Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Tadeusz Kosiek,

SONGS AROUND THE WORLD

A A A
Playing for Change “Songs around the Word”. Wrasse, 2009.
Fundacja Playing for Change stara się ulepszyć świat za sprawą muzyki. Finansuje budowę szkół muzycznych, a te już istniejące wyposaża lub doposaża. W zamyśle twórców projektu działające w newralgicznych częściach świata szkoły oraz centra kulturalne, w których przyjaznych murach dzieci mogłyby swobodnie pielęgnować i rozwijać swoje muzyczne pasje, będą tworzyć wyspy bezpieczeństwa na zalewającym niemal cały glob oceanie przemocy i rozpaczy. Fundacja stara się również stwarzać dogodne warunki do współpracy muzyków z odległych krajów. Pokłosiem tej ostatniej inicjatywy jest dwudyskowy (CD+DVD) album „Playing for Change: Songs around the World” (Wrasse 2009), któremu poświęcam ten tekst. Pomysłodawcą płyty – właściwie można go wręcz uznać za jej twórcę – jest jeden z filarów Fundacji, producent Mark Johnson.

Prace nad albumem rozpoczęto w roku 2004 od zarejestrowania w kalifornijskiej Santa Monica, nieżyjącego już niestety, charyzmatycznego ulicznego muzyka Rogera Ridleya wykonującego z akompaniamentem gitary akustycznej soulowy klasyk Bena E. Kinga „Stand by Me”. Podróże po świecie pozwoliły na rejestrowanie kolejnych ścieżek i stopniowe rozbudowanie nagrania do postaci znanej z płyty oraz z portalu YouTube, na którym w ciągu kilku ostatnich miesięcy obejrzano je 11 milionów razy (na YouTube dostępne są również pozostałe klipy z płyty DVD). W analogiczny sposób powstawały kolejne utwory, a wśród współtworzących je muzyków napotkać można nazwiska bardzo (Bono, Keb’ Mo) i mniej znane(Clarence Bekker, Vusi Mahlasela, Louis Mhlanga, Noel Schajris), przeważają jednak wykonawcy zupełnie nieznani. Nagrania wykonywane przez pojedynczy „podmiot wykonawczy” – na płycie jest ich bodajże cztery – stanowią mniejszość, jednak pomimo mozaikowej struktury poszczególnych nagrań płyta nie sprawia wrażenie eklektycznej, ponieważ większość aranżacji jest utrzymana w dość podobnym klimacie.

Johnson, wraz z towarzyszącą mu ekipą realizatorów i kamerzystów, wędrował po bliższych i dalszych zakątkach globu, rejestrując kilkudziesięciu muzyków. Większość z nich wykonywała te same kompozycje, interpretując je jednak po swojemu, często zgodnie z miejscową tradycją. Kulturowa odmienność poszczególnych instrumentalistów i śpiewaków sprawiła, że interpretacje nawet tak, zdawałoby się, oklepanych standardów, jak „Stand By Me”, „A Change Is Gonna Come” czy „One Love” wypadły oryginalnie. Ostateczne wersje nagrań to kolorowe patchworki wzajemnie przenikających się partii wokalnych oraz instrumentalnych, jak już wspomniałem, zarejestrowanych w różnych, często bardzo odległych stronach świata. I tak na przykład, w utworze z repertuaru Boba Marleya „War/No More Trouble” naprzemiennie śpiewają trzej wokaliści – głos pierwszego nagrano w Ghanie, drugiego w Irlandii, trzeciego zaś w Kongo. Towarzyszą im dwa chóry – The Oneness Choir z Indii i The Omagh Community Youth Choir z Irlandii Płn. – oraz instrumentaliści z USA, Irlandii, Konga, Izraela, Zimbabwe, Indii i Afryki Płd. Każdy z wykonawców, dodając coś od siebie – najczęściej owo coś wynika z miejscowej tradycji – sprawia, że dobrze znany utwór nabiera odmiennego charakteru. Opisana sytuacja z drobnymi różnicami powtarza się w większości nagrań z albumu, co sprawia, że posklejane z zarejestrowanych w odległych zakątkach świata partii wokalnych i instrumentalnych piosenki stają się standardami nowego globalnego etno, w którym reggae miesza się z bluesem, flamenco krzyżuje się z jazzem, mbaqanga z country, a lavani z soulem. Zdominowane brzmieniem akustycznych gitar oraz perkusjonaliów utwory doskonale mieszczą się w pop-rockowym nurcie world music, niestety zbyt rzadko opuszczając jego utarte koleiny. W kilku nagraniach śpiewający z prawdziwym zapamiętaniem wokaliści zasługują na większą dozę instrumentalnego szaleństwa. Chwilami przydałby się trochę mocniejszy akompaniament, bo ten, który słyszymy, jest zbyt uładzony. Innym zarzutem, który można postawić płycie jest dobór materiału. Zamiast kolejnej wersji dobrze znanych „Biko”, czy „Talking ‘Bout a Revolution” wolałbym usłyszeć więcej egzotycznych melodii, takich jak „Chanda Mama”. Nie mam nic przeciwko zamieszczonym na „Playing for Change” utworom, jednak skoro jest ich tylko dziesięć, to czemu przeważają kompozycje aż tak znane?

Tyle skarg i narzekań, bo „Playing for Change: Songs around the World” to rzecz zacna, zarówno jeśli chodzi o jej stricte muzyczną zawartość, jak i o intencje przyświecające jej twórcom. Nie tylko zaświadcza o jednoczącej i leczniczej sile muzyki, ale zapewnia słuchaczom całodzienną porcję pozytywnej energii.