Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (128) / 2009

Janusz Paliwoda, Jacek Dehnel,

PISARZ NAJCIEKAWSZY JEST W KSIĄŻKACH

A A A
Z Jackiem Dehnelem rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: Dlaczego do napisania powieści zainspirowała Pana twórczość Balzaca, a nie innych francuskich prozaików, np. Zoli, Stendhala, Hugo, Flauberta?

Jacek Dehnel: Po prostu Balzac – nie ujmując niczego pozostałym wymienionym przez Pana pisarzom – wydawał mi się najbardziej adekwatny do ukazania świata, który mnie otacza, tego „tu i teraz” ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Choćby dlatego, że opisywał społeczeństwo na wiele sposobów bardzo podobne do naszego. Balzac, jakkolwiek pisał bardzo nierówno, czasem na akord, odwalając byle co, zostawił całkiem sporo dzieł, które jeszcze po tylu latach olśniewają precyzją diagnozy. Wystarczy zmienić kilka drobnych szczegółów i są całkowicie aktualne. Temu zresztą służył eksperyment z przepisaniem „Domu pod kotem z rakietką” na „MIĘSO WĘDLINY UBIORY TKANINY”; ale już pozostałe części „Balzakianów” to już inne igraszki z Balzakiem, znacznie dalsze od źródła.

J.P.: O „Lali” powiedział Pan: „Jest to opowieść o tym, jak natura bierze górę nad kulturą”. To samo dotyczy „Balzakianów”?

J.D.: To zależy, jak sobie zdefiniujemy „naturę” i „kulturę”; mówimy czasem „natura ludzka” i to na ogół jest jednak sprawa na wskroś kulturowa; natura decyduje o tym, jak przetwarzamy związki chemiczne, jaki mamy kolor oczu czy skóry, która płeć nas pociąga i, po części, który osobnik danej płci; ale zachowania społeczne (a to o nich najczęściej mówimy, przywołując „ludzką naturę”) należą jednak zdecydowanie do tego, co kulturowe. A „Balzakiana” traktują o zachowaniach społecznych w Polsce po 1989 roku, o tym wszystkim, co nas otacza: przemianach stosunku do pieniędzy, o pędzie do różnorakiej emancypacji, do wybicia się, wreszcie o rozpadzie rodziny, ale i o niszczącym niekiedy wpływie tej rodziny na jednostkę. Owszem, możemy sobie powiedzieć, że o tym decyduje jakaś darwinowska „natura ludzka”, egoizm gatunku, ale to byłoby chyba przesadne uproszczenie.

J.P.: Po wydaniu „Lali” wspominał Pan, że czytelnicy przy wielu okazjach opowiadali Panu swoje rodzinne historie. Po ukazaniu się „Balzakianów” „gawędziarzy” przybyło, czy jest ich mniej?

J.D.: Wie Pan, ja nie mam tak, jak Hanna Krall, że na jej spotkania ludzie specjalnie przychodzą, żeby przekazać jej jakąś opowieść o Zagładzie i żeby ta opowieść nie zniknęła wraz z nimi, tylko trwała, zmieniona w literaturę. Rozmawiam w pociągach, na przyjęciach, u znajomych, podsłuchuję w autobusach, na przystankach, czasem w taksówkach, w sklepach, rozmaicie. I te opowieści w naturalny sposób się pojawiają w tym, co piszę. Bywa, że nie tyle nawet całe opowieści, ale pojedyncze słowa lub zwroty, urywki dialogów; na takich strzępkach czasem można zbudować całą postać.

J.P.: Czym Pan wytłumaczy wysoką frekwencję podczas spotkań autorskich: popularnością Pańskiej prozy, czy też tym, jak Pan o niej opowiada?

J.D.: Mam za sobą całkiem sporo, jak sądzę, spotkań z czytelnikami. I powiem Panu, że nauczyłem się jednego: nie ma żadnej reguły. Czasem przychodzi tłum, czasem garstka ludzi, czasem młodzi, czasem starzy, apatyczni lub żwawi, ciekawi lub nieciekawi. I nie ma żadnej reguły, która by to porządkowała: że jak duże miasto to tłum, a jak małe – to pustki. Albo odwrotnie. Frekwencja zresztą to żaden bożek, bywają świetne spotkania z 5 osobami (miałem kiedyś takie we wsi Przodkowo, w czasie zamieci śnieżnej) i drętwe, nieciekawe z setką. A czemu ludzie przychodzą? To nie jest, myślę sobie, pytanie do mnie, ja na czyjeś spotkania autorskie prawie nie chodzę, wolę czytać książki niż rozczarowywać się ich autorami (choć są, rzecz jasna, chlubne wyjątki). Pisarz, wbrew temu, co się niektórym wydaje, na ogół najciekawszy jest właśnie w książkach, a nie w tym jak siedzi, jakiego koloru ma koszulę i co powie o drugim mężu swojej pierwszej żony.

J.P.: Jakiś czas temu na portalu kumple.blog.pl naśmiewano się z tego, że na Pana wieczory autorskie przychodzą głównie starsze kobiety. Sprawiło to Panu przykrość?

J.D.: O tyle, o ile żal mi kogoś, kto się stał obiektem głupich kpin; każdy się starzeje i tym chłopakom i dziewczynom z Kumpli też zaczną rosnąć włosy w uszach i obwisać biusty – za to, wiadomość pocieszająca, może przy okazji obrośnięci i obwisłe jakoś zmądrzeją i otworzą się na to, że ludzie są różni, w tym również – starzy. Natomiast jeśli chodzi o kpienie ze mnie, że jestem niby takim pisarzem dla domu starców… to nie, dlaczego miałbym się tym smucić czy przejmować? W tym zdjęciu dużej grupy starszych pań nie widzę niczego niewłaściwego, godnego wstydu czy pogardy: w Polsce czytają literaturę piękną niemal wyłącznie kobiety, a spośród kobiet najwięcej te, które osiągnęły wiek postbalzakowski. Dla mnie nie ma znaczenia, czy czytelnik jest młody czy stary, z miasta czy ze wsi, płci takiej czy siakiej, dla mnie się liczy, że komuś się chciało wyjść z domu i wybrać się na spotkanie z moimi książkami.

J.P.: Homoseksualizm w Pana poezji pojawia się dość często, ale w prozie wątków gejowskich jest niewiele, dlaczego?

J.D.: Czy ja wiem, czy w poezji często się pojawia homoseksualizm… chyba nie, napisałem po prostu ileś tam tekstów miłosnych, a ponieważ to są moje teksty miłosne, to i końcówki gramatyczne są męskie. Ale to nie znaczy od razu, że taki tekst należy automatycznie rozpatrywać jako poezję gejowską – poezja gejowska to jednak, w moim pojęciu, coś więcej: skupienie się na typie relacji, który jest właściwy tylko i wyłącznie parom gejowskim, skupienie się na gejowskiej specyfice. Łatwo to sprawdzić: trzeba zmienić końcówki gramatyczne i zastanowić się, czy mimo tej zmiany wiersz dalej działa tak samo, czy się zmienił. Miłość jest sprawą uniwersalną i na ogół odbieramy ją w sposób uniwersalny; owszem, jeśli jest jakoś tam niestandardowa, to i ten niestandardowy aspekt trafia czasem do tekstów – ale takich wierszy nie napisałem zbyt wiele. Może to przychodzi z czasem, nie wiem. A co do prozy – wiem, że z perspektywy czytelników to wygląda zupełnie inaczej, ale podchodziłem do tematów gejowskich kilkakrotnie, choćby w pisanej równolegle z „Lalą” powieści „Dni hojności i inne dni”, opowiadającej o grupie moich przyjaciół z czasów licealnych. Ale doszliśmy z moim wydawcą do wniosku, że ten tekst wymaga w zasadzie wycięcia połowy i dopisania drugiej połowy na nowo, bo jest po prostu za słaby, zbyt osobisty i zbyt juwenilny. Ostatnio coraz częściej myślę o powrocie do niego, może coś z tego da się wykrzesać.

J.P.: Wiem, że czyta Pan tylko dobrą literaturę, a złe książki, po prostu, odkłada. Jakie tytuły z półki „proza polska” zaliczył Pan ostatnio do tej drugiej kategorii?

J.D.: Ależ to nieprawda, nieprawda, po trzykroć nieprawda! Po pierwsze dlatego, że dostaję sporo książek z Łossskotu i przez to muszę czytać duże ilości często bardzo słabej literatury, a także oglądać słabe filmy i słuchać miernej muzyki; całe szczęście, że czasem wpada coś przyzwoitego. Po drugie dlatego, że staram się przynajmniej troszeczkę trzymać rękę na pulsie – i tego, co się teraz drukuje, i tego, co jest żywe w kanonie literackim. Czytam więc niemało książek z czytelniczego poczucia obowiązku i przy okazji natrafiam na sporo rzeczy nieciekawych. Wreszcie, po trzecie, jestem wielkim miłośnikiem wszelkiego rodzaju „strasznych wierszydeł”, „książek najgorszych” i tak dalej; kolekcjonuję stare powieści groszowe, historyjki pornograficzne, zbieram najmizerniejsze zestawy poetyckie z konkursów, pasjami to czytam. Najgorsze natomiast są takie książki „ni pies ni wydra”, pociągające, ciekawe miejscami, ale w całości nieznośne, źle napisane, skopane. Ani się to nie nadaje do lektury kampowej, ani do lektury serioznej.

J.P.: Jeszcze kilka lat temu nazywano Pana przybyszem z innej epoki – z uwagi na Pański ubiór i hebanową laseczkę, czy coś się w tej materii zmieniło?

J.D.: Wie Pan, prawdę mówiąc jest to mi najzupełniej obojętne; czytelnicy i krytycy analizujący czyjąś twórczość przez pryzmat tego, jak się przyodziewa autor, popełniają szkolny, czy może nawet przedszkolny błąd. I są w tym, jak sądzę, niereformowalni. Gorzej, ludziom się zwidują rzeczy: czytam potem w jakichś relacjach prasowych, że przyszedłem na spotkanie w surducie, a byłem w najzwyklejszej marynarce. Albo że chodzę po ulicach we fraku, kiedy ja frak założyłem dosłownie parę razy w życiu, do opery, i z pewnością nie chodzę w nim na co dzień po ulicach. Mnie w życiu literackim interesują książki, a nie kolor czyjegoś swetra czy krój marynarki.

J.P.: Jacek Dehnel – poeta, prozaik, tłumacz, malarz, felietonista, dziennikarz telewizyjny, znawca sztuki... Co jeszcze dopisałby Pan do swojej noty biograficznej?

J.D.: Nota biograficzna to bardzo nudna forma literacka. Nic bym nie dopisywał, wykreśliłbym „dziennikarz telewizyjny”, bo to, po pierwsze, bez znaczenia, a po drugie – dziennikarzem się wcale nie czuję; w „Łossskocie” jestem jednym z trzech konsumentów kultury, którzy wypowiadają się na temat tego czy innego dzieła; z nas trzech tylko Maciek Chmiel jest dziennikarzem i porządnie na to zapracował. A co do notki… tego „znawcę sztuki” bym również wykreślił, bo też się nie czuję na siłach, żeby sprostać temu określeniu. Zresztą, w porządnych notach takich sformułowań się unika. Tak mi się zdaje. A zwrot „poeta, prozaik, tłumacz, malarz” przewija się przez te noty tak często, że mój chłopak mówi do mnie czasem: „Poetoprozaikutłumaczumalarzu, wyniósłbyś śmieci?”. To wynoszę.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.

Warszawa
10.04.2009
Fot. Piotr Tarczyński.