Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (131) / 2009

Łukasz Iwasiński,

KOSMICZNE DISCO LINDSTRØMA

A A A
Hans-Peter Lindstrom “Where You Go I Go Too”. Isound, 2008.
Zimny norweski klimat jednych prowokuje do tworzenia lodowatych impresji (vide Biosphere), innych – wręcz przeciwnie – natchnionej słoneczną psychodelią mieszanki electro-disco-house'u. Ciepłe, subtelnie pobudzające dźwięki Lindstrøma i Prinsa Thomasa wydają się służyć odreagowaniu rodzimego surowego krajobrazu i mroźnej aury. Duet wydał właśnie drugi wspólny album, zatytułowany „II”

Hans-Peter Lindstrøm na elektronicznej scenie pojawił się na początku dekady. W 2002 roku powołał do życia oficynę Feedelity. Szybko stał się rozpoznawalny w klubowym światku, zarówno jako producent, jak i autor remiksów (w tej roli współpracował m.in. z LCD Soundsystem czy Franzem Ferdinandem). Dwunastką „I Feel Space” wyrobił sobie solidną renomę w didżejskich kręgach. Dziś nie jest już kojarzony ze stricte parkietowymi bangerami, ale jego wczesne dokonania miały bardziej klubowy sznyt. Zresztą Lindstrøm niejednokrotnie podkreślał, że zanim zaczął produkować muzykę, niewiele miał do czynienia z typowo taneczną twórczością, przyznawał się raczej do rockowego, a nawet country'owego backgroundu. Nadal twierdzi, że inspiruje się głównie muzyką z lat 60. 70. i 80. XX wieku, a we własnych poszukiwaniach interesuje go przede wszystkim melodia; rytm jest wobec niej wtórny.

Od połowy poprzedniej dekady grał na gitarze (której dźwięki cały czas pojawiają się na jego płytach) i klawiszach, a elektroniką zajął się na przełomie wieków, gdy kupił pierwszy sampler. Debiutancką dużą płytę Lindstrøm firmował wspólnie z Prinsem Thomasem (za tytuł posłużyły po prostu artystyczne aliasy twórców). Już tamten materiał ujawnił elementy, za które jedni Skandynawa uwielbiają, a inni nie znoszą. Czym tak spolaryzował opinie? Na albumie spotykały się niespieszny, funkujący bas, pasaże zdradzające nostalgię za ejtisowym synthpopem, chwytliwa acz naiwna, nierzadko melancholijna melodyka, wywołujące skojarzenia z soft rockiem harmonie, folkowa rześkość i ambientowa przestrzeń. Zwolenników Norwega urzekła ta – jak twierdzili – ciepła elektronika z duszą, natomiast przeciwnicy nie zostawili suchej nitki na – ich zdaniem – miałkich dźwiękowych pejzażach, które momentami dawały wyobrażenie jak mógłby brzmieć tandetny remiks „Dzwonów rurowych” Mike'a Oldfielda.

Pierwszy sygnowany wyłącznie nazwiskiem Lindstrøma long, „It's A Feedelity Affair” (gwoli ścisłości – zbiór wydanych dotychczas dwunastek), przyniósł jeszcze wyraźniejsze odwołania do lat 80. (przetworzone jednak przez współczesną świadomość), umiejętnie balansując między kiczem italo a eleganckim tech-house'em à la Michael Mayer. Norwega okrzyknięto prorokiem stylu space disco, skoncentrowanego wokół takich labeli jak prowadzony przez niego Feedelity, należący do Prinsa Thomasa Full Pupp, szwedzki Bear Funk czy belgijski Eskimo. Jeśli szukać cech swoistych dla tego efemerycznego nurtu, to należałoby wskazać zrelaksowany, ale podlany psychodelią, hipnotyczny klimat, rozmarzoną nastrojowość, zwiewne brzmienia, umiejętność stylowego przetworzenia wtórnych, nawet banalnych patentów, wręcz klisz z ostatnich 3 dekad elektroniki czy w ogóle popu.

Niestety, na kolejnym krążku – „Where You Go I Go Too” sprzed roku ów miks nadął się, osiągając niebezpiecznie pretensjonalne kształty (na blisko godzinną płytę składają się 3 utwory, z czego najdłuższy, tytułowy trwa niespełna 29 minut). Znów – jedni rozpływali się w zachwytach nad transowym, pełnym rozmachu, starannie rozplanowanym, wielopłaszczyznowym post-minimalem, inni zaś uznali działo Norwega za tanią elektroniczną epopeję pobrzmiewającą reminiscencjami Tangerine Dream a nawet, przy odrobinie złośliwości, Vangelisa. Tak czy owak, Lindstrom przesunął akcent mocniej w stronę eterycznego „space”, niż zadziornego „disco”.

Nowy, wydany właśnie, zrealizowany znów we współpracy z Prinsem Thomasem album wabi bardziej organicznym brzmieniem i słonecznym, odprężającym klimatem. Pogodne, zamknięte w lekkiej i nie pozbawionej szyku formie utwory, łączące lekki house, electro, sporo rozwiązań z obszaru miękkiego, psychodelizującego fusion czy też nie przytłaczające całości prog-rockowe naleciałości, układają się w najciekawsze dokonanie nurtu space disco.