ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

Jacek Mikołajczyk,

O WOLNOŚĆ DLA PIETRUSZKI, CZYLI TEATRALNE BECIKOWE

A A A
Felieton
Niech będzie, zacznę tym razem od polityki. Jeden z niedawnych cotygodniowych odcinków sit-comu zwanego z jakiegoś powodu polskim życiem politycznym poświęcony był problematyce mediów. Problematyce – bo z mediami jeden z dwóch (a może, jak ostatnio odkryła „Polityka”, z czterech?) klonów Wodza naszego narodu miał wyraźny problem. Mniejsza o rodzaj problemu, najbardziej zaskakujące były wnioski i proponowane rozwiązanie. Otóż okazało się, że nie ma w Polsce wolnych mediów. Media mamy zniewolone, bo dziennikarz musi słuchać redaktora naczelnego, a redaktor naczelny wydawcy. Rozwiązaniem miałoby być takie przekonstruowanie prawa, by dziennikarzowi gwarantowało wolność w stosunku do obu tych szczebli redakcyjnej drabiny.

Pomysł słusznie został wyśmiany, prawie we wszystkich mediach. Demokracja w redakcji? O co chodzi? To tak jakby walczyć o wolność i demokrację dla pracowników osiedlowego warzywniaka. Wredny właściciel każe zniewolonym pracownikom sprzedawać marchewkę, choć oni woleliby pietruszkę. To co, że klienci kupują wyłącznie marchewkę, a choćby najmniejsze partie pietruszki lądują nieodmiennie na śmietniku – wolny i niezależny pracownik osobiście preferuje pietruszkę i z tak niemoralnych powodów jak egoistyczna chęć nabicia kabzy właściciela-kapitalisty nie wolno ograniczać wolności pracowników do manifestowania swoich poglądów. Do kosza więc z marchewką, klientom proponujmy wyłącznie pietruszkę, a że oni nie mają na nią najmniejszej ochoty, to już ich, a nie ustawodawcy, problem. Również widmo bankructwa właściciela nie może być powodem ograniczania wolności pracowników dla wyrażania swego głębokiego przekonania co do wyższości pietruszki nad marchewką. Przecież żyjemy w demokratycznym kraju!

Głupie, prawda? Powiem więcej, cyniczne, bo w tego typu dywagacjach stawia się pytania w nieodpowiednim miejscu, wykorzystując tak nośne pojęcia jak „wolność” czy „demokracja” w opisie zjawisk i instytucji, które z natury rządzą się innymi prawami. Jak warzywniak, jak redakcja dziennika, jak teatr. 31 grudnia 2002 roku zmarł Kazimierz Dejmek. W ostatnich miesiącach życia był – zresztą po raz trzeci w swojej karierze – dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi. Teatr ten przeżywał w tym czasie kolejny ze swych okresów świetności. Zapoczątkował go Mikołaj Grabowski, który m.in. dzięki pozyskaniu takich współpracowników, jak Tadeusz Słobodzianek czy właśnie Kazimierz Dejmek, przywrócił kierowanej przez siebie scenie należne jej miejsce na mapie teatralnej nie tylko Łodzi, ale i całego kraju. Grabowski zebrał doskonały zespół aktorski; jego i – po przejściu dyrektora do Krakowa – Dejmka teatr był, jak pamiętamy, obiektem podziwu i zazdrości wszystkich.

Po śmierci Dejmka rozpoczął się głośny, szeroko opisywany przez ogólnopolską prasę, niezwykle dramatyczny, ale tak naprawdę żenujący wielomiesięczny spektakl niszczenia dorobku dwóch wybitnych dyrektorów i reżyserów przez zachłyśniętych świeżo zdobytą władzą polityków. Prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki i wyznaczony przez niego dyrektor Grzegorz Królikiewicz z uporem godnym lepszej sprawy krok po kroku dążyli do przemienienia sceny o krajowej randze w prowincjonalny wiejski kościółek. Nic dziwnego, że zaprotestował przeciw temu zespół teatru. Przez wiele miesięcy całe środowisko z podziwem obserwowało jego walkę z dyrekcją. Był to prawdziwy temat sezonu. Rozmawialiśmy o nim na bankietach, podpisywaliśmy się pod listami protestacyjnymi, popieraliśmy akcje ZASP czy nawet Ministerstwa. Efekty tej walki były dosyć mizerne. Królikiewiczowi udało się „rozwalić” teatr. Wreszcie poleciał i on, zostawiając swemu następcy ciężki orzech do zgryzienia. Zresztą, do dziś nie rozgryziony.

Ta jak najbardziej słuszna walka zespołu miała bardzo negatywne, niezamierzone przez łódzkich aktorów, skutki – o prawdziwie ogólnopolskim zasięgu. Stanowiła precedens. Pokazała, że się da. Skrajny rodzaj reakcji, do którego zrozpaczony zespół został zmuszony, stał się popularnym sposobem manifestowania poglądów na teatralny świat. Jeden, konkretny, szczególny, niezwykle specyficzny przypadek został podniesiony do rangi naczelnej zasady. Okazało się, że zespół, przy pełnej aprobacie opinii publicznej, może stawać okoniem przeciw decyzjom organów nadzorującym pracę instytucji. Może nie zaakceptować dyrektora, oprotestować jego nominację, nie zgodzić się. I że ma rację. A jeżeli ma rację w tym momencie, to zawsze. Również wtedy, gdy już ma dyrektora i gdy dyrektor mu się nie podoba. Bo sprzedaje marchewkę, a zespół woli pietruszkę.

Gdańsk. Marszałek zwalnia dyrektora Macieja Nowaka. Powody? Ponoć finansowe, w rzeczywistości – obyczajowe. Maciej Nowak to świetny dyrektor – przyznają prawie wszyscy. Zespół walczy. Już, już, wydaje się, że się uda, ale się nie udało. Marszałek się uparł. Odechciewa się samemu Nowakowi. Ale zespół walczy dalej. Marszałek wyznacza nowego dyrektora. Zespół się buntuje. Robi akcję. Zarzut w stosunku do nowego dyrektora? Właściwie jeden – nie jest Nowakiem ani żadnym z kandydatów wysuniętych przez zespół. Nowy dyrektor się wycofuje. Marszałek przez długi czas nie może wyznaczyć kolejnego, bo nikt nie chce. W końcu znajduje. Co dalej? Jeszcze nie wiadomo, sprawa w toku.

Częstochowa. Miasto, z poparciem zespołu, zwalnia dyrektora Marka Perepeczkę. Powód? Perepeczko robi farsy i komedie, a teatr powinien być „artystyczny”. Miasto zatrudnia Katarzynę Deszcz, żeby robiła teatr „artystyczny”. Zmienia się repertuar, sypią się nagrody – dla reżyserki, scenografów, teatru. Zespół się buntuje. Powód? Pani dyrektor nie gra fars. Szybko robi się ankietę wśród pracowników. Większość ankietowanych opowiada się przeciw. Tyle że większość spośród 2/3, którzy wzięli udział w ankiecie. Pani dyrektor rezygnuje.

Kraków. Opera zatrudnia do premier artystów z zewnątrz. Nie podoba się to artystom „wewnątrz”. I znowu ankieta, znowu bierze w niej udział część zespołu, znowu nieprzychylne wyniki. Dyrektor Karczykowski dowiaduje się od zespołu, że nie jest mile widziany. Obraża się. W końcu to jego nazwisko dodaje splendoru krakowskiej instytucji, nie odwrotnie. Ma co robić – jest światowej sławy tenorem i pedagogiem. Rezygnuje.

Lublin, Wrocław, znowu Kraków... We wszystkich tych miejscach w argumentach zespołu pojawiały się słowa: wolność, samorządność, demokracja. Wszędzie powoływano się na prawo do współkształtowania repertuaru sceny, do współdecydowania o jej programie i założeniach. Brzmi to pięknie, ale raczej nie sprawdza się w praktyce. Gdyby Grabowski czy Nowak kształtowali program teatrów według wymagań zespołu, nie osiągnęliby swoich sukcesów artystycznych. To przecież normalne, że dyrektorzy prowadzą teatry często wbrew woli, a prawie zawsze wbrew indywidualnym przekonaniom członków zespołu. Dyrektorzy wiedzą lepiej – z istoty rzeczy, przecież na tym polega ich praca! W większości przypadków, zanim teatr osiągnie sukces artystyczny i uznanie, musi przejść przez prawdziwą drogę krzyżową konfliktów, spięć, batalii, czasem życiowych katastrof części artystów. To okrutna prawda, ale teatr to nie zakład pracy chronionej. Problem polega na tym, że hierarchia i dyscyplina stanowią zupełną podstawę tego typu wieloosobowej instytucji. Kiedy artyści Teatru Wybrzeże walczą w obronie swojego dyrektora, to wszystko w porządku, jednak kiedy odejście tego dyrektora jest już przesądzone, to dalsza walka przestaje mieć sens. A dyrektor wyłoniony przez zespół, to już rodzaj instytucjonalnego kuriozum. Paradoksalnie, jego sukces będzie możliwy dopiero w momencie, kiedy przeciwstawi się zespołowi.

Zastanówmy się zresztą, w jakiej sytuacji znalazłby się Nowak, gdyby zespołowi udało się wygrać konflikt. Stałby się zakładnikiem własnego zespołu! Co by było z niepopularnymi decyzjami, gdyby na przykład po jakimś czasie był zmuszony do zwolnienia któregoś z artystów? A gdyby wydarzył się jakiś kryzys i trzeba by dokonać poważnych cięć w zespole czy w repertuarze? Pozycja nie do pozazdroszczenia. Źle się stało, że zwolniono dyrektora Nowaka, ale się stało. Dlaczego obrażać się na fakty?

Jak by to fajnie było, gdyby w teatrze panowała demokracja. Można by, na przykład, przeprowadzić kampanię, której przedmiotem byłoby dźwignięcie pensji wszystkim pracownikom, powiedzmy o 50%. Albo darmowe bilety dla rodziny. Albo darmowy bufet. Albo, że każdy aktor z okazji urodzin może sobie wybrać rolę. Takie teatralne becikowe. Na szczęście, na górze jest dyrektor. I nie pozwala. I sprzedaje ludziom marchewkę. Choć może czasem sam miałby ochotę na pietruszkę.