Wydanie bieżące

15 lipca 14 (134) / 2009

Łukasz Iwasiński,

J DILLA WCIĄŻ ŻYWY

A A A
Jest paradoksem, że w ostatnich latach najciekawsze rzeczy w obszarze hip-hopu dzieją się w jego instrumentalnym wydaniu (wszak wydawać by się mogło, że to gatunek oparty przede wszystkim na słowie). Oczywiście można dyskutować, na ile uprawnione jest określanie mianem hip-hopu (a ściślej – abstract hip-hopu) osadzonej na synkopowanych bitach samlopdelii, jest to jednak nieco inna poetyka, czerpiąca jedynie z pewnych typowych dla tego gatunku środków i technik. Tak czy owak podążający jej tropem artyści, jak Flying Lotus, Hudson Mohawke, Lukid czy Prefuse 73, w ostatnich kilkunastu miesiącach bili na głowę wszystkich nawijaczy.

Jedną z postaci, które położyły fundamenty pod nurt abstrakcyjnego hip-hopu był zmarły w 2006 roku J Dilla (znany także jako Jay Dee). James Yancey (tak naprawdę nazywał się artysta) przyszedł na świat w 1974 roku w Detroit. Jako producent na szeroko pojętej hiphopowej scenie funkcjonował od początku lat 90., ale długo pozostawał znany wyłącznie wąskiemu gronu wtajemniczonych. Inaczej niż wielu MCs, Dilla traktował muzykę autotelicznie, a nie jako narzędzie pompowania swego ego. Choć przez długi okres działał w tle dzierżących mikrofony gwiazd, jego zasługi dla rozwoju i ewolucji gatunku są ogromne. Już w połowie lat 90. współprodukował (jako członek tria The Ummah, w którym towarzyszyli mu Ali Shaheed Muhammad i Q-Tip) podkłady dla A Tribe Called Quest. Szybko został dostrzeżony – z jego usług korzystały inne, nie mniej cenione hiphopowe składy, jak m.in.: De La Soul, The Pharcyde, a także Busta Rhymes, Common czy Erykah Badu.

W 2001 roku wydał sygnowany jako J Dilla, pierwszy autorski, album, pt. „Welcome 2 Detroit”. Wkrótce stał się jedną z kluczowych postaci wyśmienitej, błyskotliwie reinterpretującej czarną muzyczną tradycję wytwórni Stones Throw a z jej podopiecznym, równie ważnym hiphopowym wizjonerem, Madlibem powołał duet Jaylib. Niestety, artysta zaczął podupadać na zdrowiu, a jego stan szybko się pogarszał (podczas europejskiej trasy w 2005 roku występował na wózku inwalidzkim). 10 lutego 2006 roku, w wieku 32 lat, James Yancey zmarł. Ledwie kilka dni przed jego odejściem światło dzienne ujrzało opus magnum Dilli – album „Donuts”, zrealizowany w znacznej części podczas pobytu w szpitalu. Jak uczy doświadczenie, nic tak nie sprzyja popularności artysty jak jego śmierć – zwłaszcza przedwczesna, tym bardziej w pełni twórczego rozkwitu. Nic więc dziwnego, że po odejściu Yancey’a jego kult zaczął roztaczać coraz szersze kręgi. Całe szczęście pozostawiony przez niego dorobek i marka nie zostały zredukowane do funkcji generatora łatwej kasy przez zachłannych wydawców.

Stąd bez obaw sięgnąć można (a nawet należy) po wydany właśnie nakładem Nature Sounds album „Jay Stay Paid”, zawierający materiał Dilli zmiksowany przez Pete’a Rocka. Co prawda na płycie pojawiają się raperzy, jednak to nie oni, a produkcja autora determinuje jej poetykę. Mamy więc osobliwie przetworzone próbki o funkowej i soulowej, a niekiedy jazzowej proweniencji, zaczerpnięte z najróżniejszych źródeł wypowiedzi, dialogi, strzępki jakiegoś popsutego electro i mnóstwo innych elementów – wszystko wymieszane z dużą wyobraźnią, ale zarazem z zachowaniem surowości, dobitności. Całość układa się w sugestywny, nieco duszny, psychodeliczny, odrealniony kolaż. Momentami Dilla w swej fantazyjnej wizji czarnej futurystyki jawi się niczym Sun Ra samplera. Doskonale widać jak wiele zawdzięczają mu przedstawiciele tak dziś modnego abstract hip-hopu. Obowiązkowa lekcja dla fanów wspomnianych we wstępie artystów!