Wydanie bieżące

1 lipca 13 (133) / 2009

Tadeusz Kosiek,

POWRÓT KURZOLUDA

A A A
Tomutonto „Tomutonttu”. Fornal, 2009.
Kilka lat temu, gdy nie tylko w niezależnych mediach głośno było o nawrocie muzyki psychodelicznej, a w tekstach co chwila odmieniano określenia typu free folk, weird folk, psych folk, jedną z kultowych wytwórni była fińska oficyna Fornal, zaś bohaterami pełnych zachwytów artykułów nagrywający dla niej wykonawcy o egzotycznych dla nas nazwach w rodzaju Paavorharju, Islaja, Kemialliset Ystävät.

Po roku czy dwóch medialna gorączka nagle ustąpiła, media znalazły sobie nowych ulubieńców, nie oznacza to jednak, że jakość produktów Fonal uległa nagłemu pogorszeniu. Fiński label nie przejął się spadkiem popularności neo-folku i nie oglądając się na szybko przemijające mody, konsekwentnie robi swoje, promuje stale powiększające się grono oryginalnych artystów i publikuje kolejne, niezwykłe płyty. Dwóm z nich, wydanym parę tygodni temu, chciałbym ten krótki tekst poświęcić.

W odróżnieniu od zdecydowanej większości katalogu wytwórni, „Tomutonto” oraz „Tomutonttu” nie zawierają materiału premierowego, lecz są kompaktowymi reedycjami niskonakładowych longplayów, wydanych odpowiednio w latach 2006 i 2007 przez Ultra Eczema Records oraz Beta-lactam Ring Records. Ich autorem jest, ukryty pod pseudonimem Tomutonttu, Jan Anderzén, jeden z niekwestionowanych liderów fińskiej fali neo-psychodelii, spiritus movens cenionego przez wierne grono słuchaczy luźnego kolektywu muzyków znanych szerzej pod nazwą Chemiczni Przyjaciele (Kemialliset Ystävät). Muzyka zrodzonego z piwnicznego grzyba skrzata Kurzoluda (tak pozwoliłem sobie spolszczyć „dust gnome”, czyli angielskie tłumaczenie nazwy Tomu Tonttu) nie różni się zbytnio od charakterystycznej dla Przyjaciół mieszaniny egzotycznego etno magicznej Nigdylandii, surowej dadaistycznej musique concrète oraz kolorowego post-krautrockowego surrealizmu, co najwyżej jest jeszcze bardziej groteskowa, chromatycznie kostropata i drapieżna. Budzić może skojarzenia z zapisem kwasowego tripu anarchicznej orkiestry ogrodowych krasnali ekstatycznie przygrywających na zelektryfikowanym zestawie mocno rozstrojonych domowych utensyliów wymieszanym ze ścieżką dźwiękową filmu o ochronce dla zagubionych mieszkańców lasu.

Naiwnie spontaniczne podejście do materii dźwiękowej równoważone zostaje kompozytorską intuicją i improwizatorską czujnością Andersena, który swobodnie żonglując dźwiękami stale zachowuje równowagę między konsonansami i dysonansami. W przypadku obu płyt gatunkowo-stylistyczne klasyfikacje oraz porównania tracą rację bytu, chcąc jednak przybliżyć muzykę zawartą na „Tomutonto” i „Tomutonttu” spróbuje posłużyć się nieco karkołomnym zestawem skojarzeń. Wyobraźcie sobie zatem sonorystyczne monstrum pozszywane z członków Moondoga i Residents, obdarzone wyobraźnią i rozmachem Sun Ra oraz mózgiem Fausta i będziecie całkiem blisko. Gorąco polecam wszelkie nagrania Tomumottu, na początek rekomendując omawiane płyty. To dzieła rzadkiej urody świadczące o nieokrzesanej i niczym nieskrępowanej wyobraźni Anderzéna, jednego z najciekawszych twórców współczesnej sceny muzycznej.