Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (131) / 2009

Magdalena Widuch, Filip Cembala, Anna Miozga,

JEST TEN TYLKO DZIEŃ

A A A
Z Filipem Cembalą rozmawiają Anna Miozga i Magdalena Widuch.
Anna Miozga, Magdalena Widuch: Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie związane ze śpiewaniem?

Filip Cembala: Miałem chyba trzy lata, byliśmy nad morzem na wakacjach. Pamiętam siebie śpiewającego na jakimś konkursie piosenkę „Jestem sobie ogrodniczka, mam nasionek pół koszyczka” – myślę, że to był przełom w moim życiu. Wtedy uświadomiłem sobie, że śpiewanie żeńskich partii to jest to, co lubię (śmiech).

A.M., M.W.: No właśnie, Angel – postać, którą grasz w musicalu „Rent” – Twoja pierwsza duża rola i od razu trudne zadanie aktorskie: zagrać geja, drag queen, do tego osobę chorą na AIDS..., to duże wyzwanie.

F.C.: Tak, owszem, choć z drugiej strony Angel to bardzo wdzięczna postać do grania. Trzeba by się bardzo postarać, żeby tę rolę zepsuć. Aczkolwiek przyznam, że jest napisana już na granicy, po przekroczeniu której łatwo uczynić z niej postać jedynie komediową. Moim założeniem nie było granie transwestyty, a kobiety, która jest niezwykle dobrym i wrażliwym człowiekiem, ale uwięzionym w ciele mężczyzny. Poznajemy ją jako mężczyznę, przez chwilę jawi nam się jako showmanka, później widzimy normalną dziewczynę w codziennym życiu, by na koniec poznać smutne oblicze zabijającej ją choroby. Wszystkie wyrzeczenia, które musiałem podjąć były tego warte, bo ja po prostu bardzo lubię Angel.

A.M., M.W.: Przygotowując się do roli oglądałeś na pewno film, może inne wersje teatralne. Jak budowałeś swoją postać?

F.C.: Widziałem rewelacyjną wersję filmową, chorzowski spektakl również. Raz w życiu byłem na występie drag queen, ale byłem nim zdegustowany. Wielką pomocą służyły mi koleżanki z zespołu, szczególnie Magda Smuk i jej bezcenne wskazówki typu „nie uginaj kolan”, „zepnij pośladki”, „łopatki razem”, „wyprostuj plecy”. Skłamałbym mówiąc, że sam zbudowałem tę postać. Wszyscy bardzo mi pomagali, dopingowali, nigdy nie usłyszałem żadnej uszczypliwej uwagi. Tak więc, wiele czynników wpłynęło na to, że ta postać jest taka, jaka jest.

A.M., M.W.: Anna Dymna powiedziała kiedyś, że instrumentem, na którym gra aktor jest on sam, jego myśli, przeżycia i doświadczenia; że pomimo, iż sztucznie uruchamia te wszystkie emocje, które w nim są, to jednak czerpie ze swojego wnętrza. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

F.C.: Nie śmiałbym nie zgodzić się z takim autorytetem. Natomiast u mnie to wszystko jest jeszcze w fazie początkowej. Aktor byłby nieautentyczny, gdyby nie przefiltrowywał przez siebie pewnych rzeczy – musi się podpierać tym, jaki jest, swoimi cechami charakteru. Cieszę się z tej niełatwej roli, bo wyzwania wpisane są przecież w ten fach. Gdybym szedł po najmniejszej linii oporu, to mam wrażenie, że ten zawód straciłby dla mnie sens.

A.M., M.W.: To ile jest Filipa Cembali w Angel?

F.C.: Moi znajomi twierdzą, a ja się z tym zgadzam, że bardzo dużo. Nie jestem normalnym człowiekiem, przestałem się oszukiwać już dawno temu. Myślę, że dzielimy wspólną energię i dystans do siebie, ale oczywiście ja musiałem się tego długo uczyć, a Angel zawsze miała to w sobie. Nie wiem czy jestem tak odważny jak ona. To, w jaki sposób się wypowiada, jak się zachowuje, jej dystans do tego, co ją otacza i jak bardzo liczy się dla niej to, by jej bliscy byli szczęśliwi. Tak, dużo dałem tej postaci z siebie. Myślę, że takie jest prawo początkującego aktora, który jeszcze nie za bardzo potrafi oddzielić czerpanie z siebie od grania sobą. Podobieństw jest więc między nami dużo, choć może ja rzadziej chodzę w sukienkach (śmiech).

A.M., M.W.: Kończysz właśnie Studium Wokalno-Aktorskie przy gdyńskim Teatrze Muzycznym, studiujesz na I roku w katowickiej Akademii Muzycznej na kierunku wokalistyki jazzowej. Co Cię bardziej pociąga – teatr czy jednak muzyka?

F.C.: Jestem tworem eklektycznym. Z teatrem i wokalistyką spotykam się gdzieś w połowie drogi. Kiedyś śpiewanie było całym moim życiem, nie wyobrażałem sobie, że mógłbym robić cokolwiek innego. Potem, jeszcze w czasach liceum, trafiłem na przesłuchania do „Romea i Julii” Józefowicza i do „Tańca wampirów” w warszawskiej Romie. Poznałem świat musicali i zrozumiałem, że z niczego nie muszę rezygnować, wręcz przeciwnie, mogę połączyć swoje pasje – śpiew, aktorstwo i taniec. Cztery lata spędzone w studium w Gdyni uważam za najlepszy okres swojego życia. I pomimo tego, że studia w Katowicach są tymi wymarzonymi, to wiem, że samo śpiewanie już mi nie wystarcza.

A.M., M.W.: Chciałbyś w przyszłości wrócić do Gdyni i związać się z Teatrem Muzycznym?

F.C.: Teatr im. Baduszkowej jest jednym z najlepszych polskich teatrów muzycznych. Być może kiedyś będzie mi dane tam popracować, ale na razie pakuję walizki i w drogę. Czuję, że muszę stamtąd wyjechać. Odetchnąć głęboko i spróbować swoich sił w innym miejscu. Jestem jeszcze w takim wieku, że ciągle mogę popełniać błędy, doświadczać nowych rzeczy, i dopóki nic mnie nigdzie nie wiąże, nie trzyma na stałe, to chcę próbować. Bardzo tego chcę. Prowadzę więc, jak mawia moja babcia, cygańskie życie. Wiem natomiast, że Gdynia jest moim miejscem na ziemi i kiedyś na pewno tam wrócę.

A.M., M.W.: W porównaniu z Wielką Brytanią, w której odtwórcy głównych ról w musicalach Andrew L. Webera funkcjonują jako gwiazdy, wypadamy dość blado…

F.C.: Dokładnie. Kilka miesięcy temu miałem okazję być na West Endzie. Zobaczyłem „Upiora w operze”, produkcję z 1986 roku. Niesamowity klimat teatru, w którym od 23 lat gra się, przy pełnej sali jeden spektakl. Drugim przedstawieniem, jakie widziałem był „Król Lew” – szczęka opada z wrażenia. Olbrzymia produkcja, przedsięwzięcie u nas nadal niewyobrażalne. Choć nie można zapominać, że w grę wchodzą tu różnice kulturowe. Tam ludzie są na musicalach wychowani i nie można oczekiwać, że w kraju o innych tradycjach teatralnych musical będzie równie popularny. Bardzo powoli idziemy w dobrą stronę, ale miną lata zanim będziemy mogli porównywać nasze produkcje do tych zachodnich. Nawet nie tyle chodzi o brak pieniędzy, co o brak dobrych, ciekawych pomysłów, rozwiązań zarówno technicznych jak i inscenizacyjnych. Przybywa za to coraz więcej fachowców w tej dziedzinie i wierzę, że wszystko jest kwestią czasu. Przede wszystkim dyrektorzy teatrów muzycznych powinni mieć więcej odwagi w dobieraniu repertuaru. Dyrektor Maciej Korwin wykazał się dużym zaufaniem wystawiając „Francesco” w reżyserii Wojtka Kościelniaka. Musical jest hitem Baduszkowej i, co ważne, jest w całości polskim dziełem, a nie kolejną wersją zachodniego spektaklu.

A.M., M.W.: Wrocławski Teatr Capitol też słynie z oryginalnych pomysłów. „Scat” czy chociażby coraz głośniejsze produkcje w ramach Przeglądu Piosenki Aktorskiej – im odwagi nie brakuje.

F.C.: To prawda. Widziałem ich „Śmierdź w górach” i „Rzecze Budda Chinasky” – fenomenalne spektakle, które ekipa z Capitolu sama pisze i reżyseruje. To dobrze wróży na następne lata. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że wystawianie wielkich światowych tytułów jest gwarancją sukcesu frekwencyjnego i kasowego, ale przecież nie to jest najważniejsze.

A.M., M.W.: Wracając do Szczecina – trudno nie zauważyć, jak zgraną paczkę tworzycie. To bardzo pozytywnie wpływa na odbiór spektaklu. Jak udało wam się osiągnąć taką więź?


F.C.: Zaczęło się już na jednej z pierwszych prób muzycznych. Utworem, który rozczytywaliśmy był główny motyw musicalu, „Seasons of Love”. Pamiętam nasze reakcje, gdy zaśpiewaliśmy to po raz pierwszy. Wszyscy mieli ciarki, wielu z nas się popłakało. I już wtedy wytworzyła się jakaś nić porozumienia między nami. Zabawy integrujące wymyślane przez reżysera, Andrzeja Ozgę, również pomogły nam się do siebie zbliżyć. Tomasz Tworkowski, choreograf, prowadził z nami ćwiczenia, podczas których łamaliśmy bariery fizyczno-psychiczne. Trzeba było na przykład osobę, którą znamy zaledwie tydzień, dotykać po plecach czy tyłku, złapać za kolano. To były bardzo sensualne zajęcia.

Zresztą, wszyscy mamy ogromny sentyment do tego materiału, jest on tak naszpikowany emocjami, tymi pozytywnymi, ale też i smutnymi. Nie jest to typowy musical, nie tylko bawi, ale traktuje o bardzo ważnych rzeczach. Jest naprawdę o czymś, od początku do końca. Więc naturalną siłą rzeczy, emocje w nim zawarte udzielały nam się na próbach. Pamiętam premierę, gdy w scenie finałowej, w której muszę tylko kilka razy zaśpiewać „Jest ten tylko dzień”, wyszedłem i zacząłem „Jest ten ty…” i dalej nie byłem w stanie nic z siebie wykrztusić ze wzruszenia. W tamtej chwili poczułem, że właśnie urodziliśmy wspólne dziecko i jak wiele temu musicalowi z siebie dałem. Nawet teraz mam ciarki, gdy o tym mówię. Kończymy właśnie pierwszy sezon wspólnego grania, przed nami kolejny. Staliśmy się wspaniałą grupą przyjaciół. I choć kiedyś nasza przygoda z „Rent” dobiegnie końca, ta przyjaźń nam zostanie, a w tak małym środowisku teatralnym, na pewno będziemy potykali się o siebie jeszcze wiele razy. Choć szansa, że przy innym projekcie powtórzy się to, co mamy tutaj, jest niewielka.

A.M., M.W.: Sądzisz, że „Rent” jest skierowany głównie do młodej widowni? Że jest w stanie nauczyć nas większej tolerancji i akceptacji dla tego, co inne?

F.C.: Żeby „Rent” miał takie oddziaływanie, musiałby być wystawiany w Warszawie i być poparty odpowiednią promocją. Wtedy miałby szansę dotrzeć do większej publiczności, wzbudzić trochę kontrowersji. Pamiętam, że filmowa wersja musicalu nie została nawet puszczona w polskich kinach. Świadczy to o tym, że ciągle jesteśmy totalnym zaściankiem. To się oczywiście zmienia, ale bardzo powoli. Natomiast nie powiedziałbym, że „Rent” jest tylko dla ludzi młodych. Owszem, na szkolnych spektaklach czuję pozytywną energię płynącą do nas od młodej widowni, ale staram się nie generalizować. Ten spektakl jest dla wszystkich, którzy chcą coś przeżyć, którzy potrzebują tchnienia nadziei, bo tak naprawdę jest to spektakl o nadziei. O tym, że w obliczu choroby i życiowych tragedii można być uśmiechniętym, po prostu szczęśliwym. Że nie warto rozpamiętywać przeszłości, bo to może być zgubne. Żyjąc tym, co było, nie dajemy szansy temu, co może być. Trzeba żyć chwilą, tym, co jest tu i teraz. I to jest motto tego musicalu: „Jest ten tylko dzień!” – żyj tym co masz, bo jutro może cię już nie być. To istota nie tylko tego spektaklu, ale po prostu całego ludzkiego życia.

A.M., M.W.: Dziękujemy za romowę.