w pewnym sensie nieuniknione, jako że gramy na tych samych instrumentach, rzeczywiście z dość mocną ekspresją.

J.K.: Ale akurat kawałki z płyty powstały zanim usłyszeliśmy muzykę Bad Plus.

J.R.: Bardzo długo uważałem, że byliśmy pionierami takiego grania, później gdy już coś o Bad Plus usłyszałem, wręcz bałem się słuchać ich muzyki, żeby nie okazało się, że grają to samo co my.

J.K.: Grają to samo, co my.

J.R.: Szybko i głośno. Ale jest wyraźna różnica stylu pomiędzy The Bad Plus a nami, chociaż wciąż nie potrafię dojść do tego, na czym dokładnie polega. My też lubimy Davida Bowie. Wkurzyłem się jak zobaczyłem że Bad Plusi grają „Life On Mars”, to miał być nasz kawałek!

P.D.: Słyszałem tylko parę kawałków Bad Plus na YouTube.

J.R.: A ja słyszałem tylko „Prog”.

Ł.I.: W kolejnych utworach pokazujecie jednak, że potraficie być także melancholijni, poetyccy. Wierzycie w koncepcję „słowiańskiej duszy” często powtarzaną w odniesieniu do rodzimych liryków? Czujecie się jej spadkobiercami?

P.D.: Tak.

J.K.: Nie wierzę w tę koncepcję, ale lubię smutne piosenki.

J.R.: Trochę tak, w sumie tak, zdecydowanie tak.

P.D.: Wszyscy lubimy muzykę cygańską, nawet nagrałem w Krakowie płytę z cygańskim wirtuozem skrzypiec Robertem Gaborem Lakatoszem.

J.R.: Wszyscy trzej lubimy też filmy Tony'ego Gatlifa, co do innych rzeczy zawsze się sprzeczamy.

J.K.: Nieprawda, czasem się zgadzamy.

J.R.: Ja i Jacek lubimy Radiohead (bardzo) i Hannę Hukkelberg.

J.K.: Ostatnia płyta Emiliany Torrini jest piękna.

J.R.: The Knife też jest ok.

Ł.I.: Na waszym myspaceowym profilu widnieje określenie „alternative/ jazz”. Czy nazwa „alternatywny jazz” to dobra etykietka dla waszej twórczości? Alternatywny wobec czego? Chciałbym, by to pytanie stało się pretekstem do szerszej refleksji na temat kondycji jazzowej sceny w kraju i na świecie.

J.R.: Traktowałbym te określenia raczej rozdzielnie – gramy jazz, a poza tym inspirujemy się często twórczością zespołów tzw. nurtu alternatywnego w rocku. To pojęcie jest dość enigmatyczne i jako takie całkiem nam odpowiada.

P.D.: Gdyby na ziemi wylądowali kosmici i zapytali mnie o przykład czegoś, co w stu procentach jest jazzem to pokazałbym im jakieś nagranie Charliego Parkera, a to, co my gramy, jest jakąś jego alternatywą, przefiltrowaną przez wiele innych rzeczy, które przez lata wydarzyły się w muzyce.

J.R.: „Jazz isn't dead, it only smells funny” – powiedział Frank Zappa i w pełni się z tym zgadzam.

J.K.: Pechem jest, że muzykę trzeba nieustannie szufladkować, a nazwa avant-pop, która nam się podoba (wymyślona przez Lestera Bowie) jest obecnie zajęta przez trochę inny nurt.

J.R.: Nie mamy takich ciuchów jak avant-popowcy.

J.K.: Obecnie poza głównym (Śląskim) nurtem jazzu pojawia się bardzo wiele ciekawych propozycji, które niekoniecznie są epokowymi odkryciami, ale na pewno powodują, że jazz w Polsce jest dużo bardziej różnorodny i interesujący, niż wydawałoby się na podstawie programu Tygmontu.

Ł.I.: No właśnie, środowisko polskiego establishmentu jazzowego uchodzi za bardzo zamknięte i konserwatywne. Jak widzicie to z perspektywy młodego, starającego się zaistnieć zespołu? Czy np. wyróżnienia na Jazz Juniors i nagroda na festiwalu Jazz nad Odrą stanowiły jakąś formę legitymizacji w jazzowych kręgach?

P.D.: Nie przywiązywałbym zbyt wielkiej wagi do konserwatyzmu środowiska jazzowego, najważniejsze, żeby grać to, co się czuje i dobrze bawić się tym. Oczywiście nagrody i wyróżnienia doceniamy.

J.R.: Z pewnością nagrody pomagają. Samo środowisko jazzowe jest wg mnie w takim samym stopniu hermetyczne jak i inne grupy muzyków, np. drum'n'base'owi didżeje, szopenowscy pianiści itd. Nie widzę nic złego w starym, dobrym bebopie, oczywiście jeśli grają go z zaangażowaniem ciekawi muzycy.

J.K.: Np. Dizzy Gillespie albo Bud Powell.

J.R.: Ta „tresowana małpa” (to cytat)?

J.K.: Sam jesteś małpą.

Ł.I.: W aktualnej dekadzie jazzmani (i nie mówię tu o muzykach uprawiających fusion, ale akustycznych, niekiedy będących kluczowymi postaciami współczesnego mainstreamu, operujących w klasycznych składach jak fortepianowe trio) często sięgali do rocka i popu, choćby Mehldau, The Bad Plus, Svensson czy Możdzer. Jak myślicie, to wyraz szczerej, czystej fascynacji, czy jest w tym także element populizmu?

P.D.: Myślę że jest to efekt czystej fascynacji. „Black Hole Sun”, „Smells Like Teen Spirit” to po prostu współczesne standardy, tak samo jak piosenki Cole'a Portera dawniej.

J.R.: Zresztą tylko niektóre piosenki z kręgu rocka nadają się do takich akustycznych interpretacji. Z reguły są to te, które mają doskonałe melodie. Stąd tyle Radiohead u Mehldaua – goście piszą po prostu świetne linie melodyczne.

J.K.: Ale nie jest to nowość, tacy muzycy jak Ahmad Jamal, Bill Evans, czy później Herbie Hancock korzystali z aktualnych i popularnych piosenek jak ze standardów.

Ł.I.: Macie na koncie występ z orkiestrą symfoniczną podczas wykonania „Concerto da camera” Jerzego Rogiewicza. Opowiedzcie o tym przedsięwzięciu. Jaką rolę odgrywa w Waszym życiu muzyka poważna? Macie związane z nią ambicje stricte kompozytorskie (wykształcenie obliguje)?

J.R.: „Concerto... ” było moim utworem dyplomowym na Akademii Muzycznej w Krakowie. To wykonanie było ciekawym precedensem – to pierwszy utwór na tej uczelni łączący jazz ze współczesną muzyką symfoniczną. Całość prowadziła świetna dyrygentka Marzena Diakun.

J.K.: Po ukończeniu studiów postanowiłem dać sobie na jakiś czas urlop od komponowania tzw. muzyki klasycznej, aczkolwiek ostatnio coraz częściej kłębią mi się w głowie pomysły na jakąś nową symfonię albo oratorium.

J.R.: Piotrze Rubiku, Pawle Mykietynie – strzeżcie się!

J.K.: Oczywiście teraz owo oratorium byłoby z didżejem, a w orkiestrze symfonicznej obok sekcji dętej posadziłbym sekcję syntezatorów analogowych. Bardzo podoba mi się droga, jaką podąża Uri Caine, może to i ślepa uliczka, ale ile przy tym zabawy!

J.R.: Dla mnie (oprócz genialnego wyjątku Caine'a) jazz i muzyka współczesna to jednak dwie osobne ścieżki. Wprawdzie w przypadku mojego kawałka dyplomowego zeszły się na chwilę, jednak na co dzień biegną oddzielnie. Kto raz zakosztował rozkoszy dręczenia instrumentalistów niewykonalnymi fakturami ten tak łatwo nie odpuści.

J.K.: Powinieneś kiedyś spróbować, Piotr – ubaw pierwsza klasa.

J.R.: W każdym razie nowe opusy nadejdą.

P.D.: Tak naprawdę w tej muzyce klasycznej jest tyle samo śmieci i tyle samo fajnych rzeczy, co w tzw. muzyce rozrywkowej czy jazzowej. Czas jest najlepszym sprawdzianem. Kompozytorów klasycznych było mnóstwo, jazzmanów też. W pamięci pozostają najlepsi.

J.R.: No i na nagraniach. Chociaż jest mało nagrań z epoki baroku.

Ł.I.: Jakie macie najbliższe plany – związane z Levity i nie tylko?

P.D.: Wierzyć w ten zespół i robić swoje.

J.R.: Szykujemy nowy materiał, który będzie jeszcze w tym roku. Poza tym szukam żony.

J.K.: Chciałbym wreszcie pojechać do Ameryki Południowej.

Łukasz Iwasiński