Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (135-136) / 2009

Tadeusz Kosiek,

SZUMIĄ DŹWIĘKI NA GÓR SZCZYCIE

A A A
Mountains „Choral”. Thrill Jockey, 2009.
Czwarta – po „Mountains” (Apestaartje 2005), „Sewn” (Apestaartje 2006) i „Mountains, Mountains, Mountains” (Catsup Plate 2008) – płyta nowojorskiego duetu nie przynosi właściwie żadnych zmian. I dobrze, bo po co poprawiać coś, co od lat się sprawdza.

Od początku swego istnienia, a właściwie nawet i wcześniej, bowiem tworzący grupę Brendon Anderegg oraz Koen Holtkamp jeszcze przed połączeniem swych sił nagrywali podobną muzykę jako soliści – pierwszy jako Brendon Anderegg lub po prostu Anderegg, drugi zaś ukrywając się pod pseudonimem Aero – Mountains porusza się w stylistycznym obszarze zdefiniowanym przez takich wykonawców, jak Eno, Fennesz, Popol Vuh, Minamo, Gas i John Fahey. Brzmienie zespołu opiera się na wykorzystaniu instrumentarium zapożyczonego z folku w jego odmianach zwanych acid i chamber oraz nurtu americana, poddanych subtelnym elektroniczno-komputerowym modyfikacjom i preparacjom, które delikatnie dopełniają przetworzone nagrania terenowe. Rezultatem tych muzycznych operacji są medytacyjno-ilustracyjne, melodyjne impresje z pogranicza folku, ambientu, dronowej oraz repetycyjnej wersji minimal music i łagodnej elektroakustyki. Owa synteza była charakterystyczna dla płyt wcześniejszych, z tym samym mamy do czynienia w również przypadku „Choral”. Zmiana wytwórni na niezależnego giganta – przynajmniej w porównaniu z oficynami odpowiadającymi za poprzednie płyty – nie wymusiła na duecie jakichkolwiek zmian stylistycznych.

Na najnowszy album duetu z Brooklynu złożyło się sześć nagrań. Płytę otwiera blisko trzynastominutowy epicki utwór tytułowy, dobitnie una-usz-niający, że wyimaginowana sesja nagraniowa grupy Harmonia i Gas (z okresu „Pop”) przynieść mogłaby efekt w postaci niezwykle ciepłej i intymnej wersji kosmische musik. Po nim przychodzi pora na „Map Table”, w którym folkowy temat grany przez gitary akustyczne powoli zanurza się w odmętach gorącej elektroakustycznej topieli. „Telescope” – nagranie numer trzy – również charakteryzuje wodna aura, gdyż melodii prowadzonej w unisonie przez kilka instrumentów towarzyszy odgłos ulewy. „Add Infinity”, czyli track nr 4, to przyjazny i ciepły dialog pomiędzy gitarą i syntezatorem, po raz kolejny utrzymany w duchu kosmische musik, ale tym razem w wydaniu à la Ash Ra Temple z drugiej połowy lat 70. ubiegłego wieku. Nagranie piąte – „Melodica” – to prawdziwe opus magnum płyty. Elektroakustyczny poemat dostojnie dryfujący od sonorystycznych igraszek z dźwiękami metalowych mis i dzwonków do crescenda ambientowego soundscape’u, którego nie powstydziłby się sam Brian Eno. Płytę wieńczy ambientowo-folkowa miniatura „Sheets Two” łagodnie wybudzająca słuchacza z trwającego od początku płyty stanu hipnozy.

Trzeba przyznać, że muzyka duetu Mountains nie jest szczególnie oryginalna, ale broni się rzadko spotykaną melodyjnością i bogatym, lecz nie przytłaczającym brzmieniem. Obdarzona zarówno prostotą folku, jak i wyrafinowaniem elektroakustyki może być uznana za folk dwudziestego pierwszego wieku, efektownie i efektywnie wykorzystujący możliwości techniczne współczesnego studia nagraniowego, a przy tym zachowujący naturalną aurę brzmieniową tradycyjnego instrumentarium. Rozszerzenie spektrum dźwiękowego nie powoduje utraty przez instrumenty ich naturalności i ciepła oraz nie zaburza klasycznego piękna prostych, ale nie banalnych melodii i harmonii. Gorąco polecam tę oraz pozostałe płyty Mountains, przede wszystkim tym słuchaczom, którzy chcieliby od czasu do czasu przy muzyce po prostu odpocząć.