Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (131) / 2009

Magdalena Kempna-Pieniążek,

KULTOWE, TĘCZOWE

A A A
Przyzwyczailiśmy się już do tego, że głównym sygnałem kultowości znacznej części prezentowanych w ramach Festiwalu Filmów Kultowych dzieł jest… nazwa festiwalu. Organizatorzy tłumaczą się na swojej stronie internetowej ze specyficznego rozumienia pojęcia filmu kultowego („Dla nas film kultowy oznacza po prostu film cieszący się specjalnym uznaniem i entuzjazmem widowni”) i mają do tego oczywiście prawo, zwłaszcza że przyświecająca im idea jest godna pochwały, a sam festiwal to wydarzenie o niebagatelnym znaczeniu. Nie zmienia to jednak faktu, że kino kultu jest zjawiskiem nie dość, że mocno osadzonym w historii kina, to jeszcze rzetelnie zdefiniowanym i naukowo opracowanym. Bez odwołania do idei filmu kultowego trudno wyjaśnić specyfikę dokonań niektórych amerykańskich postmodernistów, na przykład Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, nie wspominając już o fenomenie takich obrazów jak „The Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana (1975).

Stwierdzić, że „Faraon” (1966) Jerzego Kawalerowicza jest dziełem kultowym, to tak jakby powiedzieć, że jednym z najbardziej kultowych polskich utworów literackich jest „Bogurodzica”. To, że jakieś zjawisko cieszy się „specjalnym uznaniem i entuzjazmem widowni”, nie oznacza jeszcze, że jest ono kultowe. A może właśnie jest? Na dobrą sprawę wiele by nam to ułatwiło: „M jak miłość” okazałoby się wówczas kultowym polskim serialem, „You Can Dance” – kultowym programem rozrywkowym, „Teleexpress” – kultowym serwisem informacyjnym, Telewizja Trwam (wszak i ona ma swych entuzjastów, i to jakich!) – kultową stacją telewizyjną, „Pan Tadeusz” – kultową (już nie narodową) polską epopeją, a „Etiuda rewolucyjna” – najbardziej kultową kompozycją Fryderyka Chopina.

Ze zjawiskiem kultu nie sposób utożsamić ani klasyki, ani tak zwanego mainstreamu. Sięganie po dzieła z tych kategorii organizatorzy festiwalu uzasadniają funkcją edukacyjną i naprawdę chwała im za to, że próbują zwrócić uwagę dzisiejszej – co tu dużo mówić – dość zblazowanej publiczności na perły kina śląskiego, wybitne dzieła kinematografii europejskiej czy znaczące adaptacje literatury. Tyle że kino kultu – jeśli rozumieć je zgodnie z definicją – z edukacją nie może mieć nic wspólnego, z zasady bowiem rodzi się tam, gdzie pojawia się dążenie do obalania (albo chociaż omijania szerokim łukiem) pewnych norm społecznych, obyczajowych, politycznych czy estetycznych.

Może zresztą nie tyle o prezentację filmów kultowych chodzi, co o stworzenie okoliczności, w których dane dzieło mogłoby stać się kultowe? Wyobrażam sobie fanatyków „Faraona” spotykających się nocami w jakimś małym kinie, po to, by oglądając po raz setny dzieło Kawalerowicza powtarzać na głos najbardziej „kultowe” kwestie Ramzesa XIII. Powiedzonka Osła ze „Shreka” mają cechy kultowości, jako że w swoim czasie były rozpoznawalne i włączane w codzienne rozmowy. Serio, serio! Danuśkowe „Mój ci on” z „Krzyżaków” na taką karierę mogło liczyć jedynie w latach dziewięćdziesiątych jako składnik reklam telewizyjnych jednego z proszków do prania.

W sposób niewybredny „czepiam się” tu oczywiście pewnych niuansów definicyjnych, podczas gdy Festiwal Filmów Kultowych to wydarzenie istotne, wręcz bezcenne, od dwunastu lat dające widzom wiele okazji do dyskusji i spotkań przy okazji projekcji dzieł tak różnorodnych, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Skoro jednak gra idzie nie tylko o zabawę, ale i o edukację, to może warto wykorzystać tak fenomenalną okoliczność jak coroczna edycja festiwalu, by wyedukować publiczność w kwestii kilku pojęć filmowych?

Weźmy na przykład kino gejowskie. W ramach tegorocznej edycji festiwalu pojawił się cykl o wdzięcznej nazwie „Tęczowe love”, obejmujący filmy opowiadające o – jak to się mówiło w erze poprzedzającej dobę ekspansywnej poprawności politycznej – „kochających inaczej”. Warto stwierdzić od razu: z prezentowanych w ramach cyklu filmów (pomijam tu „Inne spojrzenie”, jedyny w tym programie obraz dotyczący relacji lesbijskiej) w definicję kina gejowskiego wpisuje się w zasadzie tylko „Prawo pożądania” (1987) Pedro Almodóvara, w którym Antonio Banderas, jeszcze sprzed czasów swego wizerunku symbolu (hetero)seksu ukonstytuowanego w „Desperado” (1995) i potwierdzonego w dziesiątkach filmów, łącznie z „Maską Zorro” (1998), jako opętany żądzą gej atakuje zmysł wzroku swoimi kwiecistymi koszulami i fryzurą bazującą na brylantynie. Charakter scen erotycznych zaprezentowanych w filmie znacznie wykracza poza to, co współczesne kino mainstreamowe, otwierające się coraz częściej na motywy miłości homoseksualnej, jest skłonne widzowi pokazać. „Prawo pożądania” to kino radykalne i to zarówno w perspektywie mówienia o mniejszościach seksualnych, jak i w kwestii formy, stanowiącej – jak to zwykle u Almodóvara bywa – polemikę, a zarazem przewrotną grę z utrwalonymi w kinie sposobami snucia narracji, konstruowania fabuły i wprowadzania bohaterów. Autentyczne kino gejowskie – reprezentowane chociażby przez Rainera Wernera Fassbindera, Dereka Jarmana czy Terence’a Daviesa – stanowi skandal (bynajmniej nie w negatywnym tego słowa sensie!) nie tylko obyczajowy, ale i (przede wszystkim?) estetyczny. Wszak mówienie o inności, odrębności, wyalienowaniu wymaga środków innych niż te, które oferuje ugruntowane w konserwatywnych normach społecznych kino głównego nurtu.

Do kategorii kina gejowskiego nie można z pewnością zaliczyć „Tajemnicy Brokeback Mountain” (2005). Swego czasu słusznie podawano w wątpliwość tezę, że film Anga Lee, opowiadający o związku dwóch młodych kowbojów, jest w ogóle filmem o gejach. Określenie „gej” zakłada przecież pewien poziom samoświadomości, tymczasem Ennis (Heath Ledger) i Jack (Jake Gyllenhaal) nie tylko utrzymują, ale i wierzą, że ich preferencje seksualne na ogół nie odbiegają od przyjętej społecznie normy. Miłość, która ich łączy, spada na nich zupełnie niespodziewanie i wydaje się mieć niewiele wspólnego ze świadomą akceptacją własnego homoseksualizmu. Wielkim atutem filmu Anga Lee jest mówienie o związku bohaterów w kategoriach uniwersalnych, nie jako o miłości gejów, ale o miłości w ogóle, z takimi jej atrybutami jak fascynacja erotyczna, wzajemne porozumienie, intymność, zazdrość, tęsknota. Z pewnością niewielu twórców w ostatnich latach zrobiło tyle, co Ang Lee, by w sposób subtelny wyjaśnić widzom wywodzącym się z różnych środowisk, że pomiędzy osobami tej samej płci może się narodzić uczucie posiadające cechy, które oficjalne dyskursy kultury, w tym sztuka, przez wiele stuleci rezerwowały wyłącznie dla relacji damsko-męskich.

Nie jest filmem gejowskim także kolejne wybitne dzieło prezentowane w ramach festiwalu, „Daleko od nieba” (2002) Todda Haynesa ze świetną kreacją Julianne Moore. Tutaj z kolei wątek homoseksualizmu męża głównej bohaterki włączony zostaje w szerszy dyskurs o odmienności i inności w ogóle. Nawiązując do najlepszych tradycji „stylu zerowego” (akcja filmu toczy się w latach pięćdziesiątych XX wieku), reżyser opowiada o tym, co amerykańskie kino klasyczne świadomie eliminowało z obszaru swojego zainteresowania. Na pierwszy plan w „Daleko od nieba” wysuwa się tutaj nie tyle wątek homoseksualisty Franka (Dennis Quaid), co subtelnej i romantycznej więzi łączącej Cathy Whitaker (Julianne Moore), wzorcową gospodynię domową, żonę i matkę, z czarnoskórym ogrodnikiem Raymondem (Dennis Haysbert). „Daleko od nieba” to wypowiedź o społecznym ostracyzmie i dążeniu do eliminowania wszystkiego, co inne, nie-swoje, obce. Niemniej jednak jest to również ciekawy materiał w świetle rozważań o tym, w jaki sposób problemy związków homoseksualnych znajdują sobie miejsce w kinie głównego nurtu. Tak samo zresztą jak kolejny, nie tyle wybitny, co głośny głównie za sprawą oscarowej kreacji Seana Penna, „Obywatel Milk” (2008).

Również i o tym filmie można powiedzieć, że nie jest dziełem gejowskim, co w tym przypadku może dziwić, gdyż jest to obraz o gejach nakręcony przez geja. Dzieło Gusa Van Santa jest mocno uwikłane w ideologię. Można powiedzieć, że reżyser tworzy swego typu dzieło hagiograficzne, opowiadając o charyzmatycznym działaczu gejowskim z lat siedemdziesiątych za pomocą środków charakterystycznych dla filmów religijnych o Janie Pawle II czy Popiełuszce – patosu, metafory, symbolu i czarno-białej wizji świata. Nie ma wątpliwości, kto tu jest dobry, a kto zły. Ci, którzy nie zgadzają się w pełnej rozciągłości z postulatami Milka, okazują się albo fanatykami w fazie głębokiego skretynienia, albo potencjalnymi szaleńcami-desperatami. Van Sant ociera się w ten sposób niebezpiecznie o manipulację widzem charakterystyczną dla twórców takich jak Michael Moore i w zasadzie sam szkodzi własnemu dziełu. Trudno uzasadnić sięganie po poetykę ideologicznej agitki w przypadku dzieła takiego jak „Obywatel Milk”. Słuszność sprawy, o którą walczy bohater, jest tak oczywista dla każdego w miarę tolerancyjnego widza, że nie trzeba jej jeszcze podkreślać przez kreowanie karykaturalnych postaci antagonistów. W efekcie Harvey Milk zostaje przedstawiony jako męczennik poświęcający dla sprawy nie tylko swoje szczęście osobiste (jego związki kończą się źle, jeden z nich nawet tragicznie), ale i życie (nagrywane przez niego wyznanie wskazuje na to, że bohater wie, co może go spotkać). Kończąca film scena marszu sunącego majestatycznie ulicami San Francisco po śmierci bohatera atakuje widza patosem, razi oczywistością, ale i stanowi wyraźny sygnał: ruch gejowski także ma swoje ikony.

Otwarte mówienie o homoseksualizmie w kinie głównego nurtu dowodzi, że społeczność globalnej wioski coraz szerzej akceptuje postawy odbiegające od tego, co jeszcze nie tak dawno temu wydawało się obowiązującą normą. I dobrze. Nie chcąc jednak podrażnić ran nie do końca jeszcze może zabliźnionych, kino wprowadza wątki homoseksualne w sposób bardzo oględny, wręcz subtelny. Na podobnej chyba zasadzie organizatorzy Festiwalu Filmów Kultowych pominęli w cyklu „Tęczowe love” niszowe i radykalne filmy gejowskie. A szkoda, bo oprócz kontrowersyjnego wciąż jeszcze dla polskiego społeczeństwa tematu niesie ono wiele interesujących rozwiązań estetycznych.
„Prawo pożądania” („La ley del desero”). Scen. i reż.: Pedro Almodóvar. Obsada: Antonio Banderas, Carmen Maura. Gatunek: dramat. Hiszpania 1987, 102 min. „Daleko od nieba” („Far from Heaven”). Scen. i reż. Todd Haynes. Obsada: Julianne Moore, Dennis Quaid, Dennis Haysbert. Gatunek: dramat. Francja / USA 2002, 107 min. „Tajemnica Brokeback Mountain” („Brokeback Mountain”). Reż.: Ang Lee. Scen.: Diana Ossana, Larry McMurty. Obsada: Heath Ledger, Jake Gyllenhaal. Kanada / USA 2005, 134 min. „Obywatel Milk” („Milk”). Reż. Gus Van Sant. Scen.: Dustin Lance Black. Obsada: Sean Penn, Josh Brolin, Diego Luna, James Franco. Gatunek: dramat. USA 2008, 128 min.