Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (132) / 2009

Grzegorz Mucha,

SPÓŹNIONA REWOLTA

A A A
Tymański Yass Ensemble “Free Tibet”. Biodro Records, 2009.
Tymański po kilku latach spacerowania po obrzeżach popkultury, powrócił do… yassu. Powrót nastąpił za sprawą wydanego w 2004 roku pod szyldem Tymański Yass Ensemble, albumu „Jitte”. Niedawno ukazała się kolejna płyta - „Free Tibet”.

Nowa propozycja nie przypomina dawnej grupy Tymona - Miłość. Ten zespół uderza słuchacza mocnym i pewnym brzmieniem, które nie słabnie ani na chwilę. Nie jest to częste zjawisko w polskiej muzyce improwizowanej. Zazwyczaj brzmienie polskich grup wymyka się muzykom spod kontroli, a tu sprawia słuchającemu miłą niespodziankę. Ponadto kompozycje Tymańskiego mają w sobie coś, co na użytek tekstu nazwałbym, światowym szamanizmem. Tak przed nim myśleli ludzie w typie Dona Cherry’ego, czy Ronalda Shannona Jacksona. Jest w tej muzyce rodzaj meta-folku z licznymi nawiązaniami do duchowości Wschodu. Rodzaj intrygującej monotonii, przełamywany jest ekstatycznymi improwizacjami. Owa ryzykowna stylistyka przynosi całkiem mocny rezultat. Warstwa wykonawcza zaś przekonuje, że nie ma jednego sposobu na budowanie improwizacji. Jest ich wiele.

TYE to zespół ciekawy także ze względów personalnych. Łączy w sobie postacie związane z polską jazzową sceną lat 80., która przyniosła niezwykłe zjawiska, takie jak m.in. Young Power, Tie Break, Pick Up, czy Free Cooperation. Gralak i Korecki współtworzyli tamtą muzykę. W końcu ich drogi zeszły się z twórcami trójmiejsko-bydgoskiej sceny. „Rewolucja yassowa” niczego nie obaliła, ale być może jej skutek ma działanie długofalowe i dopiero teraz, przy pomocy starszych „rewolucjonistów”, powstanie nowa muzyka.

I jeszcze kwestia konwencji. Tymański stale się nimi bawi. Jest to w Polsce zjawisko od wielu lat nieprzemijające, jak przewlekła grypa. Prześmiewców jest więcej od twórców zanurzonych w określonych stylistykach. Tyle, że Tymon zawsze robił to najlepiej, bo do tej gry potrzeba inteligencji, której ma aż nadto. Ale słuchając jego grupy yassowej można złapać się na myślach poważnych. Ta muzyka ma siłę mierzoną w częstotliwości dźwięku, a nie w długości wybrzmiewającego śmiechu. Dlatego zaczyna mi się podobać. Chciałbym, aby ta grupa się rozwijała, aby dawała liczne koncerty, no i żeby… rozpadła się, zanim okrzepnie.