ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Mariusz Sieniewicz,

ATROFIA PISARSKIEGO SENSU

A A A
Felieton
Stworzyłem sobie, i wbrew sobie, niespodziewaną i ryzykowną pętlę interpretacyjną, która od „Kryptonimu »Liryka«” Siedleckiej poprowadziła mnie do „Ostatniej” Malickiego, zagarniając po drodze kilka ostatnio wydanych utworów literackich, by zawrócić znów do Siedleckiej, a dokładnie: do jej „Obławy”. Być może wyszedł mi potworek dialektyki – sofistyczny, pełen kulawych argumentów, ale rozgrzeszany intuicyjnym przeświadczeniem, że coś „leży” na rzeczy.

Ilekroć sięga się po książki w stylu „Kryptonimu »Liryka«”, lekturze zawsze towarzyszy ahistoryczne niedowierzanie, że w imię pychy, zawiści lub zwyczajnego strachu pisarz potrafi aż tak się zeszmacić, że jest w stanie upodlić siebie i drugiego człowieka. Jak wspomniałem, czynnikiem decydującym jest tutaj ahistoryzm, wsparty na iście wildsteinowym imperatywie moralnym, który każdy człowiek (a zwłaszcza pisarz!), nie wiedzieć czemu, powinien wyssać z mlekiem matki. Ów imperatyw wartościuje ludzi i świat, zakładając iż istnieje immanentny kodeks etyczny, obiektywna siatka odniesień do stałych, niezmiennych wartości. One są kompasem, kotwicą, prawidłowo ustawionym sterem, umożliwiającym godnie płynąć przez życie. Czytając „Kryptonim” z „zewnątrz”, poza kontekstem czasu, epoki, czytelnikowi towarzyszy poczucie moralnej wyższości – co jak co, ale kapować bym nie kapował. Na pewno. To jasne.

Zaraz jednak pojawia się relatywizujący podszept, błyskotliwie i cokolwiek cynicznie wyłożony przez Johna Gray’a w „Defektach moralności”. Gray wskazuje na nieusuwalny paradoks, który podważa wszelką zasadność mówienia o etyce. Bowiem w przestrzeni traumatycznych doświadczeń, a takim niewątpliwie była peerelowska rzeczywistość, jeśli tylko autor decydował się dawać świadectwo prawdziwemu światu, „moralność jest luksusem, na którym można sobie pozwolić jedynie w normalnych czasach.” Z drugiej strony tzw. normalne czasy ani nie generują, ani nie wymuszają postaw etycznych. Moralność istnieje w swoistym stanie uśpienia, jest raczej widmową wartością, mocno retoryczną i semantycznie pustą. Idąc tropem Gray’a, można dojść do wniosku, że nie ma takiego czasu, w którym moralność byłaby żywotnym i energetyzującym ludzkie postawy czynnikiem.

Twórcom opisywanym przez Siedlecką towarzyszyło jednak przeświadczenie, nierzadko odczuwane na własnej skórze, że żyli w czasach „wielkich narracji” – aksjologicznych, historycznych, moralnych. Ich gesty i postawy skutkowały wytwarzaniem się przestrzeni sensu, były ciężarne konsekwencjami – pozytywnymi lub negatywnym, ale zawsze konsekwencjami. A przecież o to chodzi w pisarskiej działalności, żeby widzieć w nich sens, rodzaj minimalnej choć zasadności.

No i nadszedł rok 1989, a wraz z nim miłościwe nam panująca przez całą dekadę literatura spod znaku „bruLionu”. Pamiętam, że jeszcze na studiach miałem ogromne problemy ze zrozumieniem jednego z postulatów nowej generacji twórców, mówiącej o „bezzasadności literatury”. Owszem, od biedy traktowałem go jako oczyszczający odruch po instrumentalnym traktowaniu tekstu literackiego przez różne martyrologiczne, wielkoojczyźniane, jak i socrealistyczne narracje. Jednakże dwadzieścia lat po umownym przełomie owa „bezzasadność” zaczyna odbijać się czkawką i zbiera niebezpieczne żniwa pod przemożnym wpływem kultury masowej. Bezzasadność skutkuje poczuciem bezsensu. W ostatnim wydaniu „artPapieru” Ignacy Karpowicz wyznaje Januszowi Paliwodzie, że „Gesty” są zapisem porażki, a zarazem projekcją większej klęski in spe. Grzegorz, bohater „Gestów” to „filet z człowieka, bez kręgosłupa”, ktoś „wyfiletowany przez postęp cywilizacyjny”. Oby na tym jednym przykładzie się skończyło, ale nie… W ostatnim czasie zwraca już uwagę coś, co można by nazwać rozpadem pisarskiego sensu, dojmującym poczuciem rezygnacji, pandemią impotencji. Wspominał o niej Dariusz Nowacki, analizował ją Krzysztof Varga. Wystarczy wspomnieć Marka Torma z „To wszystko” Andermana, Roberta z „Senności” Kuczoka, Adama z „Niech to nie będzie sen” Odiji. Przywołuję te znane przykłady, aby podkreślić, że sens literatury, jej wewnętrzny imperatyw istnienia staje się zagrożony. Zarówno twórcy, jak bohaterowie ich książek zmagają się z nieistotnością pisarskich zabiegów. Od samobójczych gestów po twórczą impotencję przebiega bezdźwięczny, zdławiony krzyk pustki po wydrążonych sensach. Na dokładkę Maciej Malicki ogłasza, iż zaprzestanie publikowania książek, a wymowna w tytule „Ostatnia” jest wyrazem znudzenia, rozczarowania literacką i życiową sytuacją nie tylko twórcy, ale może przede wszystkim – twórcy jako człowieka.

Powtórzę: coś leży na rzeczy, i nie wiem, czy jestem jednym z przysłowiowych psów, które szczekają, gdy karawana idzie dalej. Szczekam i w swoim szczekaniu zawracam do Siedleckiej, tym razem do jej „Obławy”. Podtytuł książki brzmi: „Losy pisarzy represjonowanych”. Oczywiście, nie noszę w sobie robiespierrowskich intencji, aby podręczyć pisarzy, pognębić, przywracając tym samym większą zasadność ich pracy. Myślę jednak, że wymienieni wyżej autorzy oraz ich książki układają się w coraz wyraźniejszy los pisarza represjonowanego przez dzisiejszy system, popkulturę, środowiskowe parcia, wydawnicze taśmociągi. W umasowionej kulturze, w coraz większej tabloidyzacji literatury tkwi niezauważalna, choć chyba równie groźna, represja, a kolejni autorzy projektują klęskę pisarza, nie wytrzymując ciśnienia dowolności, nie zgadzając się na uczestnictwo w karnawale zbyteczności. Żeby to chociaż była konradowska klęska, porażka rodem z „Fausta”, ale gdzie tam! Ona dokonuje się niepostrzeżenie, na obrzeżach wielkich i archaicznych zaklęć o literackiej doniosłości. Brzmię cokolwiek histerycznie, jednak literaturze zagraża atrofia sensu. Bezzasadność literatury rodzi nieważność literatury, a nieważność literatury to sen „wyfiletowany” przez cywilizacyjny postęp, przez relatywizm ponowoczesności. Ktoś może powiedzieć, że tak było zawsze, tyle że ważkość literatury sankcjonowały „wielkie narracje”. Trudno jednak powiedzieć sobie otwarcie, że król jest nagi, że pisanie pozbawione jest znaczenia większego niż pokątne i trudno wytłumaczalne motywy pisarza, że nie ma żadnego związku z rzeczywistością. I za lat trzydzieści albo czterdzieści, jeśli pojawia się nowa Siedlecka, raczej nie będzie miała o czym pisać. Bo tylko wokół poczucia sensu, jaki rodzi się między książką światem, można organizować prawdziwe postawy pisarskie i ludzkie.