Wydanie bieżące

15 lipca 14 (134) / 2009

Przemysław Pieniążek,

BIOGRAFIE MUZYKĄ PISANE

A A A
Obustronna zależność muzyki i filmu nie jest zjawiskiem nowym. Zrealizowany w 1927 roku „Śpiewak jazzbandu” Alana Croslanda przypieczętował nieuchronny kres kina niemego, oczyszczając pole dla zbliżającej się tanecznym krokiem ery musicali z pamiętnymi występami Gene’a Kelly’ego, Freda Astaira czy Judy Garland. Ale rolą muzyki filmowej nie jest jedynie dostarczanie dźwiękowej rozrywki, budowanie emocjonalnego tła czy wygrywanie ukrytych znaczeń. Wielokrotnie stanowi ona przecież zasadniczy element filmowej narracji, czego najlepszym przykładem są niezwykle popularne produkcje, takie jak „Once” Johna Carneya (2006), „Across the Universe” Julie Taymor (2007) czy „Mamma Mia!” Phyllidy Lloyd (2008).

Ckliwy dźwięk gitary i ciepły głos irlandzkiego barda Glena Hansarda czy nieśmiertelne szlagiery z repertuaru The Beatles oraz ABBY obrazują losy filmowych postaci, pełne miłosnych zawirowań, młodzieńczej witalności oraz radosnej afirmacji życia. O ile jednak w wyżej wymienionych dziełach ilustracja muzyczna odgrywa rolę zasadniczej dominanty, uatrakcyjniającej prościutkie w gruncie rzeczy fabułki, to w przypadku filmowych biografii ulubieńców muz sfera dźwięku staje się integralnym elementem budowanego przez nich poczucia własnej tożsamości.

Żywoty gwiazd estrady od lat stanowią doskonałą pożywkę dla przemysłu filmowego. Sukcesy „Narodzin gwiazdy” Franka Piersona (1976), „Róży” Marka Rydella (1979) czy „Elvisa” Johna Carpentera (1979) dowiodły, że widzowie lubią czerpać przyjemność z symbolicznego obcowania ze swoimi idolami nie tylko poprzez słuchanie ulubionych nagrań, ale także poznawanie tajników ich sławy, budowanej na fundamencie wyrzeczeń, ciężkiej pracy oraz częstych rozczarowań. W ciągu minionych osiemnastu lat zrealizowano wiele filmowych biografii, paradokumentów, ekskluzywnie wydanych zapisów koncertów oraz obrazów inspirowanych estradową i pozasceniczną działalnością ikon przemysłu muzycznego. Oto niektóre z nich.

Gwiazdy i meteory

Kiedy w 1991 roku na ekrany kin wchodziło głośne „The Doors” Olivera Stone’a, wielu oczekiwało rzetelnej biografii jednego z najważniejszych zespołów lat sześćdziesiątych. Niestety, kontrowersyjny reżyser nakręcił rocznicowy (przypadający na dwudziestą rocznicę śmierci Jima Morrisona) panegiryk utrzymany w konwencji narkotykowego odlotu. „The Doors” nie jest biografią grupy, lecz zmitologizowaną opowieścią o jej charyzmatycznym liderze – nieśmiałym poecie, upijającym się do granic nieprzytomności sybarycie oraz zagubionym chłopcu zamkniętym w skórzanym kostiumie Króla-Jaszczura, uciekającym w świat zmysłowych doznań stymulujących (okresowo) jego artystyczną wenę przy jednoczesnym wyniszczaniu organizmu.

Pomimo fabularnych uproszczeń oraz oczywistej faktograficznej manipulacji, film Stone’a broni się doskonałym wykorzystaniem utworów z repertuaru The Doors oraz świetnym aktorstwem. Z całą pewnością najmocniejszym atutem tej kontrowersyjnej produkcji jest kreacja Vala Kilmera, który na potrzeby filmu dosłownie stał się Jimem Morrisonem, wykonując samodzielnie wszystkie utwory koncertowe.

Bliskim Stone’owi tropem poszedł Janusz Kidawa-Błoński w filmie „Skazany na bluesa” (2005), realizując bardziej szkic do portretu Ryśka Riedla niż historię kultowej grupy Dżem. Podobnie jak twórca „Urodzonych morderców”, Kidawa-Błoński prześlizguje się przez dzieciństwo artysty (w tej roli przekonujący Tomasz Kot), koncentrując się na początkach jego kariery, latach scenicznej prosperity oraz nieuchronnie zbliżającym się upadku. Z jednej strony film posiada dobrze rozbudowany wątek dramatyczny, jakim jest zmaganie się Riedla z narkotykowym nałogiem, z drugiej – topi się w nadmiarze banału i powielanych klisz. Niemniej niezawodna muzyka Dżemu oraz rzetelne aktorstwo stanowią przeciwwagę dla dość sztampowego scenariusza.

Znacznie ciekawiej, choć również bez rewelacji, prezentuje się „Spacer po linie” Jamesa Mangolda (2005), będący opowieścią o życiu legendy country oraz rock’n’rolla, Johnny’ego Casha. Fabularne reminiscencje początków kariery, zmagań z despotycznym ojcem, pierwszych sukcesów, uzależnień oraz burzliwego związku z June Carter (w tej roli nagrodzona Oscarem Reese Witherspoon) okraszone zostają największymi przebojami tego zmarłego w 2003 roku muzyka i aktora. Chociaż Mangold stara się przedstawić Casha jako rock’n’rollowego kontestatora, otwarcie buntującego się przeciwko społeczno-obyczajowym normom skostniałego establishmentu, nadmiar melodramatycznych oraz sentymentalnych scen osłabia siłę oddziaływania filmowego przekazu. Cash w interpretacji Joaquina Phoenixa (samodzielnie wykonującego numery tego idola Elvisa Presleya, Boba Dylana oraz Raya Charlesa) przekonuje swoją dezynwolturą oraz chłopięcym łobuzerstwem.

Bez wątpienia najciekawsze w ostatnim dwudziestoleciu filmowe biografie gwiazd estrady powstały w 2007 roku. „I’m Not There” Todda Haynesa to fabularny zapis rozmyślań nad życiem Boba Dylana. W filmie pojawia się sześć niezależnych alter ego artysty, w które wcielają się tacy aktorzy jak Christian Bale, Heath Ledger, Richard Gere, Marcus Carl Franklin, Ben Whishaw oraz Cate Blanchett. Każde z nich reprezentuje odrębny aspekt osobowości Dylana; wszystkie składają się na enigmatyczne oblicze amerykańskiego barda. Jego tożsamość ulega ciągłym przeobrażeniom w zależności od wymogów audytorium. Prawdziwą szczerość gwarantuje jedynie muzyka.

„Control” w reżyserii Antona Corbijna (fotografa oraz autora wideoklipów między innymi U2, Toma Waitsa czy Depeche Mode) to filmowy hołd złożony liderowi grupy Joy Division, Ianowi Curtisowi. Kanwą utrzymanego w czarno-białej tonacji obrazu stały się wspomnienia spisane przez Deborah Curtis, wdowę po tym nietuzinkowym artyście. Fabuła filmu ogniskuje się wokół osoby nadwrażliwego muzyka (w tej roli bezbłędny Sam Riley), który nie potrafi sprostać wymogom dorosłego życia. Uwikłany w uczuciową zależność od dwóch kobiet, trawiony nieustannym lękiem przed powracającymi atakami epilepsji, Curtis ucieka w swoją mroczną twórczość, będącą rodzajem wentyla bezpieczeństwa. Kiedy to przestaje wystarczać, pozostaje jedynie ostateczna forma ucieczki – samobójstwo.

Konstelacja dźwięków

W 1993 roku ukazał się jeden z najciekawszych filmów biograficznych tamtych lat: „Tina. What’s Love Got To Do With It” w reżyserii Briana Gibsona. Kanwą obrazu stała się autobiograficzna książka czarnoskórej wokalistki, napisana wspólnie z Kurtem Loderem w 1986 roku. Głównym wątkiem filmu jest starcie dwóch scenicznych osobowości: Anne Mae Bullock (Angela Bassett) oraz Ike’a Turnera (Laurence Fishburne), jej przyszłego męża, oprawcy i mentora, który niczym sadystyczny Pigmalion stworzył muzyczną Galateę – Tinę Turner. Doskonałe aktorstwo (nominacje do Oscara) oraz świetne piosenki przygotowane przez samą Tinę zagwarantowały produkcji Gibsona niemałe powodzenie.

Niezwykle pomyślnym okresem dla muzycznych biografii był rok 1994. Wtedy to powstała „Wieczna miłość” Bernarda Rose’a, niestandardowy biogram Ludwika van Beethovena. Najważniejsze wydarzenia z życia autora „Sonaty księżycowej” ujęte zostały w melodramatyczną klamrę, jaką są poszukiwania tajemniczej ukochanej kompozytora przez wykonawcę testamentu. Ckliwą i sentymentalną opowieść ratuje jak zwykle niezawodne aktorstwo Gary’ego Oldmana oraz nieśmiertelna muzyka wiedeńskiego klasyka.

„Farinelli, ostatni kastrat” Gerarda Corbiau to z kolei portret wyjątkowego śpiewaka, Carlo Broschiego (Stefano Dionisi), słynącego z niebiańskiego głosu oraz wyjątkowego powodzenia u płci pięknej, które wykorzystywał wespół ze swoim bratem Riccardem (Enrico Lo Verso). O sukcesie produkcji przesądziły jej wizualny przepych oraz przejmująca ilustracja muzyczna. Co ciekawe, głos słynnego artysty powstał w wyniku połączenia sopranu Ewy Małas-Godlewskiej oraz kontratenora Dereka Lee Ragina; jednym słowem – idealne zaślubiny Nieba i Ziemi.

W tym samym roku pojawił się film „Utracona niewinność” Bradforda Maya, będący ekranizacją nieautoryzowanej biografii Madonny pióra Christophera Andersena. Jednak zapis rebelianckich początków dzisiejszej Królowej Pop (w którą wcieliła się młodziutka Terumi Matthews) nie wzbudził wielkiego entuzjazmu krytyków, głównie z powodu patetycznych i niesamowicie sztucznych dialogów.

W 1996 roku wielki rozgłos zyskał „Blask” Scotta Hicksa, opowieść o życiu i międzynarodowej karierze genialnego australijskiego pianisty Davida Helfgotta. Karierze, warto dodać, okupionej wygórowanymi ambicjami bezwzględnego ojca, które ostatecznie doprowadziły do tego, że Helfgott spędził dziesięć lat w szpitalu psychiatrycznym. Sam reżyser zastrzegał, że w „Blasku” najważniejsza jest opowieść o zbawiennej i destrukcyjnej sile miłości, a fakty z życia pianisty zostały wykorzystane jedynie w charakterze twórczej inspiracji. Niemniej powstał intrygujący film z doskonałą muzyką, będącą najskuteczniejszym medium komunikowania się Helfgotta z otoczeniem. Warto zaznaczyć, iż w postać pianisty wcieliło się trzech aktorów: Alex Rafalowicz (wiek chłopięcy), Noah Taylor (wiek młodzieńczy) oraz nieznany wtedy Geoffrey Rush (wiek męski), nagrodzony za tę rolę Złotym Globem oraz statuetką Oscara, którą zwinął sprzed nosa samemu Tomowi Cruisowi.

Nieco gorzej wypadły ekranowe losy Raya Charlesa w głośnym skądinąd „Rayu” Taylora Hackforda (2004). Film twórcy „Adwokata diabła” to pomnik wystawiony zmarłemu w tym samym roku wybitnemu muzykowi, ukazujący ciężkie czasy jego dzieciństwa, walki ze ślepotą (będącą efektem nieleczonej cukrzycy), przejawami rasizmu oraz uzależnieniem od środków odurzających. Nagromadzenie ciekawych zabiegów wizualnych (niemalże wizyjnych) oraz interesujące pokazanie genezy najpopularniejszych utworów Raya stanowią miłe urozmaicenie dość schematycznej fabuły. Bez wątpienia jednak najjaśniejszym punktem filmu jest kreacja Jamie’ego Foxxa, wyróżniona Nagrodą Akademii.

Podobny poziom prezentuje film „Niczego nie żałuję” Oliviera Dahana (2007), kinowy przyczynek do biografii Edith Giovanni Gassion, znanej całemu światu jako Edith Piaf. Dahan koncentruje się na trudnym dzieciństwie i młodości artystki (żyła w skrajnym ubóstwie, wychowywana przez ojca-cyrkowca i babkę prowadzącą dom publiczny), jej ulicznych występach, scenicznych sukcesach, nieudanych związkach, słabym zdrowiu oraz miłości do boksera Marcela Cerdana (Jean-Pierre Martins), po którego tragicznej śmierci Piaf popadła w załamanie nerwowe, brnąc w uzależnienie od narkotyków. A wszystko to okraszone zostaje przejmującymi i urzekającymi piosenkami (stanowiącymi ważny składnik filmowej narracji) Paryskiej Róży, w którą z powodzeniem (Oscar) wcieliła się ucharakteryzowana nie do poznania Marion Cotillard.

Odrębnym zagadnieniem są filmowe biografie, w których występują… sami zainteresowani. „8 Mila” Curtisa Hansona (2002) to przecież sceny z życia białego rapera Marshalla Mathersa zwanego Eminemem (w filmie jego alter ego jest niejaki Jimmy Smith). To kartki z rodzinnego albumu dokumentującego trudne dzieciństwo, ciężkie relacje z matką (Kim Basinger), trudną miłość do Alex (Brittany Murphy) oraz przyjaźń z Davidem (Mekki Phifer), towarzyszącym mu w czasie raperskich pojedynków na słowa, które z czasem pozwolą mu wywalczyć (respektowaną nie zawsze i nie wszędzie) autonomię w hermetycznym świecie czarnoskórych raperów.

Identyczną fabułę prezentuje obrazek „Get Rich or Die Tryin’” Jima Sheridana (2005), będący filmowym życiorysem 50 Centa (filmowy Marcus), chłopaka, który przeżył piekło wojen gangów i stał się świadomym swojej wartości artystą, urastając z czasem do rangi rekina przemysłu muzycznego. W obu przypadkach agresywna muzyka staje się orężem pomagającym wywalczyć niezależność i ukonstytuować sceniczną i zakulisową tożsamość.

Tylko inspiracje?

Cieszący się do dziś olbrzymim powodzeniem „Bodyguard” Micka Jacksona (1992) to nie tylko chwytający za serce melodramat opowiadający o niemożliwej miłości łączącej gwiazdę estrady, aktorkę Rachel Marron (Whitney Houston) i jej ochroniarza, Franka Farmera (Kevin Costner). To w pewnym sensie także opowieść o szaleńczym świecie showbussinessu, toczonym rakiem zazdrości i zawiści. Nieśmiertelne szlagiery Whitney idealnie wpisywały się w ramy narracyjne filmu, podbudowując dodatkowo jego pejzaż emocjonalny. Pytanie, w jakim stopniu Marron stanowiła porte parole samej Houston, pozostało nierozstrzygnięte. Podobnie jak w przypadku zespołu The Wonders, bohaterów filmu „Szaleństwa młodości” Toma Hanksa (1996), których losy do złudzenia przypominają początki kariery The Beatles.

Produkcja Hanksa, będącego także scenarzystą oraz odtwórcą roli menadżera grupy, pana White’a, to sentymentalna podróż przez świat dźwięków królujących w Ameryce w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Co ciekawe, w filmie nie wykorzystano oryginalnych kompozycji z tego okresu, lecz nagrano utwory inspirowane „klimatem” tamtych czasów, czego najlepszym przykładem jest rewelacyjny kawałek „That Thing You Do!”.

Scenariusz „U progu sławy” Camerona Crowe’a (2000) powstał w oparciu o biografię samego reżysera. Piętnastoletni Crowe pracował jako dziennikarz dla niezależnego magazynu muzycznego „Creem”, inaugurując w 1973 roku współpracę z renomowanym tytułem „Rolling Stone”. Przeprowadzał wywiady między innymi z Bobem Dylanem, Erikiem Claptonem, Led Zeppelin oraz The Allman Brothers. Jego szczenięcym alter ego został William Miller (Patrick Fugit), towarzyszący w trasie rock’n’rollowej grupie Stillwater (powołanej do życia specjalnie na potrzeby filmu, w skład której weszli prawdziwi muzycy oraz aktorzy Billy Crudup i Jason Lee). Warto podkreślić, iż muzykę z „dyskografii” fikcyjnego zespołu skomponowali Peter Frampton, Nancy Wilson oraz Russell Hammond, czyli ukryty pod pseudonimem Cameron Crowe. „U progu sławy” to absolutne zaprzeczenie „The Doors” Stone’a. To sentymentalna i wyidealizowana podróż do czasów młodości autora, pełna ciepła, humoru i nostalgii.

Z kolei „Słodki drań” Woody’ego Allena (2000) to przezabawna opowieść o karierze fikcyjnego gitarzysty jazzowego z lat czterdziestych, Emmeta Raya (Sean Penn). Kolejne epizody z jego życia przeplatane są wypowiedziami muzycznych autorytetów, starających się dotrzeć do „prawdy” o sympatycznym łobuzie. Tym razem Allen zaproponował ciekawy dyskurs na temat paradoksów osobowości artysty: wyśmienity gitarzysta (kompozycje wykonuje Howard Alden) prywatnie jest człowiekiem o mentalności i manierach buraka pastewnego, hołdującym prymitywnym rozrywkom. Czy życie osobiste i służba sztuce są zjawiskami komplementarnymi czy wprost przeciwnie?

Życie Blake’a (Michael Pitt), bohatera filmu „Last Days” Gusa Van Santa (2005), wydaje się oczekiwaniem na śmierć jako skuteczną ucieczkę przed pustką i jałowością egzystencji, zredukowanej do wciąż powtarzających się, bezproduktywnych czynności. Inspiracją dla twórców filmu stały się ostatnie dni życia lidera Nirvany, Kurta Cobaina, którego (domniemane?) samobójstwo w 1994 roku wstrząsnęło całą generacją młodych ludzi. Obraz Van Santa niesie interesujący przekaz: jedyną wartość posiada muzyka, której tworzenie nabiera znamion rytualnego transu, otwierającego bramy transcendencji.

Uczestnicząc w ceremonii

Kiedy w 1991 roku ukazał się dokument „W łóżku z Madonną” Aleka Keshishiana, bardziej pruderyjne odłamy opinii publicznej znalazły się o krok od apopleksji. Skandalizująca artystka pozwoliła bowiem towarzyszyć ekipie filmowej nie tylko podczas swych scenicznych spektakli realizowanych w ramach pięciomiesięcznego tournée, ale także w trakcie przeróżnych czynności wykonywanych poza światłem jupiterów. Czasami dość pieprznych. Zupełnie inną drogą (co nie znaczy, że słuszną) poszedł Bob Spiers, realizując „Spice: The Movie” (1997) – pseudofabularny koszmar, będący zapisem pięciu dni z życia członkiń Spice Girls, jednego z najpopularniejszych girlbandów w historii, poprzedzających ich występ w Royal Albert Hall.

Prawdziwą perłą okazał się za to dokument „Buena Vista Social Club” Wima Wendersa (1999), będący z jednej strony zapisem koncertu znakomitych kubańskich muzyków, z drugiej natomiast – filmem o ludziach, którzy pomimo zaawansowanego wieku, nie stracili talentu i artystycznego wigoru. Afirmująca życie muzyka stała się także podstawą obrazu „Cuba Feliz” Karima Dridiego (2000), będącego zapisem wędrówki ulicznego śpiewaka El Gallo, spotykającego na swojej drodze ludzi połączonych przez gorącą miłość do muzyki, dzięki której można choć na chwilę zapomnieć o biedzie i beznadziei. Innym przykładem muzycznego krajobrazu Hawany jest (fabularny) obraz „Habana Blues” Banito Zambrano (2005), w którym codzienny dramat Kubańczyków przedstawiony został przez pryzmat scenicznych i osobistych doświadczeń kapel wykonujących najprzeróżniejsze odmiany muzyki: od ballad, przez rocka i hip-hop, na metalu kończąc.

Dokumentalną formę zachowały opowieści o brytyjskich ikonach sceny punkrockowej, przedstawionych w obrazach Juliena Temple, zatytułowanych „Sex Pistols: Wściekłość i brud” (2000) oraz „Joe Strummer. Niepisana przyszłość” (2007). Zarówno dzieje kapeli Johnny’ego Rottena, jak i niepokorny żywot Johna Mellora, lidera formacji The Clash, stanowi przyczynek do rozważań na temat generacyjnej kontestacji i narodzin muzyki punk, z uwzględnieniem personalnych konfliktów w obu zespołach oraz odbioru ich muzyki przez kolejne pokolenia. Ciekawą propozycję stanowi również dokument „George Michael: Inna historia” Southana Morrisa (2005) – kameralna opowieść o byłym liderze grupy Wham!, który z uwielbianego przez nastolatki bożyszcza zmienił się w dojrzałego artystę, świadomego swoich zawodowych celów oraz własnej seksualności.

Odrębnym zagadnieniem są filmy koncertowe, nabierające cech muzycznego misterium. Wydany w 2000 roku obraz „Stop Making Sense” w reżyserii Jonathana Demme’a to ekskluzywny (wyretuszowano wszelkie wizualne i dźwiękowe niedoskonałości) zapis koncertu grupy Talking Heads z 1984 roku. Wysmakowany estetycznie sceniczny show przygotowany przez frontmana Davida Byrne’a jest do dziś w stanie zaintrygować nie tylko fanów kultowej niegdyś formacji. W 2007 roku trójwymiarowe show przygotowała irlandzka grupa U2 (koncert „U2 3D” w reżyserii Catherine Owens oraz Marka Pellingtona), które – choć zaplanowane w najdrobniejszym szczególe – u wielu pozostawiło wrażenie chłodnego dystansu i patetycznej celebry. Zupełnie inny klimat przynosi koncert zatytułowany „The Rolling Stones: W blasku świateł” Martina Scorsese (2008). Widzowie zostają skąpani w potoku gorącego światła, towarzyszącego scenicznej ekstazie gigantów rocka, gościnnie wspomaganych przez Christinę Aguilerę, Buddy’ego Guya oraz Jacka White’a z The White Stripes. Chociaż Mick Jagger i spółka najlepsze lata mają już chyba za sobą, pomimo chwilowych spadków formy (zasłabnięcie Keitha Richardsa, widoczna zadyszka Charlie’ego Wattsa), udowadniają, że spektakl musi nadal trwać – bo jest nierozerwalną częścią ich życia.

Muzyczne misterium na ogół dokonuje się na pałających blaskiem reflektorów estradach, kameralnych scenach zadymionych pubów lub w intymnym tête-à-tête z iPodem. Ogromna różnorodność muzycznych biografii powstałych w ubiegłym dwudziestoleciu dowodzi, że może się ono również z powodzeniem odbywać w ciemnej sali kinowej, gdzie wsłuchujemy się w opowieści o życiu współczesnych idoli. Opowieści, warto dodać, w których muzyka i film uzupełniają się nawzajem w celu zobrazowania fenomenu twórczości artystów, bardzo często jeszcze za swego życia stających się legendami.