Wydanie bieżące

1 lipca 13 (133) / 2009

Magdalena Kempna-Pieniążek,

MARZYCIEL NA LINIE

A A A
Są takie filmy dokumentalne, które zostawiają widza w stanie radosnego zawieszenia, niejako unoszącego się łagodnie co najmniej pół metra nad ziemią. Do kategorii tej można z pewnością zaliczyć „Wrzeszczących facetów” (2003) Miki Ronkainena, „Spotkania na krańcach świata” (2007) Wernera Herzoga oraz „Człowieka na linie” (2008) Jamesa Marsha. W tym ostatnim filmie zresztą wątek unoszenia, odrywania się od ziemi jest motywem szczególnie istotnym i to w dwojakim znaczeniu – dosłownym (bohaterem filmu jest Philippe Petit, który 7 sierpnia 1974 roku spacerował po linie zawieszonej między wieżami World Trade Center) i metaforycznym (w dokonaniach Petita do głosu dochodzi nieustannie retoryka – albo poetyka – uwznioślającego marzenia).

Profesjonalny marzyciel

Jak scharakteryzować ludzi takich jak Petit? Szczególnie pomocne wydaje się tu określenie wprowadzone przez Wernera Herzoga w „Spotkaniach na krańcach świata” – to „profesjonalni marzyciele”, ludzie, którzy pragną wyskoczyć poza margines mapy, dokonać niemożliwego, dotrzeć tam, gdzie jeszcze nikt przed nimi nie dotarł. Dla bohaterów filmu Herzoga oznaczało to wędrowanie na Antarktydę w celu odkrycia jej największych tajemnic. „Profesjonalne marzycielstwo” Philippe’a Petita jest z kolei równoznaczne ze spacerowaniem po linie zawieszonej w najbardziej niezwykłych miejscach – od katedry Notre Dame w Paryżu po wieże World Trade Center w Nowym Jorku. Dla wszystkich z nich podążanie za marzeniem jest niezwykle bliskie epifanii (niekoniecznie w sensie metafizycznym). Wszyscy oni zmieniają swoje życie w symbol.

W swojej opowieści o światowej sławy linoskoczku James Marsh zgrabnie żongluje różnymi poetykami, co wydaje się jak najbardziej uzasadnione, zważywszy na fakt, że w przytoczonej przez niego opowieści realność i marzenie zdają się nieustannie ze sobą dialogować. Mamy tu na przykład klasyczny motyw „gadających głów” – znajomi, przyjaciele i współpracownicy Petita wspominają, komentują, snują refleksje na temat jego największego wyczynu. Ten podstawowy dla większości współczesnych filmów dokumentalnych zabieg stanowi swego typu „uziemienie” dzieła Marsha – przypomnienie, że „to naprawdę się stało”. Na dokumentalizm tego typu Marsh nakłada kilka poetyk zdecydowanie odmiennych. Inscenizowane fragmenty biografii Petita urzekają zastosowaniem anachronicznej diafragmy i iście cyrkową stylizacją. Z kolei w niektórych partiach opisu przygotowywanego przez ekipę bohatera „skoku” na World Trade Center reżyser posiłkuje się poetyką niemal rodem z filmu szpiegowskiego. Na uwagę zasługują także komentarze samego Petita, który nie ogranicza się bynajmniej do mówienia – wyraziście gestykuluje, biega po pokoju, chowa się za zasłonami, inscenizując na bieżąco wydarzenia, które nieustanne są żywe w jego pamięci. Z kolei sekwencje przedstawiające materiał fotograficzny i filmowy zarejestrowany podczas dokonań linoskoczka, wzbogacone zostają o podniosłą, ewokującą sacrum muzykę Michaela Nymanna (motyw, który mogliśmy wcześniej słyszeć na ścieżce dźwiękowej do filmu „Rozpustnik” Lawrence’a Dunmore’a). Wyczyn Petita, choć zrodzony z marzenia i przypominający momentami chłopięcy wybryk, ma – jak się okazuje – w gruncie rzeczy głębokie, symboliczne znaczenie.

Dwie wieże

Kilkakrotnie w filmie powraca motyw przeznaczenia: Petit mówi, że już w pierwszej chwili, kiedy w magazynie oglądanym w dentystycznej poczekalni zobaczył projekt dwóch wież World Trade Center, wiedział, że powstają one dla niego. To samo powtarzają potem jego towarzysze – zupełnie tak, jakby cały wielki nowojorski kompleks powstał z myślą o tym, by Petit mógł się przespacerować po linie między dwiema wieżami. W sensie symbolicznym było tak w istocie.

Co oznacza niewielka, ledwie widoczna z dołu, ciemna figurka Petita spacerującego po linie rozpiętej między dwiema wieżami? W konfrontacji ze scenami przedstawiającymi żmudne wznoszenie dwóch ciężkich konstrukcji, obrazy prezentujące linoskoczka z łatwością poruszającego się („tańczącego”, jak stwierdzi później jeden z policjantów) na wielkiej wysokości, uderzają swoją lekkością i finezją. Ale to nie wszystko.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że „Człowiek na linie” jest opowieścią o istocie człowieczeństwa. Kiedy Petit doprowadza wreszcie do końca swój szaleńczy plan, staje się jasne, że prawdziwa wielkość ludzkości tkwi nie tyle w możliwości pokonywania kolejnych barier naukowych i technicznych. Monumentalne World Trade Center wydaje się przecież tylko kolejnym wariantem wieży Babel – symbolem materialnej i technicznej potęgi kultury, aż proszącym się o to, by go unicestwić, co wieszczył (jakże słusznie w kontekście wydarzeń 11 września) Jean Baudrillard. Prawdziwa potęga człowieka, zdaje się udowadniać swoją postawą Petit, tkwi w jego umyśle i wyobraźni – w tym umyśle, który powołał World Trade Center do istnienia, i w tej wyobraźni, która potrafiła przekroczyć użytkowe walory budowli i uczynić z niej dzieło sztuki. Kultura zdolna do wyniesienia ponad poziom ziemi ponad sto pięter konstrukcji ze stali, szkła i betonu, jest kulturą wspaniale rozwiniętą. Jeszcze wspanialszą jawi się jednak wtedy, kiedy potrafi wznieść się ponad swoje najśmielsze dokonania, kiedy czyni ze swoich wytworów symbol nie tylko materialnej potęgi, ale i potęgi wyobraźni, sztuki, ducha.

Wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać, film Marsha nie jest opowieścią o sprawdzaniu granic ciała. Precyzja i harmonia ruchów Petita wydają się naturalne, jak gdyby wrodzone. Linoskoczek oczywiście przygotowuje się do wykonania zadania, ćwiczy całymi dniami, więcej czasu zdaje się spędzać na linie niż na ziemi. A jednak to nie ciało i jego ograniczenia stanowią dla niego największy problem. Petit wie, że igra z losem, że kusi śmierć. Przytoczony we wstępie sen z nocy poprzedzającej wypad na WTC jest dowodem na to, że linoskoczek żywi również jak najbardziej ludzkie lęki. Mimo to „Człowiek na linie” jest przede wszystkim opowieścią o testowaniu granic ludzkich marzeń.

Na krawędzi

Jak bardzo można się poświęcić misji, której celem jest zrealizowanie szaleńczego marzenia, a której efektem będzie chwila ulotnego piękna? Patrząc po raz pierwszy na gotowe wreszcie wieże WTC, Petit dochodzi do wniosku, że jego zamierzenie jest niemożliwe do zrealizowania. W tym samym jednak momencie przystępuje do walki. Wbrew rozsądkowi, wbrew wszelkiej racjonalności, wbrew utylitaryzmowi, czyli wbrew temu, co – w symbolicznym wymiarze – legło u podstaw wież WTC, Petit konsekwentnie dąży do realizacji swojego celu, nie przeczuwając jeszcze chyba, że będzie to początek końca pewnego etapu w jego życiu – początek końca pewnej przyjaźni, początek końca pewnej miłości, początek końca pewnego marzenia.

Cóż zostaje, kiedy marzenie – wydawałoby się zupełnie nierealistyczne i szaleńcze – spełnia się co do joty? Kolejna biała plama na mapie ludzkich dążeń i zamierzeń zapełniona, kolejna granica pokonana. Petit mówi o nieustannym życiu na krawędzi, jego znajomi – o przeżywaniu każdego dnia tak, jakby był dziełem sztuki. Czy ktokolwiek jednak byłby w stanie znieść takie nieustanne balansowanie na cienkiej linie zawieszonej nad przepaścią? Marsh usuwa poza obszar swoich zainteresowań wiele aspektów, które mogłyby odrzeć jego opowieść z romantyzmu – nie dowiadujemy się na przykład, skąd Petit i jego ekipa czerpali fundusze niezbędne do wielomiesięcznego przygotowywania się do skoku, jak wyglądała ich codzienność w Nowym Jorku, jaką cenę zapłacili za zrealizowanie tego jednego marzenia.

Dla Petita pozostawanie w sferze ekstremum jest najwyraźniej częścią tożsamości, a równocześnie ekwiwalentem jego filozofii życiowej. Nie każdy jednak rodzi się profesjonalnym marzycielem. Wiedzą o tym doskonale przyjaciele Petita, jego była ukochana, jego współpracownicy. Najbardziej zapadające w pamięć kadry z filmu to fotografie przedstawiające Petita wędrującego po linie, która na tle nieba jest niemal niewidoczna – oto chwila piękna, doskonałości, chwila, w której granice umysłu otwierają się na zupełnie nowe horyzonty. Tylko chwila. To wystarczy.
„Człowiek na linie” („Man on Wire”). Reż.: James Marsh. Zdjęcia: Igor Martinović. Gatunek: dokumentalny. USA / Wielka Brytania 2008, 94 min.