Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Bernadetta Darska,

ZŁAMANE OPOWIEŚCI

A A A
Autobiograficzna książka Andy Rottenberg to przejmujące świadectwo utraty. Tytuł „Proszę bardzo” jest nie tylko sygnałem odsłonięcia, obnażenia, pokazania innym cząstki siebie, ale też ironicznym oskarżeniem tych, którzy zgrzeszyli obojętnością, asekuranctwem, pogardą czy odrzuceniem. Misternie skonstruowane świadectwo Rottenberg czytać bowiem możemy jako rodzaj spowiedzi, choć kontrolowanej; wytłumaczenia, tyle że nie do końca; zrozumienia, ale nie całkiem; wreszcie pogodzenia się z losem – co w ogóle jest nie do osiągnięcia. Autorce udaje się trzymać słowa na uwięzi, a jednocześnie wykorzystywać je wtedy, kiedy faktycznie uważa ich „uwolnienie” za niezbędne. Dzięki temu nie tylko towarzyszymy Andzie Rottenberg w poszukiwaniach rodziny, ale też od początku wiemy – i wiedza ta nam ciąży – że historia ta nie może się skończyć dobrze. Ci, których autorka odtwarza ze zdjęć i zasłyszanych opowieści, już nie zdołają sami dać świadectwa; czas ojca i matki także już upłynął; nie ma już syna autorki; nie ma ukochanego kota... „Nie ma” – można by tak powtarzać właściwie bez końca. Rottenberg kolekcjonuje bowiem to, czego nie da się już odtworzyć, wobec czego i pamięć, i historia są bezradne. Zdaje się nie tylko zapewniać siebie, że koniec właśnie się wydarzył, ale jednocześnie – i paradoksalnie – przekonywać, że z końca coś jeszcze może wyniknąć. „Proszę bardzo” staje się bowiem poruszającą próbą zbudowania mostu pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Przyszłość okazuje się mniej istotna, zostaje bowiem skażona tym, co było, i tym, co jest; zostaje wymazana zdecydowanym gestem odwrócenia się, zaprzeczenia, zanurzenia w sprawach do wyjaśnienia i zarazem już nie do ożywienia. Nic więc dziwnego, że rozdział pierwszy rozpoczyna się opisem złamanej ręki, unieruchomieniem pozwalającym na zatrzymanie się, a zatytułowany jest „Depresja”.

Anda Rottenberg przygląda się pamięci, próbując wskazać momenty, które dla późniejszych wydarzeń stanowiły początek, które zapowiadały, sygnalizowały, uprzedzały. Niestety, to chyba najtrudniejsze zadanie, przed którym staje autorka. W którym momencie ukochany syn, inteligentny, błyskotliwy, bliski, zaczął się oddalać, odchodzić? Kiedy zaczął swoją, zakończoną tragicznie, przygodę z narkotykami? Które próby porozumienia były tymi zwykłymi, a które należało zapamiętać, przyjrzeć się im szczególnie, kiedy należało mieć świadomość, że każde słowo i gest znaczy więcej niż zwykle? W którym momencie pojawiło się przekonanie, że syna czeka to, „co przewiduje tragicznie banalny scenariusz życia narkomana. Tragicznie banalny. Bez względu na wszystkie starania. Bez względu na wysokie IQ i rozbudowaną osobowość, oczytanie i wrażliwość na formę. Na subtelność uczuć. Albo właśnie ze względu na to wszystko” (s. 11)? Pytań pojawia się bardzo wiele. Bez odpowiedzi. Bez szansy na jakiekolwiek rozwianie wątpliwości.

Ale autobiograficzna opowieść Andy Rottenberg to nie tylko poszukiwanie syna – metaforyczne, bo dotyczące wspomnień, ale i dosłowne, bo mające doprowadzić do odnalezienia zaginionego, potem zaś do identyfikacji ciała i pochowania go. Owszem, towarzyszymy matce w jej rozpaczliwej wędrówce, kiedy to, choć utraciła dziecko, nie może go opłakiwać, ale też przyglądamy się relacjom autorki z jej własną matką. Wspólnie z Rottenberg oglądamy zdjęcia i dowiadujemy się, kim byli ci, którzy zostali na nich uwiecznieni. Fragmenty poświęcone synowi Mateuszowi przeplatane są wspomnieniami z dzieciństwa, młodości i początków dorosłego życia. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że retrospektywny charakter opowieści to próba oszukania nie tyle czytelnika, co samej siebie. Autorka, próbując znaleźć źródło wydarzeń, wskazać przyczyny, zdaje się wierzyć, że im lepiej uda się jej odtworzyć przeszłość, tym bardziej zbliży się do zrozumienia tego, co „tu i teraz”. Uzasadnia: „Żeby wysilić pamięć własnego dzieciństwa, która pomoże mi zrozumieć, dlaczego zrobiłam swojemu dziecku to wszystko, co określa się mianem toksycznego wychowania” (s. 12). Anda Rottenberg odnajduje coraz więcej momentów, kiedy nie zdołała czegoś powiedzieć, nie chciała czegoś zrobić, nie umiała okazać, że jej zależy, nie chciała pokazać, że jednak rozumie. Nie jest dla siebie łaskawa ani pobłażliwa. W takich chwilach mówi bez ogródek, że miała dość, że nie miała ochoty, że straciła cierpliwość, że już nie umiała... Wyznaje na przykład: „Poczułam się osaczona. Poczułam, że wszystko spadnie na mnie, a ja już nie potrafię temu sprostać. Że nie znajdę w swym życiu miejsca na drugą kobietę i drugie dziecko mego syna. Naczynie z uczuciami się przepełniło. Nie znalazłam w sobie nawet dobroci. Wydobyłam na wierzch tylko twardość wyuczoną w walce o wszystko, co było budulcem praktycznej codzienności, pozwalającej kierować galerią. Wydobyłam z siebie dyrektora, a schowałam samotną kobietę u szczytu menopauzy, reagująca płaczem na konieczność wybrania modelu glazury do łazienki w mieszkaniu, gdzie zabrakło już miejsca na drugiego człowieka” (s. 57). Jesteśmy więc świadkami rekonstrukcji wewnętrznych zmagań. Tyle że zarówno matka, jak i syn, choć się kochają, nie wiedzą, że toczą wojnę. Brakuje też świadomości, że nie będzie szansy na powtórki, na lepsze ujęcia i cofnięcie czasu. Że czasami bardziej niż jawna agresja boli brak jakiejkolwiek reakcji.

Autorka nie ukrywa własnej bezradności i przeczucia, że to, co najważniejsze, wcale nie musiało zostać zapamiętane. Pyta więc retorycznie: „A co z tym banałem codzienności, co z ciągiem nieudanych przyjaźni i romansów, gdzie podziać niespełnione marzenia i nudne wieczory, jak się przyznać do żałosnych klęsk zawodowych, finansowych i rodzinnych?” (s. 13). Można by też, kontynuując myśl Rottenberg, zastanowić się, na ile to, co wybieramy z przeszłości, służy nam oskarżeniu siebie lub usprawiedliwieniu, i dalej – czy jesteśmy w stanie zdobyć się na choćby pozór obiektywizmu? Dawne zaangażowanie przecież minęło, nie ma już tego, co wzbudzało emocje. To, oczywiście, jedynie dywagacje. Ani autorka nie sugeruje, że jest to możliwe, ani też ja nie zamierzam w tym miejscu udowadniać, że przyjęcie perspektywy obserwatora w stosunku do samego siebie jest łatwe. Ważne jednak wydaje się zauważenie, że narracja w „Proszę bardzo”, nawet gdy cofa się do czasów odległych, nie służy zapamiętaniu tych, których już nie ma (a przynajmniej nie przede wszystkim), lecz zrozumieniu tych, którzy zostali, są ich potomkami i – być może – nieświadomie odtwarzają życiowe fabuły tych, po których pozostały tylko pożółkłe fotografie. Z przeanalizowania motywów ich postępowania autorka czerpie siłę, umacnia tożsamościowe korzenie. Umieszcza siebie i swojego syna wśród innych osób, których życiorysy składają się na historię rodziny.

Anda Rottenberg zdaje się odnotowywać stopniowe dostrzeganie tego, jak ważna jest codzienność. Zdjęcia odziedziczone po matce, których przez wiele lat nie udało się obejrzeć. Znikające drobne przedmioty, pieniądze, świadczące o odwiedzinach syna, wreszcie spektakularne włamanie – krzyk, którego nie dało się już zbyć milczeniem. Gwiazda Dawida wyszyta przez syna na swetrze – dziecięcy, ale jakże świadomy protest przeciwko wykluczeniu. Ciągłe zaopatrywanie lodówki przez matkę, która przeżywszy blokadę Leningradu i doświadczywszy głodu, dobrobyt, bezpieczeństwo i okazywanie uczuć utożsamiła z jedzeniem. Wspomnienia wakacji nad polskim morzem przysłaniające swoją wyrazistością pamięć odpoczynku w miejscach egzotycznych.

Śledztwo Andy Rottenberg nie jest tak skuteczne, jak podobne przedsięwzięte przez Daniela Mendelsohna w książce zatytułowanej „Zagubieni”. Wielu osób i ich historii nie udaje się odtworzyć. Wędrówka w przeszłość ma jednak działanie terapeutyczne. Zdaje się dawać nadzieję, że możliwe jest znalezienie utraconego dziecka. O ile sięgając w przeszłość Rottenberg poznaje nowych, choć nieżyjących od dawna, członków rodziny, o tyle w poszukiwaniach w teraźniejszości napotyka nieustannie na niezdrową ciekawość, wścibstwo, brak delikatności i wreszcie – co najbardziej bolesne – na obojętność. Nikogo nie obchodzi, co się stało z jej synem, nikogo nie interesuje, czy odnaleziony bezimienny zmarły to właśnie on, czy może nie. Jesteśmy więc świadkami porażającej samotności. I ogromnej siły – choć to bezradność powinna dominować w zderzeniu z machiną administracyjną, która nieszczególnie przejmuje się uczuciami ludzi.

Szukanie historii własnej rodziny wydaje się być jeszcze jednym zajęciem, które pomóc ma w zaprzestaniu rozpamiętywania. Zamienia się w rodzaj wygenerowanego uśpienia. Anda Rottenberg wielokrotnie wspomina o tym, że właśnie praca ponad siły, szukanie sobie dodatkowych zajęć, angażowanie się w różne projekty miało służyć zapomnieniu, że: „Utraciłam smak. Utraciłam cierpliwość do ludzi. Utraciłam ciekawość” (s. 87).

Książka Andy Rottenberg jest nie tylko opowieścią o matce i synu oraz o matce i córce (Rottenberg kreśli przejmujący portret własnych relacji z matką), ale też ważnym zapisem doświadczenia obcości. Syn autorki jest przekonany, że nie przynależy do świata, w którym przyszło mu żyć. Mówi do swojej matki: „Mamo, uczyłaś mnie życia w świecie, który nie istnieje”. Matka Andy Rottenberg nigdy nie poczuła się w Polsce jak u siebie, początkowo wyzywana od Sowietek, później zbudowała swoją pozycję, za Rosją jednak nie przestała tęsknić. Ojciec, choć był synem Żydówki, został wychowany na Polaka – kiedy jednak miał zadecydować, gdzie zostanie pochowany, wskazał jako miejsce ostatecznego spoczynku cmentarz żydowski. Kiedy autorka idzie do szkoły, nie wie, jak odpowiedzieć na prośbę nauczycielki o wskazanie języka ojczystego – z matką rozmawia po rosyjsku, z ojcem po polsku. Dorastanie to czas, kiedy Rottenberg uświadamia sobie, że najcenniejsza jest niezależność, oraz że o tych, których wykluczono, należy się upominać: „Zrozumiałam, że podział nie przebiega między językiem ojczystym a językiem obcym, że kategorie »my« - »oni« odnoszą się do trochę innej pary przeciwieństw. Że naprawdę nie chodzi o pochodzenie i wyznanie, tylko o poczucie przyzwoitości. W tak rozumianej dychotomii moje miejsce było po stronie prześladowanych” (s. 225). W „Proszę bardzo” znajdziemy także krótki opis medialnego ataku na autorkę, kiedy to fakt, iż jest Żydówką, okazał się dla niektórych niezwykle istotny. Natkniemy się też na opozycję opartą na hierarchii społecznej: szlacheckie pochodzenie rodziny męża i oznajmienie teścia, „że nie ochrzci żydowskiego dziecka” (s. 486).

„Proszę bardzo” zamyka tzw. otwarte zakończenie. Matce udaje się zidentyfikować zwłoki syna. Ale ciągle nie może go pochować. Jesteśmy świadkami płaczu. Samotności, bezsilności, rozpaczy. Nie chcemy się temu przyglądać. Nie chcemy być podobni do mediów, które nadzwyczaj chętnie karmiły się sensacyjną informacją o samotnej matce i synu narkomanie. Autorka wspomina: „Mogę się z nich [z mediów – przyp. B. D.] dowiedzieć, co już wiem od dawna: że byłam złą matką. Ale i tego, że śmierć Mateusza nie jest żadnym dramatem, bo to przecież narkoman i żyd. Małą literą, oczywiście” (s. 483). Ale choć wewnętrznie milkniemy, kamieniejemy, cofamy się kilka kroków, by uszanować cierpienie – Anda Rottenberg mówi w tytule: „Proszę bardzo”. Nie usuwa się w cień. Precyzyjnymi zdaniami informuje: „Widocznie mój czas jeszcze nie nadszedł, widocznie zostało mi do zrobienia coś więcej niż pochowanie mojego kota Romka i mojego syna Mateusza. W takiej kolejności. Romek za trzy dni. Co do Mateusza – nadal nie ma prognoz” (s. 489). Opowieść Andy Rottenberg można więc czytać jako historię nieuchronnie zmierzającą ku śmierci. Mamy tu przecież opisane nie tylko odejście syna, ale też matki, ojca i innych członków rodziny. Ale umieranie miesza się tu z życiem, pamięć z zapominaniem, tymczasowość ze stałością. Gdzieś w tle mamy mocno brzmiące zdanie: to jeszcze nie koniec. Nie tylko dlatego, że Mateusz musi zostać pochowany. Ale też z tego powodu, że każdy z opowiedzianych życiorysów może być uzupełniony. Przeszłość zdoła się jeszcze upomnieć o teraźniejszość. A przyszłość? Po co w nią spoglądać, skoro tyle spraw wymaga wyjaśnienia „teraz” i „wtedy”.
Anda Rottenberg: „Proszę bardzo”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009.