Wydanie bieżące

1 lipca 13 (133) / 2009

Piotr Bogalecki,

LEKCJE MARTWIENIA

A A A
Pod dom, w którym mieszkam w regularnych comiesięcznych odstępach przychodzą Świadkowie Jehowy. Zawsze słyszę wtedy w słuchawce domofonu ten sam uprzejmy głos, mówiący: „Dzień dobry, chcielibyśmy Pana zaprosić na kongres. Będzie mowa między innymi o końcu świata. Czy moglibyśmy wręczyć zaproszenie?”. Dariusz Czaja nie rozdaje zaproszeń: wie, że – jeśli już – na „koniec” załapiemy się pewnie i bez nich. A jednak tematy śmierci, końca świata, nieusuwalnej obecności zła, wyobcowania i samotności człowieka, milczenia i nieobecności Boga przewijają się przez jego najnowszą książkę nieustannie (dość wspomnieć, że do jej słów-kluczy należą m.in. „zło”, „zło-czyńca”, „infernalny”, „diabeł”). Wydane przez Wydawnictwo (nomen omen) Czarne „Lekcje ciemności” stanowią zapis niełatwego zmagania się z pytaniami pierwszymi, do których prowadzi Czaję przede wszystkim zapośredniczony przez pisarzy, artystów i myślicieli namysł nad Auschwitz, Zagładą, złem. Wśród jakże licznych publikacji podejmujących te niełatwe tematy pisarstwo krakowskiego antropologa wyróżnia się tym, że wyrastając ponad poziom erudycyjnego, kompetentnego omówienia, pragnie stawać się mimo wszystko swego rodzaju zaproszeniem – tyle, że do uważnego, pokornego współmyślenia: do współwątpienia raczej niż do zaspokajającego potrzebę samodzielnego namysłu współwyznawania. Od czasu wydania, jakże pod tym względem podobnych, „Światłocieni zła” Cezarego Wodzińskiego (do których zresztą nawiązuje Czaja wprost), nie mieliśmy tak dobrej i dotkliwej książki na ten temat.

„Nie był na stypendium Humboldta, nie wykładał w Harvardzie, nie był nominowany do nagrody Nike. Żadnych medali i odznaczeń” – możemy przeczytać o autorze na czwartej stronie okładki. Negatywna retoryka tej prezentacji – czy raczej, jak można przypuszczać, autoprezentacji – nie przynależy wyłącznie do inteligentnego, autoironicznego marketingu; ujawnia ona niezwykle istotną składową myślenia Czai. Jest nią, by tak rzec, eksploatowanie po-pozytywności tego, co negatywne. Proponując przemyślenie współczesnej kondycji religijnej jako pustyni, napisze Czaja: „Pustynia jest przynajmniej szansą napotkania Istotnego. «Pozytywne» rozwiązania, zdaje się, wyczerpały już swoją moc” (s.236). Negatywność wyprowadzającego nas na pustynię Czai nie jest przejawem nihilizmu; zdecydowanie bliżej jej do tradycji teologii apofatycznej, do której zresztą sam autor kilkakrotnie się odnosi. Chociaż więc ze stronic „Lekcji ciemności” nie wionie pustką, ich lektura staje się przygodą konsekwentnego milknięcia, wstępowania w coraz większy, gęstniejący mrok. Wyznaczany przez tytuły kolejnych rozdziałów i podrozdziałów oraz dobór omawianych autorów trakt tej swoistej odysei ciemności nie pozostawia co do tego wątpliwości. Zaczyna się od „Zaćmienia” (część I książki) i „Popiołów, mgły” (Kertész). Błądząc w niej, doświadczając „Anamnezy i melancholii” (Sebald), stajemy „Na krawędzi” (Appelfield), tym bardziej przerażającej, że stanowiącej złowieszcze „Laboratorium” (Levi). Następuje „Spadanie” – część II – w trakcie którego pytamy o „Zło konieczne” (Nowosielski) i postrzegamy świat jako „Rzeźnię” (Coetzee), człowieczeństwo zaś jako „Monstrualne, arcyludzkie” (Conrad/ Drakulić), by w końcu odkryć w nim nieusuwalną obecność „Zła obscenicznego” (Coetzee/ Litell). Następuje „Końcówka” (część III) z jej „Imionami pustki” (esej ten w zmienionej wersji przesłany został nam przez autora jako odpowiedź na ankietę „Re-religia” ) i „Śladami katastrofy” (Bacon), po których pozostają już „Fragmenty (nicości)” (Cioran) i… konieczność udzielenia sobie „Lekcji ciemności”. Nieprzypadkowo ów ostatni, tytułowy esej książki traktuje o niesłabnącej aktualności Apokalipsy, której wewnętrzną dynamikę uznać można za paradygmat postrzegania przez Czaję tytułowych ciemności. Nie przestając zakrywać, okazują się one wskazywać drogę, objawiać, w myśl słowa apokalypten, które „wbrew zwyczajowym ciemnym asocjacjom” oznacza przecież „wydobywanie na jaw, odsłonięcie tego, co uprzednio zakryte” (s.290). W tę stronę zmierzać będzie większość interpretacji Czai, odkrywających przedsięwzięcia kontrowersyjne i często krytykowane (Litell, Cioran, Bacon) jako najgłębiej prawdziwe i mające nam do przekazania wyzwalającą (mimo wszystko) prawdę o człowieku. Prawda tak odkrywana musi rozbijać się o skały paradoksu: wydaje się ona nie wyzwalać i nie przynosić spodziewanego pouczania. Jawi się raczej jako specyficzna po-prawda (przyrodzona jej chwiejność dobrze słyszalna jest w potocznym wyrażeniu „po prawdzie”), po której odkryciu pozostaje nam – jak w zamknięciu swych rozważań napisze Czaja na marginesie „Przegranej Boga” Sergio Quinzio – „chyba tylko jedno: trwać w ciemnym zawieszeniu, dołującej niepewności mimo wszystko” (s.308).

Jednak nie to w udzielonych mi „Lekcjach ciemności” wydaje się najistotniejsze. Jako ważniejsze i bardziej zaskakujące, bo i w pewien sposób przełamujące apofatyczną retorykę milknięcia, jawi się mi coś z pozoru oczywistego i nie wartego głębszego namysłu. Oto Dariusz Czaja – który (by pozostać przy negatywnej poetyce jego autoprezentacji) nie jest literaturoznawcą, nie jest filologiem, nie trudni się powieściopisarstwem, nie bywa poetą – daje się poznać jako wielki apologeta literatury. Jego wyznawana co chwila wiara w moc słowa prowadzi prostą drogą do usprawiedliwienia pisania po Auschwitz. „Co pozostaje – pyta Czaja – Tylko jedno: pisanie. (…) Pisanie jako alternatywa istnienia. Pisanie jako usprawiedliwienie swojego istnienia. Wreszcie, pisanie jako terapia” (s.25-26). Wszystkie te modalności literatury dochodzą w jego esejach do głosu, nie jednak jako twierdzenia przyjmowane w charakterze metodologicznych założeń stojących u podstaw takiej a nie innej teorii literatury, ale jako prawdy odkrywane – często ze zdziwieniem – w procesie lektury. To właśnie lektura stanowi żywioł Czai, a być może wręcz – jeśli miałbym już ryzykować tego typu konstatacje – główny temat jego książki. Każdy ze składających się na nią esejów określić można by mianem swoistego pamiętnika lektury: osobistego, a równocześnie wyraźnie angażującego czytelnika. Czai wyraźnie nie zależy na omawianiu „stanu badań”, tworzenia drobiazgowych syntez, tudzież zasypywaniu czytelnika erudycyjnymi wtrętami i specjalistyczną terminologią. Więcej: jego interpretacje są wręcz prowokacyjnie anty-literaturoznawcze, co czasem – jak można by powiedzieć z perspektywy akademickiej – wydaje się nieco im szkodzić. Na przykład w tekście o Sebaldzie razić może brak odwołań do zdobyczy narratologii (Czaja wydaje się robić wszystko, by opisać właściwości narracji „Austerlitz” własnymi słowami), zaś wprowadzanie takich kategorii, jak „fotoproza, nie mająca chyba precedensu w historii form literackich” (s.67) oraz sądów typu „nie jest to z całą pewnością forma określana zwyczajowo mianem powieści” (s.66) świadczyć mogłoby o braku zrozumienia współczesnych mechanizmów powieściowych i nieznajomości historii tego gatunku. Podkreślmy jednak od razu – Czaja doskonale zdaje sobie z tego sprawę, zaś dokonany przez niego wybór takiego a nie innego języka interpretacji ma swój wyraźny cel. Stawiając na lekturę, stawia Czaja na autentyczność i jednostkowość, a zatem także i na pasję i zaangażowanie – jego „pamiętniki” koncentrują się bowiem wyłącznie na tym, co pamiętne, zapadające w pamięć i odciskające się w niej na długo.

Czaja czyta całym ciałem, wrażliwym i afektywnym, którym co rusz wstrząsają drżenia i konwulsje. Posłuchajmy paru fragmentów: „W tego rodzaju powściągliwych zdaniach, pisanych z wyraźnie kumulowaną emocją, Levi osiąga więcej niż gdyby posłużył się ekspresyjną retoryką. Jeśli czytelnik nie krzyczy, to tylko dlatego, że pozostaje przez dłuższą chwilę w odrętwieniu, które uciska go jak niewidzialna, ale realna obręcz. Chwilowy paraliż, to chyba dobre określenie na tę reakcję” (s.49); „To są ostatnie słowa powieści. Która zaraz potem wypada nam z rąk” (s.56); „Niepewność najpierw, utrata stabilnego gruntu. Zmęczenie, dojmujący ból. Wreszcie odrętwienie. Takie odczucia – obok nieustającego podziwu dla pisarskiej klasy – towarzyszą lekturze ostatniej, napisanej niedługo przed tragiczną śmiercią, książki Sebalda” (s.64); „Powtórzmy za Costello: ohyda! (…) To scena nieznośna, nie-do-zniesienia, naprawdę chce się wyć!” (s.192); „Tu jednak mamy jakieś stężenie trucizn na potężną skalę. (…) Nie wiem jak silny trzeba mieć organizm, jak mocno znieczulony, by sobie z tym poradzić. Mój organizm sobie nie radzi” (s.14). Powiedzmy to wyraźnie: literatura wydaje się tu odzyskiwać moc, odebraną jej zarówno przez migotliwie przemykające nam przed oczyma ruchome obrazy, jak i przez zdystansowany, niepozostawiający miejsca na zachwyt i prawdziwe doświadczenie lektury, dyskurs akademicki (niepokojąca intuicja: być może tylko nie-literaturoznawcy potrafią pisać dziś o literaturze doświadczonej, przetrawionej, schodzącej aż do trzewi?). Korporalna metaforyka aktu lektury pojawia się u Czai również w kontekście malarstwa Bacona, którego oglądanie opisuje on jako „doznanie natury fizycznej. Nagle czujesz, że ktoś ciągnie cię za rękaw”, po czym tak opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z „żywym Baconem”: „Poruszał. Wrzynał się w mózg” (s.253). Od Czai można nauczyć się najważniejszego: jeżeli naprawdę czytamy, doświadczamy słowa cieleśnie. Po to literatura jest: „Świat, który wyłania się z książki Kertésza, przeraża” (s.20); „Te uwagi palą, przepalają na wylot” (s.263); „[Appelfeld] Chce tylko, żeby bolało. Bo to ma boleć. Po to zostało napisane” (s.61).

Owa dotkliwość słowa pisanego stanowi również niezaprzeczalny walor eseistycznego stylu Czai. Przy zdecydowanym nacisku na komunikatywność i prostotę, nie stroni autor od niezwykle interesujących, perswazyjnych i retorycznie inteligentnych rozwiązań. Umiejętnie operuje homonimem , nadając utartym wyrażeniom nowe znaczenie („literatura wagonowa” w kontekście „Drogi żelaznej” Appelfielda), czy też subtelnie sytuując dzięki temu swe rozważania w zupełnie nowych kontekstach (zaskakujące zakończenie eseju o Levim i jego pojęciu „muzułmana”: „W 1995 Serbowie wymordowali w Srebrenicy około ośmiu tysięcy niewinnych i nieuzbrojonych Muzułmanów” [s.52]). Nie stroni od kalamburów i gier słownych („Posługiwać się wyrazami oszczędnie. Starannie nad wyraz” [s.54]), wydobywa zatartą budowę słów („zło-czyńca”, „zło-wieszczy”, „prawo-sławny” itd.), umiejętnie operuje aforyzmem, cytatem, antytezą, paradoksem. Często ma się wrażenie, że jego komentarz powstający wskutek bezpośredniej reakcji na dzieło, pragnąłby je kontynuować. Jest tak na przykład, gdy przepisując z Litella fragment o masakrze w Babim Jarze, gdzie „żeby dotrzeć do niektórych rannych trzeba było chodzić po zwłokach”, dopowie Czaja: „odczuwałem cały czas pewien rodzaj zażenowania, jakbym popełniał jakąś niestosowność, jakbym wchodził z butami (metafora czasem się ukonkretnia) w czyjąś śmierć” (s.195). Albo w eseju o Kertészu, gdy w nawiązaniu do stylu węgierskiego pisarza, często zastępuje Czaja narzucające się zdania złożone sugestywnymi enumeracjami złożonymi ze zdań prostych, takimi jak ta: „Właśnie: obsesja. To nadzwyczaj stosowne słowo. Kertész jest pisarzem obsesyjnym. Co to bliżej znaczy?” (s.14). Albo ta: „Pokazuje nam skalę naszych możliwości. Skalę tego, do czego jako ludzie jesteśmy zdolni. Skalę naszej wielkości. I niech to zabrzmi tak właśnie: sarkastycznie” (s.16). Lub ta: „Bóg oddalił się w nieznaną stronę. Ciemności ogarnęły ziemię. I nadciąga noc” (s.25). Wszystko to świadczy o wyraźnym nastawieniu pisarstwa Czai na czytelnika: hermeneutyczna troska o nieprzesłonięcie dzieła własnym komentarzem zyskuje tu walor literackiego, angażującego czytelnika zaangażowania.

W kończącym „Lekcje ciemności” eseju o Apokalipsie polemizuje Czaja z Krzysztofem Michalskim, u którego – jak twierdzi – wyraźnie widoczny jest „dystans wobec mitologicznej, czytaj: anachronicznej warstwy Apokalipsy”, wobec czego „czytać dzisiaj Apokalipsę, to w znacznym stopniu uprawiać lekcję martwego języka” (s.295). A jednak głos starca z Patmos wciąż dochodzi do naszych uszu i co więcej – mimo że coraz mniej grożący i grzmiący, a coraz bardziej zaklinający i zająkliwy – można wieścić mu „długie trwanie”. Język Apokalipsy jest językiem żywym – powiada Czaja – i to nie tylko dlatego, że „podtrzymywanie” pytań, jakie zadaje wydaje się być dla kultury koniecznością. Język religii (ale już niekoniecznie: język religii zinstytucjonalizowanej), język konfrontujący nas ze złem, cierpieniem, końcem, śmiercią, z Bogiem – nie umiera nigdy. Języka pytań ostatecznych (czy, jeśli wolimy, pytań granicznych), nie da się odstawić na bocznicę problemów „źle postawionych” i niegodnych człowieka trzeciego tysiąclecia. Pokazywał to Czaja w swojej pierwszej książce, w której oglądając reklamy balsamu Palmolive i batonu Bounty oraz czytając „Twój Weekend”, dostrzegał obecność archetypu Raju, zauważał sacrum w wyniszczonej licznymi operacjami plastycznymi twarzy Orlan i doceniał kicz religijny jako warty uwagi, gdyż oferujący „towar, którego deficyt jest tak dojmująco dokuczliwy”. Pokazywał również i w książce poprzedniej – „Anatomii duszy” – w której dowodził istnienia duszy, pochylając się nad materiałem zebranym w wywiadach, czyli wypowiedziami klasyfikowanymi jako „zdroworozsądkowe” i „potoczne”, sytuujące się w obrębie pogardzanej folk psychology. Pokazuje i teraz: wsłuchując się w język literatury Zagłady i myślicieli post-religijnych, wpatrując się w malarstwo Bacona i Nowosielskiego, spacerując po opustoszałych, nagryzionych przez ząb czasu kościołach, ale także – nie przestał być wszak antropologiem! – oddając się „codziennej lekturze opakowań produktów spożywczych, na których anonimowy nadawca przypomina nam uprzejmie, acz stanowczo, że «należy spożyć przed końcem»” (s.300).

Przypomnienie Czai brzmi podobnie, a jednak inaczej: „należy czytać przed końcem”. Albo –jeśli pamiętamy, że „Lekcje ciemności” to tyle co lectiones tenebrarum, ciemne jutrznie odprawiane w Wielką Sobotę, po śmierci Boga – „należy czytać po końcu”. Tylko bowiem uważne, angażujące nas do głębi i niekoniecznie dewocyjnie nabożne lectio może nas uratować. Nie powinniśmy przy tym, jak uczy nas Czaja-czytelnik cierpliwie wsłuchujący się w głos omawianych przez siebie autorów, tracić z oczu wspólnotowego aspektu lectiones. Prawdziwie autentyczna wspólnota musi rodzić się w perspektywie zmierzchu, jaki nastaje po – a taki zmierzch wydaje się zapadać na stronicach „Lekcji ciemności”. Eseje Czai nie będą więc „lekcjami martwego języka”, ale lekcjami (jeszcze nie całkiem martwego) martwienia, mądrego milczenia, zamilkania, zamierania – krzyku w ściśniętym gardle, głosu, szeptu, oddechu… Jednocześnie jednak także i martwienia się: już nie tylko o siebie, własne życie i własny koniec, ale także o życie i koniec czytelnika. Stąd przez ich ciemności przebija niepewne, gasnące światło.
Dariusz Czaja: „Lekcje ciemności”. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009 [seria: „Esej”].