Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Aldona Kopkiewicz,

TRZYNAŚCIE HISTORII W BANALNYM STYLU

A A A
Czy pamiętacie jeszcze banalizm, kiedy to nudnym należało brać nudne, kiedy proste mnożyło się przez zwyczajne, a literatura pozowała na autentyczność, zajmując się tym, co najbliżej monotonii zwykłego życia? Życia bez grozy, lęku, zachwytu i innych zamierzchłych modernistycznych wielkich emocji. Ideałem było oddanie jego pospolitości w adekwatnej formie. I tak banał życia przekraczał progi tekstu, usprawiedliwiając się większą prawdziwością i realnością, wobec których zarzut śmiertelnej nudy musiał zostać oddalony. Nie jestem wcale tak bardzo przeciwna literackim pragnieniom tego rodzaju. Wiadomo – wielkim antenatem mógłby być w tym wypadku chociaż Białoszewski, a „Wszędobylstwo porządku” Wiedemanna wciąż stanowi niezapomnianą lekturę. Banalizm chyba jednak sprawdza się wtedy, gdy autor tęskni do trochę mniej banalnej, niewidzialnej na co dzień realności… Impresje na temat banalizmu zostawię jednak na kiedy indziej. Chodzi raczej o to, że o ile w Polsce banalizm nie utrzymał się, o tyle jeden z niemieckich pisarzy, ponoć słynny i zasłużony, uprawia literaturę, która u nas z powodzeniem mogłaby wpisać się w ten nurt.

W podobną poetykę celuje w swojej prozie Ingo Schulze. Jego zbiór opowiadań „Komórka. Trzynaście historii w dawnym stylu” ma przede wszystkim zilustrować przemiany, których doświadczyła niemiecka klasa średnia. Ale społeczne reperkusje upadku komunizmu i zjednoczenia Niemiec to tylko jeden punkt obserwacyjny, z którego pisze się tu o 30-40 latkach wiodących ustabilizowane życie na pograniczu Zachodu i Wschodu Europy. Schulze wyczulony jest także na drobne różnice kulturowe, echa wielkich wydarzeń XX wieku, które niepostrzeżenie wracają w codziennych sytuacjach. Najbardziej interesuje go zaś miłość, a zwłaszcza te drobne, niemal nieistotne momenty, które z perspektywy czasu okazują się w związkach punktami zwrotnymi. Podejrzewam także, że choć tytuł zbioru pochodzi od tytułu opowiadania, które otwiera tom, ma pewien potencjał symboliczny. Schulze nie traktuje wprawdzie kultowego gadżetu współczesności z przesadną fascynacją, nie jest nadgorliwy w kreowaniu nośnych metafor, lecz komórka jako znak nowej obyczajowości, komunikacji międzyludzkiej itp., itd., wydaje się nie tylko chwytliwa, koresponduje nawet z treścią prezentowanych historii. W końcu to właśnie zmienność zwykłego, pozbawionego dramatyzmu życia prowokuje do zapisania go: „Naturalnie zadaję sobie pytanie, dlaczego spisuję to wszystko dopiero teraz, sześć lat po tym pamiętnym polowaniu. Tymczasem zapomniałem tyłu szczegółów (…) Poza tym możliwe, że Estonia ostatnimi laty bardzo się zmieniła i moja opowieść w pewnym sensie stała się już tekstem historycznym. W każdym razie nie tylko moje życie się zmieniło. Życie nas wszystkich ostatnimi czasy uległo zmianie. I może z tego powodu – kto wie, kto wie – zdobyłem się w końcu na tę opowieść” („W Estonii, na wsi”).

Schulze nie żywi jednak naiwnych nadziei co do możliwości bezpośredniej transpozycji tych nieuchwytności codziennego życia na opowiadanie. Dysponuje dużą świadomością związaną z możliwościami i ograniczeniami pisania, lecz nie wpływa to zbytnio na konstrukcję tekstów, nie przekłada się na poziom metaliterackich gier. Opowiadania zawarte w zbiorze są dość tradycyjne, „w starym stylu”, tyle że pozbawione wysokich napięć i wielkich punktów kulminacyjnych. Wprowadza się te ostatnie dość niepostrzeżenie, niejako mimochodem, tylko o tyle, by podtrzymać uwagę i sprawić, że historia będzie intrygująca. Natomiast autoteliczna świadomość staje się częścią opowiadania, zwykle bowiem narracja prowadzona jest tu w pierwszej osobie, a wzbogacają ją wątki autobiograficzne – nie dość, że bohater opowiada o swoich pisarskich doświadczeniach, pojawiają się też wzmianki o wcześniejszych książkach Schulzego. Powiada na przykład: „Jak wiadomo, ważne wydarzenia w rzeczywistości dzieją się zawsze dosyć szybko i przeważnie mimochodem. Ale kto bywa we właściwym momencie na właściwym miejscu! Chcąc oddać prawdzie sprawiedliwość, powinienem zatem przedstawić finał równie krótko i zwięźle, jak rzeczywiście rozegrał się on na naszych oczach” („W Estonii, na wsi”). Lecz pisanie jako temat nie zajmuje go zbytnio. Wszystkie środki zostają tu zaangażowane do rozpatrzenia ważniejszych kwestii.

Schulze stawia bowiem pytanie o rolę losu i przypadku w życiu; dzięki swojej prozie próbuje rozważyć, które wydarzenia posiadają specjalne znaczenie i jak stają się znamiennymi faktami czy symptomami, jak wiążą się w relacje przyczyn i skutków. Sprawdza, w jaki sposób w zwykłym życiu mogą ujawniać się wysokie, abstrakcyjne pojęcia – wiara, miłość, przeznaczenie, transcendencja. Charakterystyczne wydają mi się pytania rozpoczynające opowiadanie „Milva, gdy była jeszcze całkiem młoda”: „Do dziś nie wiem, co o tym myśleć. Czy to była katastrofa? Czy to była rzecz niewarta wzmianki? Czy po prostu tylko coś niecodziennego?”. Opowiadanie historii umożliwia zatem rozpoznanie doświadczenia, ale taka rola narracji to żadna nowość. Interesujące są tu raczej momenty zawieszenia opowieści, powstrzymywania się przed jakąkolwiek jednoznaczną konkluzją. Narrator pozostaje sceptykiem, nie zamierza niczego udowadniać ani do niczego przekonywać. W tych zestawieniach intrygujących i zwyczajnych chwil życia może tkwić jakaś zagadka, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierza na poważnie zabierać się do jej rozwiązania. Lepiej wyrazi to motto książki autorstwa Frederiki Mayrocker: „A potem dzień następował po dniu, nie przynosząc rozwiązania podstawowych kwestii życiowych”.

I wszystko byłoby pięknie – ta recenzja przekonała nawet mnie, że Schulze pisze naprawdę dobre, inteligentne opowiadania. Tyle że bardzo nudne.
Ingo Schulze: „Komórka. Trzynaście historii w dawnym stylu”. Przeł. Ryszard Wojnakowski. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].