ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

Mariusz Grzebalski, Agnieszka Wolny-Hamkało,

O TYM, CO SIĘ DZIEJE, KIEDY NA POZÓR NIE DZIEJE SIĘ NIC

A A A
Fot. Elżbieta Orhon-Lerczak
Mariusz Grzebalski: życie i twórczość Z Mariuszem Grzebalskim rozmawia Agnieszka Wolny-Hamkało
Agnieszka Wolny-Hamkało: Masz na swoim koncie kilka książek poetyckich, lada chwila ukażą się wznowienia dwóch Twoich tomików, w Niemczech ukazał się spory wybór Twoich wierszy, w Polsce – właśnie wychodzi tom opowiadań, Ty zaś pracujesz nad powieścią, równolegle piszesz wiersze i powołujesz nową serię wydawniczą. Masz żonę, dwójkę dzieci i fajną pracę. Jak nazwałbyś taki moment w życiu? Czy myślisz o sobie „jestem facetem spełnionym”?

Mariusz Grzebalski: Nie mam powodu do narzekań, choć z drugiej strony nie napisałem jesz-cze książki, która dałaby mi prawdziwą satysfakcję. Takiej, na którą czekam, od kiedy zacząłem pisać. „Słynne i świetne” jest blisko, „Człowiek, który biegnie przez las” jest blisko, ale... Najciekawsze jest to, że coraz częściej czuję się tak, jakbym dopiero zaczynał. Kiedyś wydawało mi się, że sporo wiem, teraz – że dopiero się uczę. Poza tym spełnienie to dotarcie do ściany, za którą nie ma żadnego „dalej”. To meta, a najciekawsze rzeczy dzieją się na trasie.

A.W.-H.: Rozmawiałam kiedyś z Jerzym Łukoszem, który zdradził mi, że dla niego napisanie wiersza jest jakąś wartością nieziemską, że to się jemu bardzo trudne wydaje, że nie potrafi. Znam także poetów, którzy próbują pisać prozę i co dwa lata coś im się wymsknie, ale chowają przerażeni. No bo ilu znamy takich, co to dobre wiersze i dobrą prozę piszą? Nie jest może tak, że obie rzeczy wymagają innych temperamentów, innej energii, innej umiejętności, wreszcie – innego rodzaju inteligencji? A może gładko zła-miesz ten stereotyp? Prawdziwy on, czy niemądry?

M.G.: Rozumiem Łukosza, dla mnie napisanie wiersza też powoli staje się nieziemską sprawą (śmiech). Ale mówiąc poważnie, przede wszystkim nie spodziewałem się, że przy prozie jest tyle pracy. Myślałem, że wystarczy napisać i – proszę bardzo – gotowe. Przeliczy-łem się.. Nagle okazało się, że zdanie w opowiadaniu musi być równie precyzyjne, co fraza wiersza. Że błędy w prozie strasznie się kumulują, bo tych zdań jest bardzo dużo. To banał, ale zrozumiałem go dopiero wtedy, kiedy przećwiczyłem to na własnej skórze. Generalnie jednak nie ma dla mnie większej różnicy, nie muszę się szczególnie przestawiać, raz pisząc wiersze, a kiedy indziej prozę.

Moje opowiadania to do niedawna była moja prywatna przyjemność. Pisałem je, kiedy nie pisałem wierszy albo kiedy powstawało ich za dużo. Najstarsze z nich mają prawie dziesięć lat. To ciekawe doświadczenie, znów ustawić się w pozycji debiutanta i wziąć za nie odpowiedzialność. Ale, gdybym uważał, że nie warto, nie wydawałbym książki.

A.W.-H.: Olga Tokarczuk mówiła mi o niechęci wydawnictw do opowiadań, o po-wszechnej opinii, że takie duże, ciężkie słowo jak „powieść” ma inną moc przyciągania czytelnika niż opowiadanie. Jednocześnie w Europie toczy się bój o oddanie należnego szacunku short-story, w Londynie istnieje nawet front na rzecz short-story, w Chorwacji powołany został specjalny festiwal. Wszędzie powstają instytuty story-telling. Jak to jest z tym niejednoznacznym statusem opowiadania, jak to czujesz Ty, jako twórca opowiadań?

M.G.: Niestety nie wiem, jak to wygląda w Chorwacji czy w Londynie. W Polsce jest organi-zowanych dużo konkurów na powieść, na zbiór opowiadań nie ma żadnego – to symptoma-tyczne. Powieści podobno lepiej się sprzedają... Cóż, wydawnictwa dążą do profesjonalizmu, wiedza na temat potrzeb czytelników nie bierze się znikąd. A z potrzebami trudno dyskuto-wać. Wydawca, o ile chce się utrzymać, musi brać je pod uwagę.

A.W.-H.: Ten popyt na powieść nie jest odrobinkę paradoksalny? Mówi się przecież gremialnie, że żyjemy w czasach straszliwego niedoczasu i pochłaniamy papkę, bo nie mamy czasu przeżuwać. Czytanie migawkowych short-story zamiast powieści wpisywałoby się w ten kontekst. To znaczy, skąd u licha takie deklasowanie opowiadania i to teraz, kiedy można by je połknąć szybciej, nawet, za przeproszeniem, w poczekalni? Bo tradycja jest przecież fantastyczna: Gogol, Poe itd.?

M.G.: Myślę, że popyt na powieść nie jest paradoksalny. Paradoksem byłby łatwy odbiór krótkich form, zwłaszcza w sytuacji, kiedy ludzie czytają książki z doskoku, co rzeczywiście stało się sytuacją typową. Zobacz, co się dzieje z telewizją, gdzie królują rozciągnięte do nie-przyzwoitości seriale o niczym. Ale jest tam bohater czy grupa bohaterów, z którymi widzowie mogą się utożsamić. W literaturze jest podobnie – w przypadku krótkich form nie ma na czym skupić uwagi. Nie ma rozwiniętej fabuły ani szczegółowo przedstawionych postaci. Jest urywek sytuacji. Czytelników nie interesuje układanie takich puzzli. Wolą gotowca, czyli powieść.

A.W.-H.: A moja sąsiadka ciągle kupuje puzzle i wiesza sobie w ramkach na koryta-rzu takie różne okręty i stoki. Bo a propos układania – myślę sobie, że to musi być bardzo trudne: ułożenie książki z opowiadań, które powstały na przestrzeni dziesięciu lat. Jak sobie z tym poradziłeś? Co je spaja? Jak wyglądała Twoja praca nad zbiorem?

M.G.: Nie kombinowałem, tylko ułożyłem je chronologicznie. Praca polegała głównie na skracaniu. Część z tych tekstów ma „gadany” charakter, chciałem, żeby była to „gadanina” zorganizowana, choć nie do przesady. Dlatego one są niekiedy niedoskonałe. Może nawet te drobne felery interesują mnie najbardziej. Widzisz, poczułem ochotę na napisanie czegoś in-nego niż moje wiersze. Nie tak dopiętego, wyśrubowanego. Chciałem nieco inaczej ustawić głos, trochę więcej powiedzieć, trochę mniej przemilczeć.

Co je spaja... Przede wszystkim postać głównego bohatera, który nie jest wprawdzie jedną osobą, ale to zawsze ktoś z mojego pokolenia. Studia na początku lat 90., praktyki robotnicze, wejście w życie zawodowe pod koniec lat 90. Siłą rzeczy on ma trochę wspólnego ze mną, niemniej te opowiadania to nie dziennik intymny czy coś w tym rodzaju. To teksty o ważnych z mojej perspektywy drobiazgach. O tym, co się dzieje, kiedy na pozór nie dzieje się nic.

A.W.-H.: Mariuszu, a mógłbyś opowiedzieć, co dzieje się z czasem podczas pisania wiersza, opowiadania i powieści? Czy to czas, czy temat decyduje o przyjęciu jakiejś formy? Co decyduje o skropleniu się energii, pomysłu – w wiersz, opowiadanie albo powieść?

M.G.: Czas nie jest najważniejszy. W przypadku wierszy coraz częściej decyduje zdanie lub układ zdań. Usłyszę coś albo przeczytam – i już mnie kręci, żeby coś z tym zrobić.. Na przykład dopisać dalszy ciąg – na zasadzie komentarza, rozwinięcia albo opozycji. O powieści nie ma co mówić, nie skończyłem jej i długo jeszcze nie skończę. W każdym razie punktem wyjścia jest pytanie o zmianę w rozumieniu wartości. Jak to jest, że do pewnego momentu żyjemy z nimi w zgodzie, a potem stawiamy pod znakiem zapytania, definiujemy na nowo albo odrzucamy? W „Niekochanej” czwórka bohaterów uwikłana jest miłosny czworokąt. Wszy-scy kochają, intencje są dobre, ale efekty fatalne. Moi bohaterowie kiepsko kończą, bo zaufali uczuciom.

A.W.-H.: No właśnie, jak to jest, że czasem – chociaż wszyscy kochają – w efekcie kończy się na bólu i cierpieniu? I czy jest tak, jak w wierszu Różyckiego, że „Jeżeli to z miłości, będzie nam wybaczone”?

M.G.: Nie wiem, jak to jest. Moi bohaterowie też tego nie wiedzą. Oni przekraczają pewne granice, a potem w przyspieszonym tempie stają się innymi ludźmi – nie ma powrotu do stanu „sprzed”. U jednego z nich wywołuje to żal, drugi obojętnieje, ale Roberta Kuehna, postać numer jeden, cierpienie uczłowiecza. Staje się wolny – zbiorowość, w ramach której funkcjonuje, przestaje być dla niego najważniejszym punktem odniesienia. Wszyscy myślą o nim „przegrany facet”, ale on czuje ulgę, bo w końcu rozumie, kim jest i na czym faktycznie mu zależy.

A.W.-H.: Mariuszu, czy Ty czujesz się jakoś ułożony środowiskowo? Czy uczestniczysz w takim zjawisku, jak środowisko? Uczestniczyłeś? Jeśli tak – szepnij słówko na temat, jeśli nie – jest to jakoś dotkliwe? Łatwiej się pisze/publikuje/funkcjonuje tym, którzy mają tego rodzaju wsparcie?

M.G.: Jestem częścią środowiska, ale aktywność środowiskowa nie jest tym, co mówiąc – kolokwialnie – najbardziej mi leży. Dlatego nie bardzo się udzielam. Z paru osobami łączą mnie związki koleżeńskie, z paru innymi przyjacielskie – głównie z Biura Literackiego, ale nie tylko. Czasem żartuję, że jestem poetą śląskim pochodzącym z Łodzi, czasowo przebywającym w Poznaniu. Niestety tak zwane środowisko w coraz większym stopniu składa się z ludzi, którzy zrobią wszystko, żeby wskoczyć na afisz – może to i normalne, ale dla mnie mało interesujące.

A.W.-H.: Kiedyś Tadeusz Dąbrowski powiedział mi, że tak naprawdę cała poezja jest poezją „religijną”, a Maciek Melecki, że nie ufa człowiekowi, który pisze wiersze i mówi, że nie wierzy w Boga. Jak myślisz, skąd takie radykalne opinie, takie bezpośred-nie wiązanie poezji z Bogiem. Czy Ty też tak wiążesz?

M.G.: Maciek tak mówi? To ciekawe... W poetyckim stosunku do świata rzeczywiście jest coś religijnego – pisanie wierszy to w pewnym sensie wiara w wyższy porządek, jego manifestacja. To „nie” mówione chaosowi. Więc generalnie, jeśli bardzo się chce, można uznać, że Tadeusz ma rację, ale tylko i wyłącznie przy założeniu, że jego wypowiedź ma ogólny i meta-foryczny charakter. Daje się przecież pomyśleć biegun przeciwny i masę figur pośrednich.

A.W.-H.: Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy ta rozmowa z Maćkiem nie odbywała się późną porą w jakimś lokalu, więc jego wypowiedź mogła mieć charakter impre-syjny. Pięknie mówisz o poezji jako o „wierze w wyższy porządek”, ale czy jako poeta czujesz się za słowo bardziej odpowiedzialny, czy odwrotnie – raczej „porządkujesz” sobie wielorako, bez takich obciążeń nazwijmy to „etycznych”, choć broń Boże nie chodzi o żadne staropolskie nauczania. Pewien mądry przyjaciel postawił taki problem. Co o tym sądzisz?

M.G.: Tymczasem niczego nie porządkuję; siebie też nie. Czekam, aż porządek sam mnie znajdzie (albo nie). Eksperymentuję, testuję różne rozwiązania, ale nie wybieram żadnego z nich jako obowiązującego. Wprowadzam wirusy do tego, co piszę i obserwuję, co z tego wy-nika. To dość specyficzny moment, w sumie trudny. Chyba nie potrafię o tym więcej powiedzieć.

A.W.-H.: Zdarza się, że podmiot z wiersza zamieszkuje opowiadanie? Że pani z Twojego wiersza wdepnie w Twoją powieść? Że historia zacznie się w wierszu, a skry-stalizuje w prozie? Czy Twój podmiot żyje długo i przenosi się? A postacie? Dręczą?

M.G.: Tak, choć nie w prostym sensie. To ta sama przestrzeń, a podmiot/bohater jest typem wędrującym. On nie tyle ją zamieszkuje, co stwarza – właśnie przemieszczając się. „Mapa”, która w ten sposób powstaje, jest efektem tego ruchu, nie jego celem. Istotny jest właśnie ruch, przemieszczanie się, wędrówka i zmiana, którą powoduje. Oczywiście podmiot/bohater nieustannie się mutuje, przekształca i modyfikuje. Wszystko dzieje się w czasie – „on” jako „nie-on” i „oni”. W sumie widzę go jako pewną stałą, ale o zmiennych cechach.

A.W.-H.: Taka bohaterka to chyba idealna kobieta do kochania, prawda? Stała, ale o zmiennych cechach?

M.G.: W opowiadaniach bohaterami są głównie mężczyźni. Kobieta jest jedną z bohaterek powieści. Ona/nie-ona występuje także w moich wierszach. Ja z nią często za ich pośrednic-twem „rozmawiam”. Ale widzę ją raczej jako konkretną osobę. Ja-piszący, ja-czytelnik. Nie stwarzam jej z niczego, ale wyposażam w cechy, które rzeczywiście występują u pewnej osoby. Nie wynika stąd proste odwzorowanie – literatura to przestrzeń kreacji, nie odtwarzania. Czy ona idealnie nadaje się do miłości? Kobieta, która jest niezmienna w uczuciach, ale wciąż czymś zaskakuje – myślę, że tak. Z kimś takim nie sposób się nudzić.

A.W.-H.: Skoro rozmawiamy o miłości: jest jedna?

M.G.: Jako siła sprawcza, pobudzająca człowieka do życia – tak. W wąskim sensie, jako relacja między ludźmi, zwłaszcza między kobietą i mężczyzną, jest zmienna, w czym znów decydującą rolę pełni czas. Inaczej kochamy jako ludzie młodzi, inaczej jako dojrzali, jeszcze inaczej na starość. Zdarza się, że w różnym czasie kochamy różne osoby. To chyba naturalne.

A.W.-H.: A sny? Grają rolę?

M.G.: Grają, zwłaszcza w opowiadaniach. Tam dość często jawa miesza się ze snem. W „Kempingu” sen jest nawet elementem wiodącym. Podobnie w „Mężczyźnie, który biegnie przez las” i w kończącym zbiór „Po godzinach”, choć na nieco innych zasadach. Natomiast w powieści wszystko zaczyna się i kończy na werystycznym opisie. Ale będzie książka – to będzie okazja, żeby o tym pogadać.

A.W.-H.: Bardzo chętnie porozmawiam z Tobą o tym.

M.G.: Ja z Tobą również. Dziękuję.