Wydanie bieżące

15 lipca 14 (134) / 2009

Marcin Wilk,

OPIESZAŁE (OPIESZAŁE)

A A A
Nie umiem się znaleźć z nową (starą) powieścią Jelinek, którą niespodziewanie, dokładnie w środku upalnych dni, podsunęło mi do lektury wydawnictwo W.A.B.. Czołgałem się z nią przez kilka wieczorów i poranków po podłodze lenistwa, by zaczynać po wiele razy, ciągle od początku. Pot spływał po skroniach, literki się rozmywały, a zdania tasowały w niebezpiecznie dwuznacznych konfiguracjach. Chciałem się tym martwić i zarazem nie umiałem się martwić, gdyż w wakacje nieformalny pakt z samym sobą podpowiada, by się nie biczować w związku z niespełnionymi obowiązkami. A jednak. A więc upał & Jelinek, Jelinek & upał. Synonimy. Rewers & awers lektury, która zaczęła się dopiero w momencie, gdy się skończyła. Nie żartuję. Tak właśnie było i tak właśnie przez te kilka akapitów będzie. Także i po to (jeśli nie po to przede wszystkim), byście wiedzieli, co Was czeka, gdy już rękę po „jesteśmy przynętą kochanie!” wyciągniecie. Bogaci, którzy nie widzicie, jak biedni jesteście. Biedacy, na których bogactwo czeka na wyciągnięcie ręki.

„nie będzie to poważne dzieło jakich wiele raczej takie o swoistej gładkości. lekka przyjemna wakacyjna lektura na beztroski letni urlop. książeczka po którą państwo sięgną z przyjemnością nawet w czasie tak zwanej kanikuły w trakcie wygodnego leżakowania na plaży lub siedzenia na łące w lesie i w żaden sposób ona państwa nie obciąży wydarzeniami politycznymi wielkiej wagi okrucieństwami popełnianymi na świcie czy w ojczyźnie lub trudnymi problemami. nareszcie książka która nie męczy lecz relaksuje i służy rozrywce, a przy tym zawiera wiele pożytecznych informacji i porad w jaki sposób mogą państwo urozmaicić sobie życie. świetnie (świetnie)” – brzmi w całości rozdział 10 tej książki & brzmi znamiennie, gdyż Jelinek wytacza tam w sposób dosłowny kilka kul z armaty pióra swego, co to przejmuje władzę nad naszą wyobraźnią.

Jakież to narzędzia zbrodni użyte są tu?

Po pierwsze zatem. Brak interpunkcji wedle uznanych reguł słownikowych, a także składnia dziwna & nielogiczności. Przy okazji zwrócę uwagę, że Jelinek jakby anarchistycznie (owszem, nie nowy to zabieg) & prowokacyjnie robi błędy punktowane na egzaminach maturalnych tzw. kultur rozwiniętych ostro & konsekwentnie jako błędy podstawowe. Proza dzięki temu wybija swój rytm. Poza wymienionymi dochodzą do tego: powtórzenia nawiasowe (powtórzenia nawiasowe), mieszanie wątków (kompletne & zwodnicze, choć precyzyjne & zasadnicze) oraz nieprzejrzystość narracyjnej pozycji, która huśta się rozpaczliwie od języka mediów & ich konsumpcyjnego posmaku (co jest pożywką do gorzkiej ironii czy tworzywem artyzmu? – tego się nie dowiemy prędko) do absolutnie skrajnego zespolenia języka z intymną powłoką ludzkiej egzystencji. A wszystko to rozbite. Jakby byle jak (choć nie byle jak).

Po drugie następnie. Rzekomy brak polityczności, okrucieństwa & problemów trudnych to prowokacja, bo prawda jest inna zupełnie & dość okrutna właśnie, choć – w stylu charakterystycznym dla całości – przewrotna także. Polityka pulsuje na przykład ponad niepozornymi komentarzami na temat rozszalałej konsumpcji i przesadnego oraz beznadziejnego reżimu zadawanego własnemu ciału (co dotyczy w równym stopniu kobiety, jak i mężczyzn; więc nie tylko znowuż od razu tylko feminizm, Drodzy-Wpychający-Jelinek-Do-Jednego-Worka). Ocena, choć nie wystawiona wprost, jest wielokrotnie zasugerowana & nie jest to ocena pozytywna, dodam od razu. Okrucieństwo (seksualne) czy też problemy trudne (seksualne) zaś piętrzą się na wielu poziomach i mimo pozornej satyry w tkance tej fabuły, wyraźne są one aż nadto. Dość tu napisać (co zresztą systematycznych czytelników innych książek Jelinek nie zdziwi), że seks ma gorzki smak (gwałtu czasem & żenującego spektaklu jakiegoś z pogranicza w ogóle czegokolwiek), radość szybko zmienia się w smutek, a za pewnością siebie często kryje się rasizm, nienawiść & pogarda (rasizm, nienawiść & pogarda). Bardzo to mało budujące, przyznajmy sami, zjawiska & fakty, o których nie czytamy znowuż tak często, tak ostro & tak gorzko w literaturze (mimo iż się czasem wydaje, że cała ona z tego zrobiona). A raczej: które przebijamy na co innego, o czym czytamy gdzie indziej. Że zacytuję samą autorkę: „narkotyki i zniechęcenie życiem są na porządku dziennym. a ludzie chętnie czytają o tym w gazetach”.

Po trzecie wreszcie. Żaden to relaks, rzecz jasna, a sprawa wielce poważna. Natrętna wręcz, denerwująca, przyprawiająca o ból głowy czasem, męcząca, jak na pisarkę austriacką, laureatkę Nagrody Nobla, niespokojną duchem & piórem przystało. Wydawnictwo odważnie etykietyzuje „jesteśmy przynętą kochanie!” jako „satyryczną powieść pop”, ulegając, zdaje się, radosnemu wrażeniu, które pozostawia wielokrotna lektura książki już po odłożeniu. Ale przecież w trakcie czytania nie sposób uciec od wrażeń następujących: trudny to tekst, wymagający skupienia to tekst, a co ważniejsze: przygnębiający to tekst bardzo, bardzo (bardzo). Nie o życiu pełnym wcale, nie o dążeniu do szczęścia zupełnego, ale o tym, jak naskórkowa jest rzeczywistość wypełniona wiadomościami z pierwszych (i ostatnich) stron gazet, tanią sensacją, pogonią za pieniądzem, sławą, egoistyczną zachcianką. Z tej perspektywy i w tej maniakalnej poetyce, którą na swój sposób & wedle swojego unikalnego przepisu językowego uprawia Jelinek, gadżety popkultury, jakie widzimy (wraz z nią?) na ekranie telewizyjnym najczęściej, pociągają nas i mocno do życia zniechęcają (zniechęcają do życia). Batman, superman, popularni wokaliści, postaci z kreskówek, reklam, pierwszych (i ostatnich) stron gazet przemielone przez chroniczną dysgrafię Jelinek tyleż nas fascynują, co odpychają, mierżą, obezwładniają. Bo wszak nie jest to ciepła w gruncie rzeczy & ironiczna w gruncie rzeczy wczesna książka Dubravki Ugresic w stylu „Stefci Ćwiek w szponach życia” (nawiasem mówiąc: to jest wakacyjna lektura całkiem dobra), tylko debiutancka Jelinek ze swoimi tak chętnie & potem w innych książkach opisywanymi groźnymi & potwornie ambiwalentnymi kreaturami.

Swoją drogą: chwytamy czulej za rękę dzięki temu wszystkiemu innych bohaterów, którym nie wiadomo czy współczuć czy od razu wysłać na szeroko zakrojone leczenie psychiatryczne koniecznie za pomocą środków chemicznych. Otto, manuel cortez maria y mendoza, emmanuel, white giant, ingeborg są tak skrajnie śmieszni w swej bezradności egzystencjalnej & niedbałości o swój los, a zarazem pragnieniu spełnienia wszystkich (powiedzmy) oczekiwań, jakie stawia przed nimi rzeczywistość, że od razu znajdujemy kogoś, wobec kogo czujemy rozpaczliwie skrajny dystans. Tu nie tylko nie ma mowy o utożsamieniu, ale nawet o zażyłość czy zwykłą sympatię trudno. Jelinek zdaje się gardzić swoimi bohaterami, żeby pokazać nam – domyślam się – że wszystko to tak samo wiele warte, jak i nic niewarte. I by, zdobywając cokolwiek & pamiętając o czymkolwiek, przygotować się na stratę & umiejętność zapomnienia. Jak pamięta się (& zapomina natychmiast) o bohaterach tej wcale nie tak satyrycznej, upierałbym się, jednak książki. I naprawdę nie przekonuje mnie tu nawet nagroda Tygodnia Młodzieży w Innsbrucku czy zachwyty krytyków nad jej dekonstrukcyjnym misterium majstersztyków pomysłów. Nie cieszy mnie to wszystko. Smuci raczej. Smuci, bo zdaje się tak paradoksalne, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać (płakać).

W skrócie to wszystko piszę i w zasadzie im bliżej do końca tekstu (mam świadomość, że ilość darmowych akapitów w ramach abonamentu cierpliwości czytelnika tej recenzji się kończy), tym bardziej język mi sztywnieje & wypluwa pojedyncze słowa czy, lepiej może nawet napisać, haki na tę książkę. Dwuznaczna & ambiwalentna. A poza tym. Dosłownie metaforyczna. Ponętnie odpychająca. Zdradziecko uwodząca. Precyzyjnie bałamutna. Genialnie błaha. Wszystko na raz & wszystko pojedynczo. Bo „jesteśmy przynętą kochanie!” nie należy przeczytać raz. Należy przeczytać ją dwa razy. Najpierw po to, by dostrzec jej geniusz. Następnie po to, by w geniusz zwątpić. Wątpić bowiem nie jest niczym zdrożnym. I do tego przecież namawia Jelinek. Nie tylko w tej książce. Czyżbyśmy złapali ją na czymś? Czy raczej ona nas złapała na czymś? Hm.

Wiem jedno: żałosny się jakoś czuję po tej lekturze. Źle to czy dobrze? Trudno powiedzieć. I na tym chyba główny problem (zachwyt) z Jelinek polega.
Elfriede Jelinek: „jesteśmy przynętą kochanie!”. Tłum. Anna Majkiewicz i Joanna Ziemska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009.