Wydanie bieżące

15 maja 10 (130) / 2009

Łukasz Iwasiński, Mateusz Kunicki,

FREAK-INDIE MATEUSZA KUNICKIEGO

A A A
Mateusz Kunicki obecny jest na scenie od wielu lat, ale wciąż pozostaje na marginesie. Znawcy rodzimego indie-rockowego undergroundu kojarzą go z formacją Kevin Arnold. Jest jednak zaangażowany w liczne inne projekty. Sam o sobie mówi: pierwszy freak-folkowiec w Polsce.


Łukasz Iwasiński: Jesteś ostatnio bardzo aktywny artystycznie, proszę, przedstaw projekty, w których aktualnie udzielasz się.

Mateusz Kunicki: W pierwszej kolejności jestem grajkiem, który osobiste doświadczenia wykrzywione przez specyficzne poczucie humoru ubiera w melodie wydobywane z instrumentów szarpanych i prezentuje je jako Vreen. Następnie jestem członkiem duetu Wojt de la Volt & Vreen, w którym czuję się niezwykle komfortowo, jestem w tle, ale mam niemal nieograniczone możliwości ekspresji. Obecnie śpiewam także w zespole Jak Zwał Tak Zwał, co jest bardzo odświeżającym i relaksującym przedsięwzięciem. Gram na gitarze i śpiewam w zespole Kevin Arnold, a ponadto jestem ojcem chrzestnym i kierownikiem muzycznym projektu Miasto 1000 Gitar.

Ł.I.: Ponadto prowadzisz oficynkę Radio Rodoz...

M.K.: Radio Rodoz powstało jako wyraz mojej emancypacji wobec macierzystego zespołu. Jak wszystkie moje projekty nie jest tworem przemyślanym, wyrazem jakiejś wizji artystycznej, tylko od razu stało się faktem dokonanym, czyli prywatną wytwórnią dla płyt, w których biorę udział w mniejszym lub większym stopniu. Z tego, co pamiętam, Radio Rodoz wystartowało w 2004 roku przy okazji pierwszej solowej płyty sygnowanej nazwą Vreen – „Rozedrgane śrubki” – był to zestaw quasi-bluesowych, quasi-folkowych piosenek na gitarę akustyczną i wokal (z dodatkami perkusjonaliów i dźwięków elektronicznych). Wtedy po raz pierwszy zacząłem śpiewać jakby „od siebie”, oczywiście z pewnym przymrużeniem oka, ale takie osobiste wyznania nie pasowały do zespołu Kevin Arnold. Cel jest wyłącznie jeden, dokumentacja i prezentacja albumów, które nagrywam ja i moi znajomi, spotykam się bowiem z twierdzeniami, że zespoły „nie istnieją” bądź „nie startują z poważną karierą” dopóki ich piosenki, zrealizowane w profesjonalny sposób, nie zostaną wydane na oficjalnym nośniku, przez oficjalną, najlepiej dużą, instytucję. Nie chodzi tu o jakiś zaklęty krąg znajomych – teoretycznie mogę być elastyczny w tej kwestii – ale o ideę „wydawania”. Większość twórców aktualnie sama wydaje swoje single, EP-ki, nawet „niematerialnie”, publikując je w Internecie. Ale wydaje mi się, że większość z tej większości robi to, wciąż oczekując na swój „oficjalny debiut”. My zaś wydajemy kompletne albumy, których zawartości (w okresie ich wydawania) nie zmienilibyśmy. Pełny wyraz muzycznej treści. Przykładowo, gdyby pojawiła się koncepcja prezentacji twórczości Miasta 1000 Gitar w oficjalnym obiegu, to albo jako reedycja konkretnej płyty albo jako płyta składankowa prezentująca wybrane piosenki z konkretnych płyt. Oczywiście, częstokroć nagrania te są jakości demo, ale nie jest to „mentalna płyta demo” – przedbieg przed prawdziwym startem, lecz zamknięta artystycznie całość.

Co do najnowszych produkcji Radia Rodoz. W pierwszej kolejności wymieniam Wojt de la Volt & Vreen „"Dioptrie”, ponieważ jestem z nią bardzo emocjonalnie związany (choć uczestniczyłem w niej właściwie jako muzyk sesyjny). Wojtek Czarnecki – twórca materiału – był basistą zespołu Cold Fish, z którym razem krzewiliśmy ideę indie-rocka w Gdańsku. Po rozwiązaniu zespołu zaczął tworzyć piosenki na gitarę akustyczną i wokal. Oczywiście nie było wątpliwości, że trzeba to nagrać, więc kiedy nadszedł odpowiedni czas, uczyniliśmy to, dokonując pewnego wyłomu w tradycji songwritingu. Ponieważ płyty smutnych facetów z gitarami uważam za nudnawe (kto by się tam wsłuchiwał w te ważne teksty), zdecydowaliśmy się obudować wszystkie piosenki instrumentami z klasycznego elektrycznego składu gitarowego. A więc perkusja, bas, akustyk jako podstawa (ale bardziej tło), gitary elektryczne, klawisze, perkusjonalia. Do tego pobawiliśmy się zbliżaniem niektórych piosenek w rejony znanych odniesień, używając charakterystycznego brzmienia czy pomysłów. Czyli piosenka „The Man” w realizacji poszła trochę w stronę Black Keys, „She knows” – słodki indie-pop, „Pick me up” – psychodeliczne rozjazdy i gitarowy noise Deerhunter, w „Television” znalazł się fragment inspirowany Monster Magnet, „Down & Bitter” zawiera w sobie cytat The Clash, „My Best Enemy” to połączenie części emo-rockowej spod znaku Appleseed Cast z disco-rockiem, „How I Get By” to rhythm'n'bluesowy klasyk w stylu lat 60. Jak na chłopaków, którzy zasłuchiwali się kasetami Nirvany i The Doors, to wyszedł całkiem intrygujący zestaw. Do tego doszło sporo wokali, chórków i przeszkadzajek i w konsekwencji idea, którą powzięliśmy okazała się słuszna, bo piosenki nie zatraciły swojej melodyjności, a chwilami intensywnie wzmocnił się ich klimat. Co więcej, zaczęliśmy je grać na żywo na instrumentach (akustyk, bas/gitara, dwa wokale), do sekcji, którą puszczamy z nośnika – wreszcie można w każdej chwili ściszyć perkusistę! I prezentujemy taki zestaw na występach, bardzo mi się podoba ten pomysł: jest wygodnie w transporcie, nagłośnieniu występu, natężeniu głośności dźwięku do oczekiwań słuchaczy, a oferujemy więcej niż zwyczajne śpiewanie do gitary akustycznej.

Następne wydawnictwo: „DA-DA&A-A! !” Jak Zwał Tak Zwał. To projekt, którego obecnie kierownikiem jest artysta zwany Endriu. Do jego domowego studia zachodzili znajomi muzycy i zostawiali po sobie ślady basów, patternów perkusyjnych, ja upuściłem kilka riffów gitarowych i basowych loopów. Następnie zostałem poproszony o napisanie kilku tekstów do tych pomysłów, które przypominały raczej pętle muzyczne niż klasyczne podziały piosenkowe. Ta niezobowiązująca praca w pewnych przypadkach przyniosła bardzo trafione rezultaty: nadmorską jarmarczną pieśń opatrzoną ornamentem śpiewu operowego „Trójmorski”, „Ale odjazd” od razu przywołujący Jeden-Osiem-L, oazowy „Testamentowy gnief", rockowy „Idol”, country-rockowy „Psychodeliczny kowbuj” oraz psychodeliczno-dubowe „Dziewczynki”. Inne teksty nie wypadły tak okazale, tudzież jedynie wklejają się w tkankę muzyczną. Co ciekawe, nie powinienem narzekać na tę kwestię, bowiem zazwyczaj lekko podchodziłem do banalnych oczywistości wyklepywanych przez wokalistów anglojęzycznych, więc dlaczego tak samo nie reaguję na język rodzimy? Dość powiedzieć, że w części numerów tekst jest jedynie czczą zabawą ze słowem i podążającymi za sobą skojarzeniami, co uwidoczniliśmy w tytule płyty. Zaletą płyty jest czysta, prawie syntetyczna realizacja Endriu, czytelność dźwięku, ale niejednoznaczność tak w muzyce, jak i tekście. Ogólne pomieszanie gatunkowe, niejednolitość sprawia, że nie do końca wiadomo, jak do niej podejść. Sam mam z tym problem. (śmiech) I niewątpliwie ograniczenie materiału na koncertach do najlepszych fragmentów (oba zespoły występują na razie wspólnie) sprawia, że czuję się z tym lepiej niż z pełną płytą. Robimy to w wersji pół-playbacku, po prostu leci przebój za przebojem i myślę, że niedługo czeka nas prawdziwa przygoda na letnich festynach.

Ł.I.: Wracając do twojej autorskiej działalności, piszesz o sobie „pierwszy freak-folkowiec w Polsce". Nie sądzisz, ze cała fala „freak-folku” nie jest żadnym nowym zjawiskiem, lecz wpisuje się w tradycję „naturszczykowskiej, psychodelicznej ballady” funkcjonującej od lat 60. XX wieku. Po prostu w ostatnich latach wyciągnięto ją na powierzchnię i opatrzono marketingową etykietką „freak-folku”.

M.K.: Oczywiście, że to nie jest nowe zjawisko (może jedynie w świadomości niektórych słuchaczy). Poszedłbym nawet dalej, instytucja śpiewających typów do wtóru gitary, czy innych instrumentów jest obecna od wieków. Co prawda facetów z akustykami słuchałem raczej rzadko, gdyż moje wychowanie muzyczne było dość ubogie, miałem dostęp do klasycznego hard-rocka, moim pierwszym świadomym wyborem był rhythm'n'blues (głównie Cream) i amerykański rock (nietypowe połączenie: Creedence Clearwater Revival i Velvet Underground); muzyczną edukację rozpocząłem niezwykle późno, jak na dzisiejsze standardy. Uderzyło mnie, kiedy parę lat temu posłuchałem Devendry Banharta i zobaczyłem, że właściwie to jest taki chłopak z gitarą (fakt, że piekielnie utalentowany i co najmniej dwujęzyczny), który oprócz zwykłych numerów na akustyku, zabawia się w piosenki z elementami rocka, lubi różne stylizacje, czerpie garściami z dokonań poprzedników z lat 60. i 70. I że przecież miałem taki sam zestaw muzycznych upodobań na „Rozedrganych śrubkach” (2004), który potem z większą świadomoscią powtórzyłem na „A juści” (2006). I że w przeciwieństwie do Graftmana, który grał covery Oasis, oraz Jacka Kuleszy, który gra folk-rocka, tyle że na gitarę akustyczna, moja muzyka jest jakaś dziwniasta, zbyt nieuregulowana, opatrzona jakimiś fizdrygałkami, fluktuująca z numeru na numer, inspirowana co rusz innymi fascynacjami. Więc może rzeczywiście w tej nowej fali z przywoływaną etykietką jestem pierwszy, choć sam nagłówek myspace zrobiłem oczywiście dla hecy (śmiech).

Ł.I.: Nie pomylę się chyba, jeśli stwierdzę, że inną Twoją wielką inspiracją jest amerykańska scena indie z lat 90., czy w ogóle szeroko rozumiana amerykańska garażowa psychodelia.

M.K.: Na pierwszym miejscu Pavement, Presidents of the U.S.A., potem Built To Spill, mocno w zespole inspirowaliśmy się Mudhoney oraz Jon Spencer Blues Explosion, Sebadoh, oprócz tego noise ze stajni Amphetamine Reptile Records, szczególnie Chokebore, oczywiście Sonic Youth – z tego, co mogę wymienić obudzony w środku nocy. Jednak w moim przypadku (i przypadkach zespołowych) te inspiracje są słyszalne śladowo, brakuje możliwego do identyfikacji kalkowania. Szczególnie o zespole Kevin Arnold mogę powiedzieć, że jest taki „niewyraźny”, w tym sensie, że jest zbyt wiele inspiracji przemielonych w różnych piosenkach i w rozmaitych motywach. Ten brak konsekwencji mógłby być zbawienny, ale w tym przypadku nie przekłada się na wzrost popularności. Jeżeli chodzi o inne projekty, te inspiracje są czytelniejsze i ukierunkowane. Zresztą w dużej mierze bywam imitatorem. Oczywiście szczególnie w przypadku wykonawców, których słucham intensywnie, albo którzy mną zawładną. I oczywiście głównie chodzi o warstwę muzyczną. Natomiast na szczęście (a może to jest przekleństwo?), gdy tylko zabieram się do jakiegoś fragmentu ulubionej muzyki i odtwarzam to na swój sposób, to natychmiast zmienia się to w coś nad wyraz odmiennego, więc nie ma szans, że ktoś oskarży mnie o plagiat (śmiech). Ale to jeszcze nic. Wojtek (Wojt de la Volt) potrafi zagrać cover jakiegoś zespołu w taki sposób (po drodze gubiąc melodię i myląc podział zwrotkowo-refrenowy), że jedynie słowa świadczą o tym, że jest to cover. Co najśmieszniejsze, nie robi tego celowo!

Ł.I.: Czy jest w ogóle miejsce na rodzimym rynku na muzykę, która grasz i wydajesz. Z jakim odzewem spotykają się płyty Radia Rodoz?

M.K.: Abstrahując od tego, że działam poza rynkiem, to oczywiście uważam, że miejsce jest, bo kto mi zabroni. Inną kwestią pozostaje to, że się nie przebijam. Ale z kolei, czy muszę? Widzę taki uproszczony podział świata muzycznego: że są profesjonalni wykonawcy, którzy przez całe życie grają chałtury, są muzykami sesyjnymi albo mają menedżera, który ich ubezwłasnowolnia i każe grać rzeczy, które się sprzedają, i ich marzeniem jest wydać płytę w własnymi, wymarzonymi pomysłami. Na drugim biegunie są masy muzykantów (nierzadko profesjonalnie wykształconych, znakomitych), których jedynym marzeniem jest sprzedać się i żyć z muzyki nawet kosztem własnych ambicji i wyrzeczeń. Być może obraz ten jest z gruntu fałszywy. Być może są wykonawcy, którzy naprawdę realizują swoje wizje i odnoszą sukcesy. Na przykład U2. (śmiech) Na pewno (nie być może) nie mam pojęcia, jak działa profesjonalny rynek muzyczny w Wielkiej Brytanii czy USA. Na pewno nie tak jak w Polsce, bo tam jednak SubPop czy Matador Records się zdarzają. Skoro Devendra jest bogiem, a Devendrę zaproszono nawet do Polski (notabene, występ, który widziałem w tvp kultura, bodajże z Poznania, trochę pozbawił w moich oczach Devendrę nimbu boskości), to znaczy, że miejsce jest. Do tego trzeba tylko trochę szczęścia i siły masowego przekazu: “Vreen jest znakomitym artystą”, “Vreen jest jak Devendra (bez prawie)”, “Vreen występował z Devendrą”, “Nawet jeżeli Vreen nie występował z Devendrą, to jakby z nim występował", “Vreen jest znakomitym artystą", “Vreen nie występował z Devendrą, ale wypadł od niego lepiej”. Siła sugestii ma niewyobrażalną moc. Powiem tak: drużyna koszykarzy z Gdyni, która wygrała awans do I ligi, nie wystąpiła w niej z powodu braku funduszy; Maciej Cieślak sprawia wrażenie jakby miał nieustającą depresję; a Paweł Dunin-Wąsowicz przy okazji wywiadu w „Wyborczej” z okazji iluś tam lecia „Lampy” powiedział, że po tylu latach wydawanie tego pisma jest wciąż działalnością hobbystyczną. Więc osobiście (ja, mały żuczek) nie mam żadnego powodu do narzekań. Klepię swoje pomysły, jeżeli już zbieram recenzje, to są one raczej pozytywne, występy przynoszą mi radość, robię 50 pompek dziennie, moja następna płyta będzie znakomita. Doprawdy, świetnie czuję się sam ze sobą. I nie zamierzam przestać.

Ł.I.: A jednak niektórym rodzimym przedstawicielom niezależnego rocka udaje się – że tak powiem – wypłynąć (oczywiście w mikroskali, niemniej wydają płyty, grają koncerty, są obecni w branżowej prasie i świadomości mniejszej lub większej grupy fanów). Dlaczego ta sztuka nie udała się Kevinowi Arnoldowi? Zespół działa już wiele lat, ma dobrą markę w krajowym gitarowym undergroundzie, ale cały czas pozostaje na totalnym marginesie - trzeba się napracować by zdobyć informacje na jego temat. A ma przecież potencjał. Czy to brak potrzeby szerszego zaistnienia? Nieumiejętność – mówiąc brzydko – sprzedania się? Brak wiary w sukces na większym forum?

M.K: Miło, że mówisz, że Kevin Arnold ma w krajowym gitarowym undergroundzie dobrą markę. Lokalnie wyraźnie daje się nam odczuć, że jesteśmy starymi frajerami, którym się nie udało (śmiech). Trzeba by tu rozwinąć kilka mitologizujących myśli, które w moim mniemaniu tłumaczą brak sukcesu.

Terror młodości/ sukcesu/ sławy. Kiedy zaczynaliśmy grać jakieś 10 lat temu, to już wtedy byliśmy za starzy, pokończyliśmy studia, więc działalność hobbystyczna – wtedy jeszcze bardziej intensywna – stanowiła jedynie dodatek do wchodzenia w dorosłe życie. Ponieważ w początkowym etapie działalności nie udało nam się wypłynąć na szersze wody, trudno to czynić teraz, zwłaszcza że czuję się trochę nieswojo, kiedy promuje się model, według którego na gitarach mogą grać jedynie nastolatki, a wczesny początek jest gwarantem sukcesu. Do mnie bardziej trafia przypadek Chrisa Rea – sukces po 40! (śmiech).

Nie trafiliśmy na swój czas. W czasie, kiedy graliśmy „Farelkę” i pozostałe piosenki z tego repertuaru, w Polsce – oprócz tradycyjnie uświęconych gatunków – królował grunge, a my startowaliśmy u boku takich zespołów, jak: Paragraf 22, About (lokalni prekursorzy nu-metalu) i innych przedstawicieli ciężkiej muzy. Bielizna zawiesiła działalność na rzecz efemerycznej formacji Dr Granat, Apteka miała nieustające fluktuacje z sekcją, więc nie było „lekkich zespołów gitarowych”, dzięki którym moglibyśmy poszerzać grono własnych słuchaczy. To zaczęło się zmieniać dopiero kilka lat temu, cały ten boom na indie-rock w Polsce, a wtedy my już wypadliśmy z obiegu..

Hipoteza 10 „Farelek”. Zawsze jako zespół byliśmy naiwni muzycznie, a tym bardziej biznesowo. Wydawało się nam, że wszystko się jakoś potoczy, koncerty, demo, zainteresowanie środowiska, wydanie płyty itd. Nie mieliśmy menadżera, nie było chętnych (śmiech), robiliśmy swoje (w naszym mniemaniu), a tymczasem dzisiejsze możliwości techniczne świadczą o tym, że oprócz tradycyjnych znajomości w branży muzycznej i medialnej, o wiele łatwiej jest wypromować zespół, piosenkę siedząc w necie i na telefonie, niż grając ileś koncertów. Zatem miałem kiedyś roboczą hipotezę 10 „Farelek”, która mówiła, że gdybyśmy zrobili 10 jednakowych, przyjemnych, melodyjnych piosenek (a nie cały ten zgiełk, z ciągłymi zmianami motywów, z niejednoznacznymi tekstami), to na pewno sukces byłby nasz! Obecnie myślę, że to guzik prawda, bo po pierwsze – nikt mógłby nie usłyszeć o naszych fantastycznych przebojach, po drugie – droga od piosenki do skonsumowania jej sukcesu jest wyboista, najeżona niebezpieczeństwami i w dużej mierze nie zależy od jej wykonawców.

I już zupełnie na marginesie, nikt nigdy nie przyszedł/ nie napisał do nas: słuchajcie, „Farelka” jest super, a cała reszta do bani, zróbcie 10 takich fajnych piosenek, to będziemy działać. Zaś w całej naszej „karierze”, oprócz fanów, którzy dawali wyraz, że podoba im się to, co gramy i pomagali nam organizując występy, kupując demówki, zainteresowanie wydawnicze wyraził jedynie przedstawiciel Vivo Records; w kwestii dystrybucji ostatniej płyty i promocji zespołu pomógł nam Olaf Deriglasoff, a swoje zrobiła też obecność piosenki na składance Piotra Kaczkowskiego. Mówiąc oględnie, nie jest to skala popytu, która pozwalałby sądzić, że Kevin Arnold musi zaistnieć na rynku muzycznym (śmiech).

Żarłoczna tkanka rzeczywistości. To takie moje prywatne określenie na fakt, że praca, dom, życie osobiste wysysa z człowieka większość czasu i energii, zatem działalność hobbystyczna jest jedynie marginesem czasu wolnego, którym dysponujemy. A więc 4 członków zespołu (obecnie stanowimy kwartet z profesjonalnym gitarzystą i wokalistą Nicolasem Rougier), 4 rodziny, pięcioro dzieci, do tego trudny charakter basisty (śmiech) – wszystko to stwarza problemy organizacyjne, a gdzie tu znaleźć miejsce do dyskusji o kwestiach artystycznych?

Brak profesjonalnego wizerunku. Na przykład Nicolas nas ostatnio zaskoczył twierdzeniem, że na scenie powinniśmy jednak wyglądać w miarę estetycznie i ubierać się w jakimś konkretnym, ujednoliconym stylu, a nie od sasa do lasa. I on nam to mówi po 10 latach grania (śmiech). Jak sobie jeszcze uzmysłowić, że przez cały ten czas nigdy nie zrealizowaliśmy nagrań w profesjonalnym studio, nie mieliśmy sesji zdjęciowej, o teledysku nie wspominając, to nie wiem, jak ci wszyscy fani mogą mieć o nas pozytywne zdanie na podstawie trzech płyt demo. Należy im się szacunek. Więc odpowiadając na twoje pytania, to rzeczywiście obecnie niewiele robimy w kwestii swojej promocji, ja mam kilka innych projektów, zaś reszta ma dzieci, co załatwia sprawę.

Potencjał zespołu Kevin Arnold jest kwestią dyskusyjną, może gdybym miał głos jak Bono albo choćby wokalista KDZKPW (chłopcy nie omieszkają mi wypomnieć tego na każdej próbie) (śmiech), to z pewnością mielibyśmy szanse. Muszę się też zgodzić z Piotrem Kowalczykiem, że jestem raczej pozbawiony charyzmy prawdziwego lidera, koniecznej do dźwignięcia zespołu na wyższy poziom. Muzycznie czasami nawet dajemy radę, ale z przewrotnymi tekstami może być już problem. Jest taka anegdota, nagrywaliśmy uroczą balladę pod znamiennym tytułem “Św. granat z Antiochii na rzecz porozumienia palestyńsko-izraelskiego", gdzie tekst refrenu z czytelnym nawiązaniem (moim zdaniem), który miał być zaśpiewany anielskim szeptem, idzie tak: “gdy chcesz wyrzucić granat, wymówić musisz trzy, nie pięć, nie sześć nie dwa, lecz właśnie liczę trzy"; przy czym realizator mówi, że tekst mu się bardzo podoba, ale muszę go zaśpiewać bardziej dramatycznie, wczuć się w sytuację ludzi na tym terenie (śmiech). Osobiście jestem bezbronny wobec takich postaw. Więc nie spodziewam się, aby ludzkość zalegająca gdzieś w obszarze Wisły była na nas gotowa. Potrzebę zaistnienia mieliśmy w czasach wysyłania demówek pod wszelkie dostępne adresy, a teraz jesteśmy zmuszeni na patrzenia na te sprawy z dystansem (śmiech). Zatem nieumiejętność sprzedania się jest niejako istotą naszego istnienia, być może sukces mógłby nas odmienić w żarłoczne bestie, demony szołbizu, a wtedy nie wymyślalibyśmy przewrotnych kompozycji. Być może będzie tak, że w jakiś jubileusz zespołu Kevin Arnold nawet ustalimy jakieś nasze credo i porozumiemy się, jaki rodzaj muzyki właściwie gramy.

Ł.I.: Zgodzisz się, że w Polsce o wiele lepiej ma się tradycja brytyjska niż amerykańska (nawet jeśli nie w sensie geograficznym to estetycznym)? Amerykańskie indie, nie mówiąc już o scenie noise'owej, nigdy nie miało u nas takiego wzięcia jak niegdyś britpop a teraz całe brytyjskie noworockowe (nu-rave itd.) towarzystwo.

M.K.: Ja tę granicę podziału widzę nieco inaczej. Szczególnie uderzyło mnie to w przypadku polskiego grunge'u (obojętnie jak śmiesznie to zabrzmi). Choć zjawisko to było w Stanach nieostre i obejmowało wiele naprawdę różnych zespołów, to oprócz zwyczajnych zrzynaczy z Nirvany i jakichś pogrobowców usiłujących grać w stylu Pearl Jam (co głównie kończyło się na tym, że grano polski rock z lat 80, a wokalista śpiewał mając kluchy w buzi), na naszym gruncie kolosalną popularność zdobyło Alice in Chaince i Stone Temple Pilots, które właściwie nie były niezależnymi zespołami z kręgu grunge. U nas wyszła z tego prościutka przekładnia, że możemy grać metal, tylko wolniej i z innym wokalem. I niestety pierwsze płyty zespołu Hey są wieloletnim zasiewem takiego sposobu grania. Żeby chociaż ktoś przejął jakąś alternatywną gitarę z Soundgarden – to nie, spodobało się tylko „Black Hole Sun”, które równie dobrze mógłby wykonywać Perfect. Aaaaale, przecież Perfect to dobry zespół jest! Bowiem to czego zawsze u nas brakowało to rockowy rock'n'roll (nie mam na myśli zespołów z remizy grających covery Chucka Berry'ego) i klasyka amerykańskiego południa. Wymyśliłem taki frazes, że jedyne rock'n'rollowe zespoły w Polsce to Polanie, TSA i my (Kevin Arnold). Według mnie rock'n'roll to feeling i radość grania oraz przekonanie, że muzyka, która nie jest smutna, też jest formą sztuki. Dodatkowo mamy w Polsce wypaczone pojęcie dotyczące humoru w muzyce. Powiem to na przykładzie autentycznej anegdoty: na wczesnym etapie interesowania się muzyką i pożyczania kaset (znaliśmy już wtedy Mudhoney, heh), spytaliśmy znajomego metalowca, czy ma „coś z jajem”, jakąś muzykę inną od tradycyjnej łupaniny i wtedy przyniósł nam kasetę zespołu, którego wokalista charczał i chichotał na zmianę, a oprócz tego klasycznego łomotu istotnym elementem były odgłosy bekania i puszczania wiatrów. A przecież Zappa (choć to wyższa forma sztuki), bez humoru w samej muzyce pozostaje jedynie progresywno-rockowym wymiataczem. A nam chodzi o coś subtelnego, nieoczywistego, czasem tylko o uniesienie kącików warg.

Więc w mojej opinii nie jest to podział między brit-popem (raptem dwóch przedstawicieli Myslovitz vs. Rotary), a amerykańskim indie, tylko podział między muzyką poważną (czytaj: smutną) a niepoważną (wesołą).

Ł. I.: Dziękuję za rozmowę.