Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

APETYT NA SIOMGĘ

A A A
Najnowsza książka Sofiji Anduchowycz budzi mieszane uczucia: z jednej strony pytanie, czy znane nazwisko nie stanowi dominującego kryterium dla wydawcy, z drugiej konieczność przyznania, że ta proza ma w sobie „to coś”. Ale po kolei... Druga, po zbiorze opowiadań „Kobiety i ich mężczyźni”, wydana w Polsce książka Andruchowycz spokojnie może popłynąć na nazwisku ojca, ambitnym wydawnictwie i prowokacyjnej treści. Nie znam wcześniejszego zbioru opowiadań autorki, więc nie mogę się nijak odnieść do tzw. stylu, jeśli pisarka zdołała go wypracować. Rozwinę więc typową malkontencką myśl, że czytanie „Siomgi” jest i nie jest frapujące. Fragmentami odnosiłam wrażenie, że już kiedyś poznałam podobne historie. Zapewne dlatego, że doświadczenia fascynacji szaleńcami, zjadanie kradzionych jabłek, niemądre posunięcia zakochanych dziewczyn i podobne historie już czytaliśmy. Nastoletnie bohaterki eksperymentujące ze swoją kobiecością, domorośli gangsterzy, dziwaczne staruszki, śmieszno-groźni alkoholicy gęsto zaludniają zbiór opowiadań, bezczelnie udający autobiografię. To wszystko sprawiało, że miałam ochotę krzyknąć: ale to już było. Na szczęście dla mnie i dla tekstu wytrwałam w czytaniu.

Autorka odtwarza mikrokosmos własnej osoby i makrokosmos kolegów i przyjaciół: „Mogę wymyślać cokolwiek, mogę zachowywać dokumentalną dokładność, opowiadać to, co wiem, opisywać to, co sama widziałam – a i tak zawsze będę mówić tylko o sobie. Opisując innych ludzi, ich wygląd i słowa – będę opisywać jedynie siebie samą. W innych nie mogę zobaczyć niczego poza swoim odbiciem” (s. 79) Andruchowycz wychodzi między innymi od znanej, pozytywistycznej konstatacji, że wystarczy opisać rzeczywistość. Sugeruje, że można tę metodę skutecznie stosować także w poststrukturalnej narracji.

Nie należy ulec kokieterii pisarki, że jej opowieści sprowadzają się do relacjonowania. Andruchowycz kreuje świat dziwacznych zabaw dzieciaków, sąsiadów-alkoholików, początkujących gangsterów wraz z jednakowymi partnerkami, u podstaw każdego zaś z tych elementów zapewne leżał prawdziwy człowiek. Jednak w rezultacie uzyskaliśmy artystycznie przetworzony obraz dzieciństwa w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie). Czasem bardzo podobny do dzieciństwa przypadającego na lata osiemdziesiąte na przemysłowym Śląsku. „Człowiek – to voyeur. Od dzieciństwa rozkoszuje się obserwowaniem: mrówek w mrowisku, żab, kotów. Potem innych ludzi (…) ? Człowiek – to niedorobiony Bóg. Lubi rozbijać i rozkręcać, rozkładać na cząstki, interesuje go zasada działania, to, z czego się wszystko składa i jak funkcjonuje. Tylko – złożyć z powrotem, żeby znów działało i żyło, nie umie” (s. 72). Bohaterka prozy Andruchowycz próbuje składać w całość okruchy wspomnień, miejskich legend (zapewne samodzielnie wymyślonych) i krwistych opisów. Często krwistych w sposób bardziej dosłowny niż myślisz, czytelniku. Tytułowa „siomga” trąci egzotyką i niepokoi skojarzeniami z cielesnością: „Ja myślałam o siomdze. O nieprzyzwoitej, różowej rybie, tłustej i soczystej, miękkiej i pachnącej (…) Kiedy spróbowałam siomgi, zdziwiłam się. Mało miała w sobie z ryby. Dużo więcej z człowieka. Jakby jeść ludzkie serce. Albo raczej waginę – posypaną suchą bazylią i skropioną sokiem z cytryny” (s. 38-39) Kobiecość to jeden z głównych tematów, wokół których krążą myśli bohaterów, odwaga i bezczelność łączy się z naiwnością i pragnieniem romantycznych uniesień. Jako prawie rówieśniczka urodzonej w 1982 Andruchowycz w postaciach i ich egzaltacji rozpoznaję znajome klimaty.

„Pan światła, władca wody” rozpoczynający książkę wprowadza nie tylko motyw tytułowej siomgi lecz również narratorkę – dwudziestoparoletnią Ukrainkę mieszkającą w Iwano-Frankowsku, neurotyczną, nieco naiwną Sofiję, która mieszka ze swym Miszą w wielce nieciekawym domu. Dręczy ich podglądacz, którego w swej wyobraźni Sofija obdarza ambiwalentnymi uczuciami zrozumienia i odrazy. Samotna, wrażliwa dziewczyna, która bawi się obserwacją innych.

„Krew” sięga do dzieciństwa Sofiji, jej wakacji z ciotką Helą, której buchający erotyzm złościł inne kobiety i przyciągał mężczyzn, gotowych ośmieszać się dla przychylnego spojrzenia prowincjonalnej seksbomby. Sugestywne opisy upalnego lata, nudzącego się dziecka o wiecznie lepkich od lodów dłoniach spełniły rolę powrotu do przeszłości. Prowincjonalna femme fatale w wspomnieniach dziewczynki uosabia pierwotną kobiecość, zalewającą słabych mężczyzn niczym fala morska. Przypływy i odpływy uczuć Heli przypominają manipulację Adeli Ojcem. Tak jak narrator „Sklepów cynamonowych” usiłował ogarnąć wybujałą przyrodę, tak na mniejszą skalę kilkuletnia dziewczynka próbuje opowiedzieć historię romansu prowincjonalnej femme fatale i żałosnego jubilera. Z perspektywy czasu, który upłynął od lektury całej książki, to właśnie opowiadanie przemawia do mnie najsilniej. Zawilgocone domki wakacyjne, lęk przed wodą i spływający po przedramionach sok arbuza to rzecz jasna moje wspomnienia, korespondujące z narracją Andruchowycz. Jej książka jak rzadko która skłaniała mnie do przeszukiwania własnej pamięci.

Kolejne teksty „Rajski ogród i okolice”, „Piraci i Dziewica Maryja”, „Diabeł tkwi w ryżu”, przyjemne w czytaniu, uwodzą językową sprawnością pisarki zręcznie żonglującej miejskimi legendami utrwalanymi przez nieznośne, ciekawski dzieciaki, i naturalistycznymi, głęboko intymnymi przeżyciami młodej kobiety. Streszczenia opowiadań mogłyby zbytnio przypominać kiczowate historie rodem z tanich pisemek, tych, które zabieramy do autobusu i bez żalu porzucamy byle gdzie. Językowej ekwilibrystyki nie można bowiem sprowadzić do cytowania wyrwanych z kontekstu fragmentów monologów wewnętrznych narratorki. Nie warto psuć przyjemności lektury, zetknięcia z tak wyrazistym, często wulgarnym, w innych miejscach błyskotliwym językiem narratorki.

Teksty spina niczym klamra – ta sama bohaterka. W ostatnim z nich: „Chcę poznać twój świat wewnętrzny”, narratorka powraca do motywu tytułowej ryby i prześladowcy z pierwszego tekstu. Zakończenie mrozi krew w żyłach, choć jednocześnie potwierdza moje wahania co do literackiej wartości książki. Gdy przyjaciółka zapytała mnie, co czytam i jak mi się podoba, pośpiesznie odpowiedziałam – Andruchowycz, a na drugie pytanie – taka ukraińska Drotkiewicz. W tym miejscu wypada obie prozaiczki przeprosić za pośpieszne utożsamienie. Ukraińska pisarka nie potrzebuje etykiet umożliwiających sprzedaż, wystarczy wszak, że jest córką swego ojca i potrafi pisać. A Sofija Andruchowycz potrafi, co udowadnia w tym tomie opowiadań. Być może jego recepcję ułatwia pewna wspólnota pokoleniowa lub moje zrozumienie dla słodko-gorzkiego oglądu świata, lecz końcowy wniosek wypada zamknąć w zdaniu, że lektura „Siomgi” jest zalecana nie tylko w wakacyjnym słońcu. Pierwotnie premiera książki miała mieć miejsce w marcu, w przypadającym na ten miesiąc numerze periodyku „Bluszcz” prezentowano fragment tomu. Nie wiem, co spowodowało zmianę planów wydawnictwa, odwleczenie premiery dobrze jednak rokuje opowiadaniom, którym zamiast ponurego, depresyjnego marca przyświeca zmysłowy czerwiec.
Sofija Andruchowycz: „Siomga”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2009 [seria: Europejki].