Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Łukasz Iwasiński,

STEVE BUG

A A A
“Collaboratory”, Poker Flat, 2009.
Steve Bug (czyli Stefan Brügesch) to legenda niemieckiej sceny klubowej. Jego kariera zaczęła się na początku lat 90. Najpierw, dzięki występom na Ibizie, czy też na berlińskiej Love Parade zdobył reputację jako didżej, wkrótce potem skoncentrował się na własnych produkcjach. Od kilkunastu lat szlifuje swój styl, oparty – mówiąc najogólniej – na połączeniu surowizny i przestrzenności techno z minimal-house'owym groove'm oraz (momentami) subtelnie zaznaczonym soulowym feelingiem. Wszystkie te elementy znaleźć można na płytach: „Volksworld” (1997), „The Other Day” (2000), „Sensual” (2002).

Bug firmuje nie tylko swe własne realizacje, ale jest także autorem wyśmienitych składanek z serii „Da Minimal Funk” (z lat 1997-2003) oraz cyklu „Bugnology” (pierwsza część ujrzała światło dzienne w 2004 roku, do dziś ukazały się 2 kolejne). Poza tymi wydawnictwami warto odnotować sygnowaną przez Niemca kompilację z prestiżowej londyńskiej serii „Fabric” (z 2007 roku). Znany jest on także z szefowania zacnym wytwórniom – powołanej do życia w połowie poprzedniej dekady na zaledwie 3 lata, acz niedawno reaktywowanej Raw Elements, oraz powstałej w 1998 Poker Flat (dziś należy ona do najważniejszych oficyn na mapie światowego szeroko pojętego tech-house'u).

Jednym z podstawowych wyznaczników muzycznego języka niemieckiego producenta i zarazem kluczy do jego sukcesu jest umiarkowanie i odpowiednie wyważenie środków. Dzięki tej oszczędności chwytliwa, house'owa pulsacja, będąca dla niego punktem wyjścia, nabiera typowego dla minimalu skupienia i podskórnego napięcia. Nowa płyta – „Collaboratory” nie stanowi wyjątku od tej zasady, choć przynosi dość eklektyczny materiał – od stosunkowo miękkich, niekiedy wokalnych kawałków, po twardszy, motoryczny tech-house. Nawet gdy rytm uwodzicielsko buja, autor nie pozwala mu nabrać zbytniej elastyczności, trzymając go w karbach ascetycznego transu. Z drugiej strony, Bug umiejętnie równoważy chłód i mrok minimalu ciepłymi motywami, jak i urozmaica całość (niemniej, zgodnie ze swym credo, z zachowaniem należytej powściągliwości) zaczerpniętymi z arsenału szkoły click'owej i szeroko rozumianego post-techno smaczkami. Swój wkład w brzmienie albumu wnieśli liczni goście: Clé, Cassy, Paris The Black Fu, Donnacha Costello, Simon Flower, Virginia Nascimento czy Gigi. Choć „Collaboratory” to krążek przeznaczony przede wszystkim na parkiet, jego hipnotyczny flow i pobudzający puls sprawdza się także w innych okolicznościach.