Wydanie bieżące

15 lipca 14 (134) / 2009

Paweł Lekszycki, Robert Król,

Z NATURY NIE JESTEM CZŁOWIEKIEM BARDZO ZŁOŚLIWYM

A A A
Z Robertem Królem rozmawia Paweł Lekszycki
Paweł Lekszycki: Twój debiut książkowy datuje się na rok 2002. Wtedy opublikowałeś „Gatunki śniegu”. Poniekąd czuję się ojcem chrzestnym tej książki, nie przeceniając przy tym swej roli, o to bądź spokojny! Jako jurora II edycji konkursu im. S. Czycza oczarowała mnie orgia słów i obrazów oraz wyobraźnia językowa, rzecz jasna. Jaki masz dzisiaj stosunek do swych juweniliów?

Robert Król: To prawda. W pewnym, bardzo unikalnym sensie stałeś się dla mnie kimś w rodzaju ojca chrzestnego, a to dlatego, że jako pierwszy z grona redaktorów zwróciłeś uwagę na moje teksty. Instytucję ojca chrzestnego powołałem do życia na potrzeby własne, ale i okołoliterackie w roku 2002. Jednak dla pewnego porządku warto przypomnieć, że nastąpiło to nieco wcześniej, jeszcze przed właściwym debiutem książkowym. Wydarzenie miało miejsce przy okazji publikacji arkusza poetyckiego z kilkoma moimi wierszami na łamach „Kursywy”, dwumiesięcznika, który prowadziłeś z Pawłem Sarną, Wojciechem Brzoską i Adamem Pluszką, a który to był dołączany w swoim czasie do czasopisma „Opcje”. Wobec powyższego pytania, korzystając z nadarzającej się okazji, chciałem narobić trochę bałaganu w wypowiedzi i po raz czterdziesty i czwarty złożyć na twoje ręce uprzejmą prośbę o autorskie ksero wspomnianego numeru, którego już nie można nigdzie dostać. Z natury nie jestem człowiekiem bardzo złośliwym, ale ponieważ sam przywołałeś mnie do tablicy, to zebrało mi się na przesympatyczne skądinąd wspominki. Myślę, że gdybyśmy się mieli dłużej spierać, to za nominalny debiut należałoby uznać właśnie arkusz sporządzony pod twoją redakcją. Natomiast do swojego książkowego debiutu mam zdrowy, ponieważ zdystansowany, stosunek. Debiut to zawsze coś koniecznego. Osobiście takie wydarzenie w życiu każdego twórcy traktuję jako trampolinę do lepszej literatury, która jest nieunikniona i musi prędzej czy później nadejść wraz z kolejnymi propozycjami książkowymi. Debiut to debiut. Przykłady można mnożyć.

P.L.: Na Twojej stronie autorskiej informujesz, że za prawdziwy debiut należałoby jednak uznać „Lidę”, bo to ona „prawdopodobnie najlepiej oddaje specyficzny charakter krzyżowania się poetyckich technik, którym Król chciałby podlegać”. Jakim technikom chciałby zatem podlegać skutecznie Robert Król – poeta?

R.K.: Gdybym miał być złośliwy po raz wtóry, to bym odpowiedział, że takim oto technikom, które zawiera w sobie „Lida”. Nie chcę być złośliwy po raz wtóry, ale tak właśnie jestem zmuszony odpowiedzieć, ponieważ na to pytanie powinni jednak udzielać wyjaśnień komentatorzy zajmujący się w tym kraju literaturą. „Lida” to rzecz skończona i w tych kategoriach zawsze traktowałem tę książkę. Zawiera wiele pożytecznych spostrzeżeń, których już nigdy nie da się powtórzyć; które powstały pod wpływem pewnych okoliczności w bardzo niepewnym czasie. Książka od momentu wydania jest niestety nie do kupienia. Ale dysponuję jeszcze resztkami nakładu. Od czasu do czasu w formie podarku trafia ona do osób zainteresowanych. Wszelkie informacje można znaleźć na mojej autorskiej witrynie pod adresem: http:/www.robertkrol.art.pl. Pod tym samym adresem można też natrafić na „Lidę” w wersji elektronicznej.

P.L.: Komu lub czemu chciałbyś jeszcze podlegać? Możesz wyjawić swoje preferencje, marzenia, ukryte pragnienia?

R.K.: W tym momencie na pewno nikomu. Może raczej czemu. Np. potoczystemu wierszowi, który bez względu na porę roku czy dnia, nastrój, zasobność portfela i pogodę ma zdolność samoistnego niesienia się pod palcami wszerz klawiatury.

P.L.: Wróćmy więc do literatury i faktów. Studiowałeś polonistykę na UJ w Krakowie. Pracę magisterską poświęciłeś Andrzejowi Sosnowskiemu. Nie unikniesz więc pytania o znaczenie jego poetyki w kształtowaniu Twojej wrażliwości literackiej i Twojego warsztatu…

R.K.: Oczywiście znaczenie twórczości Andrzeja Sosnowskiego dla literatury polskiej jest po prostu nie do przecenienia i wie to każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z dorobkiem autora „Taxi”. Nie potrafię jednak powiedzieć, na ile dykcja warszawskiego poety mogła wpłynąć na moje myślenie o wierszu; na ile mogła przyczynić się do skonstruowania jego umownej osobowości. Z drugiej strony, równie dobrze moglibyśmy zacząć dosyć poważnie zastanawiać się nad tym, co wartościowego mogłem wynieść z dokonań poetów: Adama Mickiewicza, Tadeusza Micińskiego albo Antoniego Malczewskiego. Odważnie myślę sobie, że twórczość wyżej wymienionych panów w niemniejszym stopniu kształtowała kiedyś moją wrażliwość literacką; że ci literaci w swoim czasie w niemniejszym stopniu decydowali o kształcie mojego warsztatu. Z całą pewnością wpłynęli też inni.

P.L.: A nie obawiasz się, że to znaczenie będzie owocować nadto częstym zestawianiem wierszy Twoich i Sosnowskiego?

R.K.: Jeżeli ktoś bardzo chce zestawiać, to będzie to robił niezależnie od czynników przemawiających przeciwko takim praktykom. Papier przyjmie naprawdę wszystko. Natomiast jeśli kiedyś nadejdzie odpowiedni moment i znajdzie się komentator, który zadecyduje, że jedynym i koniecznym aspektem poprawnej recepcji tych czterech jak do tej pory książek jest udoskonalanie ich właściwości poprzez posługiwanie się np. metodami filtrowania mojej literatury przez literaturę innych twórców, to gorąco zachęcałbym również do pozestawiania próbek wziętych na warsztat nie tylko z wierszami Andrzeja Sosnowskiego, ale też z wierszami Adama Mickiewicza, Tadeusza Micińskiego i Antoniego Malczewskiego.

P.L.: Michał Kasprzak w recenzji z „Habitatu” napisał, że są dykcje, których nie sposób czytać, korzystając z gotowych schematów. „Nie sposób ich sklasyfikować i usystematyzować”. Czy pokusiłeś się kiedykolwiek, by na literackiej mapie Polski lub świata postawić kropkę i zapisać przy niej swoje nazwisko oraz przypisek: „Tu jestem”?

R.K.: Teraz, w tym momencie jestem tu, czyli w Krakowie. Przedtem przez dwadzieścia dwa lata przebywałem w moim rodzinnym mieście Jaśle. Nigdy nie próbowałem usytuować się w inny sposób, tym bardziej nie w ten, biorąc sobie za jedyny punkt odniesienia literaturę i jej powinowactwa. Jeśli Michał Kasprzak pisze takie słowa w roku 2005, to łatwo policzyć, że do dziś upłynęło przeszło cztery lata. Było naprawdę sporo czasu, żeby się nad tym zagadnieniem zastanowić; żeby dookreślać, uściślać klasyfikację i systematyzować przemyślenia. Michał całkiem nieźle zna się na rzeczy. Trzeba by zatem zaaplikować powyższe pytanie Michałowi.

P.L.: Czy pracując nad książką, zakładasz jakiegoś konkretnego adresata? Jakich reakcji się po nim spodziewasz? Kim jest?

R.K.: Za każdym razem adresatem moich książek jestem ja sam. Nie można podczas pisania spodziewać się, że wiersz trafi do jakiegoś odbiorcy, po którym będziemy oczekiwać jakichś reakcji, niby to wynikających z przekazów, sądów i tajemniczych drugich den, krużganków, spiżarni i schowków, zaprogramowanych w wierszu. Niebezpiecznym dla twórcy jest chyba zakładanie z góry, że odbiorca jest kimś i jest jakiś, że ma jasne włosy, niebieskie oczy, lubi kawę w filiżance, alkohol w smukłym szkle i o poranku dni parzystych gra w tenisa na pobliskim korcie trawiastym, bo cierpi na astmę i kort żużlowy wpędziłby go do grobu. Ten proces myślowy nazywany jest potoczne fantazjowaniem. Oczywiście cieszymy się, kiedy ktoś czyta nasze wiersze. Dzieje się jeszcze lepiej, kiedy po przeczytaniu komentuje je w jakikolwiek sposób. Niezwykle cenię sobie ludzi, którzy traktują sprawy literatury poważnie łamane przez odpowiedzialnie i potrafią o niej bez żadnych kompleksów rozmawiać. Ale z reguły dzieje się to po całym procesie pisania, po żmudnym okresie przygotowań, powrotów do tekstów, nanoszenia poprawek etc. W czasie, o którym mowa w pytaniu, adresatem jestem ja sam.

P.L.: Zdarzyło Ci się narzekać na brak recenzentów, a przynajmniej takich, którym udało się otrzeć o prawdę, jaką zakodowałeś w swoich wierszach?

R.K.: To pytanie chyba nie jest skierowane do mnie. Nigdy do nikogo nie miałem żadnych pretensji, nikomu nie życzyłem źle, nie rzucałem rękawic, nie pojedynkowałem się czy to w sprawach literatury, czy też w obronie jakichkolwiek innych spraw. Krytyka zajmuje się tym, czym w danej chwili ma ochotę się zajmować. Jest to święte prawo krytyki. Święte prawo osoby piszącej wiersze leży w przeogromnej sile poezji. Otóż poezja nie podlega żadnej koniunkturze. Oczywiście wciąż zauważamy tzw. dykcje i odmiany wiersza, przypisywane np. poszczególnym epokom lub generacjom twórców, ale nie są to wytwory podyktowane prawami rynku. Nikt mi nigdy nie powie, że to się nie sprzeda, więc trzeba zmienić końcówkę albo cudownie przywrócić do życia Tadka, który wpadł do studni. Szanuję wybory krytyków i rozumiem mechanizmy. Jeśli krytycy nie mają ochoty na komentarz w tym momencie, to nie jest wcale wykluczone, że mogą mieć w innym; za dwa lata, za pięć albo dwadzieścia. Gdybym podejmował wszelkie próby poetyckie z założeniem, że ktoś to kiedyś musi przeczytać i jeszcze o tym cokolwiek napisać, to z całą pewnością nie poradziłbym sobie z bagażem kredytu zaufania, który bym niejako powierzał czytelnikom i komentatorom. Osobiście od dawna nie przeprowadzam już żadnych autopsji na wierszach. Nieudany komentarz do wiersza to pierwszy zwiastun jego niechybnej śmierci, być może czasem przedwczesnej, to groźba wygasania desygnatów i znaczeń, które ze sobą niesie tekst poetycki; a których niejednokrotnie nie da się przywrócić. Na pewno nie eksperymentowałbym już na moich ulubionych wierszach, w których mam wszystko odkodowane jak należy. Osobiście nie uważam się też za tajnego szyfranta na usługach królowej.

P.L.: Przeszło 60 wierszy, pisanych na przestrzeni kilku lat i pomieszczonych w „Pamięci podręcznej”, powstawało w Krakowie, czy tak? Jak określiłbyś klimat tego miejsca? Które z funkcjonujących w obiegu mitów środowiskowych najbardziej Cię irytują?

R.K.: Kraków to bardzo dobra rama dla moich nowych tekstów. Najlepsze ramy dla poezji to czas, miejsce i ludzie wplątani w jakieś językowe upodobania. Klimat? Jakiś jest, raczej umiarkowany, chyba środkowoeuropejski. Zaledwie jeden zjawiskowy, utarty mit środowiskowy, baśń, być może nawet podanie: to ze smokiem wawelskim w roli głównej.

P.L.: Pozwól, że na koniec zapytam jeszcze o „Czternastki”. Czym są? Kiedy się ich spodziewać?

„Czternastki” to przygodowa książka poetycka, składająca się z pełnowartościowych wierszy o wielkiej, zrealizowanej miłości, ojczyźnie i przyjaciołach. Można się ich oczywiście spodziewać, ale jak to w literaturze bywa najczęściej, trzeba poczekać. Tutaj nie ma miejsca na pośpiech. Liczy się nieprzekraczalna granica cierpliwości własnej oraz tej, która jest chyba ważniejsza i zazwyczaj leży po stronie wydawcy.

P.L: Dzięki.