Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (131) / 2009

Janusz Paliwoda, Ignacy Karpowicz,

ŻEBY PRZEGRAĆ, TRZEBA SIĘ SPORO NAPRACOWAĆ

A A A
Z Ignacym Karpowiczem rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: Nad tą książką unoszą się kłęby dymu nikotynowego oraz opary kofeiny i alkoholu. Naprawdę do napisania „Gestów” nie potrzebowałeś niczego więcej poza papierosami, kawą, whisky i spojrzeniem w lustro?

Ignacy Karpowicz: Akurat z whisky i lustra nie korzystałem. Whisky nie lubię, a oglądanie własnego ciała nie dostarcza mi żadnej radości. Nie jest też źródłem cierpienia. Jest źródłem nudy. Nudna artystka pop Katarzyna Kowalska śpiewa nudną piosenkę „Oto ja”, no i właśnie tyle tylko mógłbym powiedzieć, patrząc na siebie w lustro: oto ja, flaki z olejem, nuda, nuda.

J.P.: Wiesz, dlaczego „Gesty” są tak wstrząsające? Bo pisałeś je sobą. Ta wiwisekcja musiała Cię sporo kosztować. Co musiałeś poświęcić, żeby ją spłodzić?

I.K.: Co musiałem poświęcić? Życie towarzyskie i życie osobiste. W sumie niewiele. Życie towarzyskie i osobiste zawsze się do człowieka przyplączą, tak czy siak. Wracają jak bumerang.

J.P.: Co poza pretensjonalnym językiem może utrudnić lekturę tej książki?

I.K.: Wydaje mi się, że najtrudniejsza i najbardziej ryzykowna jest konwencja, jeśli ktoś ją zaakceptuje, to książkę przeczyta. Jeśli kogoś konwencja powieści lekko trącącej „egzystencjalną” ramotą odrzuca, to nie potrzebuje wyszukiwać dodatkowych powodów, które lekturę mogłyby utrudnić: konwencja wystarczy.

J.P.: Powiedziałeś o swojej powieści: „Gdyby przeczytać ją jako sentymentalną historyjkę, to jest to potworny gniot” („Kurier Poranny”, 1.03.09). Wobec poprzednich swoich książek nie byłeś tak krytyczny...

I.K.: Mi się wszystkie moje książki przestają podobać z chwilą, gdy się ukazują. Względem „Gestów” jestem równie krytyczny, co względem „Niehalo”, może po prostu nie zdążyłem publicznie skrytykować swoich wcześniejszych utworów. A wracając do przytoczonych przez Ciebie słów: nie ma tekstu, który wszystkich czytelników by zadowolił, nawet Pismo Święte wywołuje w czytelnikach kontrowersje, także tych wierzących. A więc o „Gestach” można powiedzieć, że to gówno i gniot. I twierdzenie to uzasadnić. I będzie to prawda. Można też powiedzieć, że to świetnie napisana, poruszająca wiwisekcja. I uzasadnić. I to też będzie prawda. Teza i antyteza. Synteza niemożliwa.

J.P.: W rozmowie z „Kurierem Porannym” stwierdziłeś, że ta książka jest projekcją Twojej osobistej klęski, którą poniesiesz za kilka lat, ponieważ priorytetem jest dla Ciebie pisanie, a nie drugi człowiek. Brzmi to cholernie pesymistycznie. Co będzie po tej klęsce?

I.K.: Rzeczywiście, „Gesty” to taka biografia progresywna. To zapis osobistej klęski, na którą właśnie pracuję, podejmując takie a nie inne decyzje. Bo co do tego, że poniosę klęskę, nie mam żadnych wątpliwości. Ludzie zwykle przegrywają swoje życie. Nie ma powodu, żebym ja nie przegrał. A co następuje po klęsce? Nie wiem. Prawdopodobnie człowiek żyje dalej. A może umiera? Zapytaj mnie o to za dziesięć lat.

J.P.: Po raz drugi otrzymałeś nagrodę literacką prezydenta Białegostoku im. W. Kazaneckiego, m.in. za promowanie tego miasta. Ale przecież w „Gestach” nie wystawiłeś laurki stolicy Podlasia. Napisałeś, że jest to miasto, w którym wielokulturowość wypalono podczas wojny. Boli Cię utrata Twojego pierwszego języka?

I.K.: Laurki nie wystawiłem, bo z laurek człowiek wyrasta w przedszkolu, no chyba że potem idzie do PiS-u i wielbić musi każdym słowem boskiego Jaro. Jak nie wielbi, to zostaje takim Dornem. A teraz na poważnie, bo przecież polityka nie jest poważna – robię swoje, niektórym się to podoba, niektórym nie podoba. A co do utraty pierwszego języka – nie wiem, czy boli. Tyle rzeczy i narządów człowieka boli, że trudno się w tym bólu rozeznać, trudno przyporządkować konkretny ból konkretnemu źródłu. To oczywiście żart. Ale taki serio.

J.P.: Łemkowska chałupa w Myscowej istnieje naprawdę, czy ją wymyśliłeś?

I.K.: Istnieje.

J.P.: Ciekawi mnie, czy podobnie jak Twój bohater nauczyłeś się matematyki na cmentarzach?

I.K.: Chyba tak.

J.P.: Grzegorz mówi o sobie, że jest filetem z człowieka, ortodoksyjnie białym, bez kręgosłupa, kimś wyfiletowanym przez postęp cywilizacyjny. Też jesteś filetem?

I.K.: Mam nadzieję, że nie. Ja jeszcze nie zdążyłem różnych rzeczy spieprzyć. Jeszcze się staram i próbuję, nie jest mi wszystko jedno, więc chyba nie. Nie jestem filetem. Mam ości. Przynajmniej tę najważniejszą – w gardle.

J.P.: „Dobre życie, to zwyczajne życie”, mawiał ojciec Grzegorza, zgadzasz się z nim?

I.K.: Chyba muszę się z ojcem Grzegorza zgodzić. Nie widzę alternatywy. Chyba że taką: jedna z bohaterek mojej kolejnej książki opowiada się za aborcją przed czterdziestką i eutanazją po czterdziestce.

J.P.: W „Gestach” pojawia się sporo tytułów dzieł literackich, takich jak: „Zbrodnia i kara”, „Sto lat samotności”, „Kobieta z wydm”, „S@motność w sieci”, „Cztery kwartety” Eliota czy „Morze” Banville'a. Te utwory są Ci jakoś specjalnie bliskie, czy też pojawiły się przypadkiem i mógłbyś je wymienić na inne?

I.K.: Bliskie i raczej niewymienne z innymi, moim zdaniem wybitne, za wyjątkiem „S@motności w sieci”. To nie jest dzieło wybitne, a właściwie to literacka kupa, szczęśliwie niezbyt rozlazła, lecz ta kupa świetnie pewne rzeczy opisuje, jest cudowną egzemplifikacją sentymentalizmu, złego gustu, prostych potrzeb, komicznego w swej powadze cierpienia i tak dalej. Prowokacyjnie mógłbym powiedzieć, że książka Wiśniewskiego w niektórych fragmentach jest lepsza od „Zbrodni i kary”, no i krótsza. Wiśniewski, to nie ulega wątpliwości, miał lepszych redaktorów od Dostojewskiego.

J.P.: Nieodłącznym elementem Twojej prozy jest śmierć, ale Twoja najnowsza książka „Ballady i romanse" (tytuł roboczy) będzie o miłości, w którą wkraczają greccy bogowie. Zakończenie więc będzie tragiczne?

I.K.: Jakie będzie zakończenie, tego jeszcze nie wiem. Istnieje jednak ryzyko, że to nie zakończenie będzie tragiczne, lecz sama książka. W znaczeniu: chujowa. Ale cóż, żeby przegrać, trzeba się sporo napracować, nie ma to tamto, że hop siup i zmiana dup, jak w tej ludowej piosence.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 20.05.09