Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Zuzanna Sokołowska,

MIASTOMANIA

A A A
Wydarzeniem tegorocznego Miesiąca Fotografii w Krakowie jest pierwsza w Polsce wystawa ikony amerykańskiego fotoreportażu, Weegee’go. Ponad 200 odbitek wypożyczono z kolekcji Hendrika Berinsona, właściciela Galerie Berinson w Berlinie, specjalizującej się w pokazywaniu i sprzedaży zdjęć vintage, czyli odbitek sprzed lat. Weegee, książę ulicznej fotografii, portretował życie Nowego Jorku - miasta, które zmienia swoje oblicze nocą, stając się miejscem zbrodni, bijatyk, pijackich awantur i biedy. Nie sposób przejść obojętnie wobec prac Weegee’go, który odkrywa prawie wszystkie tajemnice nowojorskich ulic lat 40. minionego wieku.

Weegee, a właściwie Usher Fellig urodził się w 1899 w Złoczowie, na terytorium dzisiejszej Ukrainy. W 1909 Felligowie trafili do Nowego Jorku, uciekając przed antysemickimi prześladowaniami. Amerykańskie władze administracyjne zmusiły fotografa do zmiany imienia na Arthur, które wydawało im się mniej żydowskie. Zamieszkali na Lower East Side, w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic miasta. Bieda dawała się we znaki w całej rodzinie, a Weegee musiał przerwać naukę, by zacząć pracować. Chwytał się różnych zajęć, był zatrudniony w fabryce, restauracji i jako asystent ulicznego fotografa. Poznawał od podszewki życie Nowego Jorku, które zaczęło go pociągać i fascynować. Przełomem w życiu Weegee’go stało się odkrycie fotografii, z której uczynił swoją największą pasję. Znalazł pracę w studiu fotograficznym Ducket & Adler, gdzie z prawdziwym zamiłowaniem oddawał się technice wywoływania zdjęć. Kolejnym punktem zaczepienia była praca w laboratoriach fotograficznych New York Timesa i agencji Wide World Photos, które zostały wchłonięte przez konsorcjum Acme Newspictures. Agencja była źródłem fotografii dla trzech największych nowojorskich czasopism: New York Daily News, World Telegramm i Herald Tribune. Praca w Acme przyniosła mu ogromny sukces. Zaczął pracować w nocy, najczęściej między 22.00 a 5.00 rano. Bez żadnych zahamowań i lęku przemierzał zakazane dzielnice fotografując drobnych rzezimieszków, pijaczków, morderstwa w afekcie. Uwieczniał na zdjęciu to, co Nowy Jork skrzętnie ukrywał pod osłoną nocy. Gdy w 1938 roku Weegee, jako pierwsza cywilna osoba, dostał zezwolenie na zainstalowanie policyjnego radia, życie fotografa nabrało jeszcze większego tempa. Nasłuchując policyjnych częstotliwości, z zawrotna prędkością pojawiał się w miejscach przestępstw, często jeszcze przed przybyciem policji. Nauczył się policyjnego slangu, który różnorako określał ofiary, na przykład „suchy nurek” (samobójca skaczący z budynku) lub „na dole podajniki” (ofiary utonięcia). Weegee był zawsze przygotowany- w samochodzie miał zapas cygar, maszynę do pisania, ubrania, a w bagażniku ciemnię, by móc od razu wywołać zrobione zdjęcia. Zapamiętale rejestrował nowojorskie zbrodnie, tworząc tym samym kryminalną kronikę miasta. Nie bez powodu artyście nadano przydomek Weegee. Pochodzi on od nazwy Ouija – ruchomej tabliczki z literami alfabetu i liczbami, którą wykorzystywano w seansach spirytystycznych w calu nawiązania kontaktu ze zmarłymi. Pseudonim nadali mu pracownicy agencji Acme w 1938 roku.

Przyjętą praktyką wśród fotoreporterów było zamieszkiwanie w centralnych częściach miasta, które były uważane za najbardziej kluczowe w kwestiach zawodowych. Takim miejscem było Center Market Place graniczące z Little Italy, Chinatown i Soho, znajdujący się przy głównym gmachu nowojorskiej policji. Weegee, oprócz dokumentowania nieprzerwanego ciągu zbrodni i tragedii, przechadzał się po bogatych dzielnicach, skąd zdawał relacje z luksusowego życia nowojorczyków. Namiętnie fotografował nowobogackich jako osoby bliskie popadnięcia w obłęd, podkreślając tym samym neurotyczne napięcia i kontrasty, tak charakterystyczne w tym czasie dla tego miasta.

Weegee’go mawiał, że najlepsze złe rzeczy dzieją się w nocy, kiedy ludzie popełniają samobójstwa, zabijają się nawzajem, biją. Przybywał najszybciej na miejsce zdarzenia, ale jednocześnie zbyt późno, by odwrócić bieg rzeczy. Lubował się w trupach i krwi, których widok powodował pewien rodzaj przyjemności, jak i wewnętrznego niepokoju związanego z widokiem krwawej masakry i czyjegoś nieszczęścia. Był to pewien rodzaj fascynacji brzydotą, deformacją i okaleczeniem. Podobne zainteresowania miała Diane Arbus, która w swojej twórczości upodobała sobie dziwaków i outsiderów. Fotografię rozumiała jako sposób poznania i zrozumienia drugiego człowieka. Uważała, że jednostka jest sumą niezliczonych, nakładających się obrazów, które tylko fotografia potrafi posegregować. Swoich bohaterów znajdowała na ulicy, buszując po tętniącym życiem mieście od świtu do nocy. Miała ulubione miejsca, wiedziała, że prędzej czy później spotka kogoś, kto przykuje jej uwagę. Uwielbiała objazdowe cyrki – portretowała karłów, połykaczy ognia, kobiety z brodą. Podobnie jak Edith Stiwell, autorka książki o ekscentrykach, uważała, że zajmowanie się innością jest lekiem na zobojętnienie, na odróżnienie człowieka od bestii. Między innymi dlatego twórczość Arbus była tak trudna do zaakceptowania. Podobnie rzecz miała się z Robertem Frankiem, który już na stałe wpisał się w historię fotografii kultowym albumem „The Americans”. Na jego z pozoru niedbałych zdjęciach runął mit Ameryki. Spoglądające na nas smutne, przygnębione twarze stały się symbolem alienacji i mitologizacji american dream. „Jestem outsiderem, który próbuje zajrzeć do środka i który próbuje powiedzieć coś prawdziwego” – definiował swoją twórczość Frank.

Paradokslanie najbardziej interesujacym elementem w twórczości Weegee’go jest prostota kadrów Nie sposób też nie zaangażować się emocjonalnie w oglądane fotografie. Właściwie emocjonalność stanowiła trzon twórczości artysty. Każdy element zdjęcia stara się wciągać widza w uliczny spektakl, by uczynić go częścią rozgrywającej się sceny. Weegee fotografował życie, bez żadnego retuszu czy uproszczeń. Dobrym tego przykładem jest zdjęcie pożaru kamienicy, widoczne na nim matka i córka płaczą obserwując płonące zgliszcza, w których spaliły się inne dzieci. Weegee miał tylko ułamek sekundy, aby uwiecznić na odbitce emocje, które rysowały się na twarzach bohaterek. Podobną wrażliwością cechują się zrobione w Harlemie zdjęcia innej matki, tym razem z synem z 1939 roku. Portret ten wykazuje ogromny potencjał emocji. Za pomocą jednego przycisku migawki Weegee opowiedział historię ubogiej kobiety. Na sławnej odbitce „The Critic” z 1943 roku Weegee konfrontuje widza z przeciwieństwami rzeczywistości, przedstawiając dwie eleganckie damy wpatrzone w obiektyw, a obok nich nędzarkę, na którą nie zwracają uwagi. Zdjęcia te są zaprzeczeniem mitu Nowego Yorku. Niezwykła intuicyjność i genialny wręcz zmysł obserwacji dodawał niesamowitej energii fotografiom Weegee`ego. Jasno oświetlone lampą błyskową twarze opowiadają nam historię z bezpośredniego punktu widzenia i bliskości sytuacji. Weegee ustala świadomą i konsekwentną granicę pomiędzy byciem uczestnikiem a działaniem widza. William McCleery w filmie „Naked City” stwierdził, że Weegee zawsze będzie miał swój aparat, z którym będzie jeździć w poszukiwaniu dowodów na to, że jego Nowy Jork, nawet w najbardziej pijanej, chaotycznej lub po prostu patetycznej sytuacji, jest mimo wszystko piękny.
Weegee, Muzeum Narodowe w Krakowie, 9 maja - 26 lipca 2009.