Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Łukasz Iwasiński,

KRÓTKO I TREŚCIWIE

A A A
Przegląd wybranych nowości jazzowych
The Flatlands Collective “Maatjes”. Clean Feed, 2009.

The Flatlands Collective to sekstet powołany do życia m.in. przez Jorrita Dijkstre – pochodzącego z Holandii, ale osiadłego w Stanach, improwizatora i kompozytora, saksofonistę oraz elektroakustycznego eksperymentatora. Wraz z kilkoma ważnymi chicagowskimi muzykami zespalają tradycję czarnej awangardy lat 60. z ideami europejskiego free improv (wszak ojczyzna Dijkstry to jedna z największych potęg tej sceny). Wszechstronność i nienaganna technika instrumentalistów pozwalają im swobodnie przeskakiwać między wyrastającymi z minimalizmu i mikrotonalności medytacyjnymi motywami, a groove'ową energią godną Vandermark 5 (zresztą w składzie mamy związanego jeszcze kilka lat temu z tą formacją puzonistę Jeba Bishopa i grającego w niej aktualnie wiolonczelistę Freda Lonberga-Holma), czy też między pełnymi elegancji i lekkości tematami, a śmiałymi, doprawdy pomysłowymi i efektownymi sonorystycznymi poszukiwaniami. Jedna z najlepszych płyt z kręgu muzyki improwizowanej wydanych w tym roku!



Nels Cline „Howard”. Cryptogramophone, 2009.

Gitarzysta Nels Cline w swej twórczości czerpie zarówno z jazzowego kanonu – od bopu, po free (ma na koncie m.in. transkrypcję na gitarę i perkusję pamiętnej płyty Coltrane’a – „Intersteller Space”, czy też krążek „New Monastry” z repertuarem Andrew Hilla), jak i noise’u z linii Velvet Undergound – Sonic Youth oraz improwizowanego avant-rocka. Jest też członkiem odwołującego się do folk-rocka i country zespołu Wilco. „Coward”, solowy album artysty, wypełniają różnorodne gitarowe miniaturki, a także kilka większych form. Autor często wykorzystuje wiele ścieżek zagęszczając akcję. Są tu echa muzyki kameralnej, są osobliwe skale czasem o nieco orientalnym kolorycie, a przede wszystkim szeroka paleta technik i środków artykulacyjnych. Gitarzysta momentami ujawnia subtelność i wrażliwość melodyczną godne Ralpha Townera czy Johna Abercrombiego, a innym razem jego ekspresja staje się bardziej gwałtowna, neurotyczna, ale nawet wtedy zachwyca brzmieniowymi niuansami. Płyta doskonale oddaje kunszt i kreatywność Cline'a.



Borah Bergman Trio “Luminescence”. Tzadik, 2009.

Boraha Bergmana, sędziwego już, urodzonego w Nowym Jorku w 1933 roku pianistę niegdyś zaliczano do kręgu spadkobierców gniewnej awangardy Cecila Taylora. Niewątpliwie osiągał on podobną intensywność przekazu, jednak jego ekspresja miała własny, indywidualny charakter. Dziś wciąż kojarzony jest przede wszystkim jako pełen inwencji, drapieżny improwizator, ale potrafi być też wyśmienitym lirykiem. Dowodem niniejsza płyta. „Luminescence” to nagrany w klasycznym fortepianowym trio, acz brzmiący nowocześnie, oparty na idei współkreowania przestrzeni przez wszystkich muzyków, pełen zadumy jazz. Liderowi towarzyszy Kenny Wollesen na bębnach i Greg Cohen na basie. W jednym z utworów gościnnie prezentuje się John Zorn, pełniący także rolę producenta albumu. Muzyka wyrasta z luźnej inspiracji pieśniami kantorów (krążek wydany został w tzadikowej serii „Radical Jewish Culture”). Na języku Bergmana odciska się wiele tropów z historii muzyki: od Bacha, po jazzową awangardę. Niczym Paul Bley łączy erudycję i rozwagę, malując piękne, poetyckie obrazy.



Michael Adkins „Rotator”. Hatology, 2009.

Wspaniałe odkrycie! Michael Adkins to saksofonista obecny na nowojorskiej scenie od dekady, jednak nigdy nie dbał o rozgłos i przynależność do grona jazzowych gwiazd Wielkiego Jabłka. „Rotator” jest jego dopiero drugą autorską płytą (po „Infotation” sprzed 4 lat). Wypełniająca ją wyzwolona, precyzyjnie tkana, pełna fascynujących zaułków muzyka zakorzeniona jest w tradycji post-bopu i free, unika jednak ekstremów, roztaczając raczej refleksyjny nastrój. Ramy wyznaczają: przestrzenna, dopieszczona pod każdym względem sekcja (na perkusji sam Paul Motian, na basie John Hebert), oraz wyrafinowana harmonicznie, acz oszczędna gra pianisty Russa Lossinga. W dojrzałym, pobrzmiewającym bluesem, męskim, ale przesiąkniętym nostalgią tonie tenoru Atkinsa jest coś, co kojarzy się z mądrością starych mistrzów – Sonny'ego Rollinsa, Archiego Sheppa, Freda Andersona. Doskonałe.