ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (131) / 2009

Marcin Wilk,

APETYT NA ŻYCIE

A A A
Będę szczery: nudzą mnie już wszystkie poważne krytyczne teksty i ślęczenie nad biurkiem z ostro zastruganym ołówkiem i plikiem samoprzylepnych karteczek, którymi gotów jestem zaznaczać co lepsze fragmenty. Dość już tego! Chcę niczym nieskrępowanej przyjemności czytelniczej. I dlatego właśnie tym razem – mimo iż do czynienia mam z dziełem literackim rangi światowej – ograniczę się do pienia historycznoliterackiego i odkrycia kontekstu tylko w dwóch, góra trzech akapitach. Przez resztę tego tekstu się pozachwycam. I zrobię to w imię niezwykłości książki, którą mam w rękach.

„Pokój Jakuba” – olśniewające dzieło Virginii Woolf, które u nas na fali nieco spóźnionego zainteresowania pisarką ukazuje się w znakomitym, jak zawsze, tłumaczeniu Magdy Heydel – w oryginalnej wersji pojawiło się w roku 1922. Przypomnijmy: to dokładnie ten sam rok, kiedy wyszły „Ulisses” Jamesa Joyce’a oraz „Ziemia jałowa” T.S. Eliota. Dwa flagowe, mężczyznami podlane, okręty literackiego modernizmu i przez wielu uznany za piracki statek Virginii, który pokazywał, że – wbrew niedawnym przekonaniom – kobiety to pisarki, które nie tylko w literaturze równe są mężczyznom, ale, co więcej, również ów męski świat narracji potrafią przepisać inaczej. Że uruchamiając inne punkty widzenia i nowe perspektywy, dokonują faktycznej rewolucji w literaturze. Ponowoczesna i świadoma zadań nie tylko literackich krytyka nazwałaby to kwestią feministyczną. Ale choć szeroko pojęte sprawy kobiecości istotnie odgrywały w tym przypadku kluczową rolę, nie wyczerpywały one bogactwa, które niosła ze sobą nowość i świeżość prozy Woolf. Wiedzą o tym doskonale historycy modernizmu, którzy wskazywali na doskonałość i zarazem oryginalność techniki pisarskiej urodzonej w 80. latach XIX wieku prozaiczki i krytyczki.

Poziom równania „Pokoju Jakuba” do innych, doniosłych tekstów światowej kultury nowoczesnej, to tylko jedna część cudownej historii Virginii W. Jest przecież także kontekst osobisty, wzajemnego oświetlania się utworów Woolf. Gdy ukazywał się „Pokój Jakuba”, pisarka miała 40 lat. Mimo tego zalicza się ten tekst do jednej z pierwszych, niemal juwenaliowych prac Woolf. Wcześniej ukazały się „The Voyage Out” (1915) oraz „Night and Day” (1919). Innowacyjność i specyficzny sposób prowadzenia narracji – eksperymentowanie z odbiorczą perspektywą i pozycją opowiadającego historię – były zapowiedzią stylu, który pisarka udoskonali w swoich późniejszych, najbardziej znanych dziełach, czyli „Pani Dalloway”, „Do latarni morskiej” i „Falach”. „Pokój Jakuba” jako punkt przełajowy na drodze do formowania się dojrzałego kształtu tej twórczości może być w ten sposób niezwykłym doświadczeniem czytelniczym.

Krytyka anglosaska przyjęła odczytywać tekst Virginii Woolf m.in. jako opowieść o męskości i wojnie. Tłem wydarzeń, o których pisze prozaiczka, jest śmierć i zniszczenie, niepotrzebne i potworne, a także na wskroś nieludzkie, bo związane z walka zbrojną. Tytułowy bohater książki, Jakub Flanders, ginie w czasie I wojny światowej. Opowieść o nim to jednak nie hymn ku ofiarności, jaką składa mężczyzna w imieniu wyższej (?) idei, ale smutek i bezradność, które zawsze towarzyszą bezsensownej utracie. Roztacza je narratorka, oświetlając bohatera poprzez inne charaktery i ich przedwojenne dzieje. Co jednak najważniejsze może, Woolf po raz kolejny jawi się jako mistrzyni przechwytywania tego, co ulotne – chwil, wspomnień, zapachów, wrażeń i wielu milionów spraw, które wykrawa z uniwersum, idąc pod prąd wielkim tematom i ideom, które zarezerwowały sobie prawa do miana ponadczasowych toposów w światowej kulturze. Ale tu już, paradoksalnie, zaczyna się moment, w którym muszę zacząć swoją prywatną, w małym stopniu zmąconą oglądaniu się na Wielką Historię lekturę.

Bo też i Virginia Woolf jest dla mnie odkrywczynią małych złudzeń rzeczywistości, które pieczętuje piórem. Te złudzenia to czasem zapach, czasem dźwięk, a czasem odkrycie dziwnych prawd, na które – bezszelestnie przyjmując aksjomaty poznawcze – nie pozwolilibyśmy sobie w Życiu. Słowa jednego z bohaterów – „Coś takiego jak cisza nie istnieje. Teraz słyszę ze dwadzieścia różnych dźwięków, nie licząc waszych głosów” – to jedna z wielu ilustracji tego, o czym przed chwilą napisałem. Łowcy skarbów doświadczenia będą się w tym względzie lekturą Woolf rozkoszować bez pamięci. Na każdej stronie tej książki znajdziemy tchnienie drobnych radości i smutków, odwracania uwagi od rzeczy utrwalonych i przesuwania akcentów ku temu, co często nieogarniane, czasem po prostu mocno niepraktyczne, ale kuszące powabem kruchości. A to tylko jedna z uwag, jakie można poczynić o tym sposobie narracji.

Punkt widzenia tej narratorki to jednak nie tylko zmysłowa zabawa w kolekcjonowanie. To często również złośliwa przewrotność, na którą natkniemy się na przykład przy okazji, gdy Woolf pisze o szacownym Cambridge: „Tylko popatrzeć na te wydęte togi, jak beztrosko zmierzają na nabożeństwo, jakby całkiem pozbawione ciężaru i cielesności. Jakie rzeźbione twarze, jaka w nich pewność, autorytet trzymany w ryzach przez pobożność, chociaż pod togami kroczą ciężkie buty. W jakiej uporządkowanej procesji podążają! Grube, woskowe świece stoją równo, młodzieńcy w białych szatach podnoszą się z miejsc, a usłużny pulpit czeka z gotową do wglądu wielką, białą księgą”.

Dla Woolf pisanie było, jak wiadomo, projektem życiowym. Przechwytywanie błahości istnienia stanowiło wymówkę do tego, by odszukać swojego domu w języku. To zresztą coś, co przekonuje najbardziej bodaj w „Dziennikach” Woolf – dokumencie, który najmocniej i na różnych poziomach przypomina o tym, jak życie splata się ze sztuką, a język tak samo bywa klatką, w której można uwięzić rzeczywistość, jak i kratami, za którymi łatwo odgrodzić się od świata. Pytania o granicę między literaturą a życiem są odwieczne. Wiadomo. Dla mnie jednak Wooolf jest jedną z tych autorek, przy której chce mi się je nieustannie, poważnie, na nowo zadawać.

Dodam więc może jeszcze tylko, że „Pokój Jakuba”, utrzymując narrację na poziomie widzialności świata przez pryzmat błysków, równolegle zdaje się gasić nadzieje o sprawiedliwości i szczęściu. Zderzenie pacyfistycznych przekonań, które pulsują w postawach niektórych bohaterów/bohaterek, z okrutnym losem, który robi swoje bez względu na oczekiwania niektórych, to dowód bolesnej uważności Woolf. Pisarka ta, wbrew temu, co chcieliby sądzić o niej niektórzy, doskonale bowiem zdawała sobie sprawę z ponurych praw, jakie rządzą światem. Jej pasja obserwacji, momentalnie obsuwająca się ku szaleństwu kolekcjonowania wrażeń absolutnie wszystkich, to wyzwanie, jakie rzuca ona każdemu czytelnikowi, nie pozwalając na powierzchowne traktowanie nie tylko tekstu. Mówi ona niejako tak: „Możecie błądzić, możecie nie mieć racji, możecie nawet nie precyzyjni być. Pycha bycia człowieka nie polega na tym, że należy kończyć zadania. Prawdziwa pycha bycia człowiekiem to odwaga patrzenia ostrego i przejrzystego. I życia dalej – pomimo tego, że kres jest nieuchronny i w każdej chwili może nas zaskoczyć”. Głęboki pesymizm bije z tego, co tu piszę. Owszem. Ale pesymizm to dobry start, by zacząć widzieć rzeczy w innym świetle. W świetle lepszym. Mimo wszystko.

Trudne zadanie. Ale „Pokój Jakuba” Woolf nie jest łatwą książka ani dla chłopców lubiących zabawę ołowianymi żołnierzykami, ani dziewczynek strojących lalki. To silny kop do tego, by przestać czekać na śmierć i zacząć żyć.
Virginia Woolf, „Pokój Jakuba”. Tłum. Magdalena Heydel. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2009.