ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

Joanna Wojdas,

MARIA KALANIEMI

A A A
„Below Poetry”. Intuition 2005.
Kobieta grająca na akordeonie to rzadkość. Trzeba dłuższą chwilę poszperać w pamięci, żeby dokopać się do dwóch (relatywnie) dość znanych nazwisk: Pauline Oliveros i Marii Kalaniemi. Ta ostatnia wydała niedawno solową, autorską płytę. Zawiera ona muzykę liryczną i nastrojową.

Akordeon to ciężki, nieporęczny i wymagający sporej siły fizycznej instrument, w sam raz dla żwawego Latynosa. Ten i temu podobne stereotypy, a także – bądź co bądź – realne utrudnienia nie zraziły Marii, która uznawana jest za wirtuozkę akordeonu. Ponadto jest kompozytorką, aranżerką, nauczycielką i wokalistką. Urodziła się w Finlandii. Od ósmego roku życia gra na akordeonie guzikowym. Najpierw przez jedenaście lat studiowała grę klasyczną, potem zwróciła się ku swoim fascynacjom i kontynuowała naukę w nowo otwartym departamencie muzyki folkowej Akademii Sibeliusa. Jej muzyka, szczególnie w warstwie melodycznej, czerpie inspirację z bałkańsko-skandynawskich tradycji. Z tych samych źródeł pochodzi zamiłowanie Marii do improwizacji, która przybiera formę wariacji wokół prostych, lirycznych melodii. Klasyczna edukacja i obycie w muzyce współczesnej dały jej wirtuozerską biegłość, a także opanowanie skomplikowanych i nietypowych dla muzyki folkowej awangardowych technik gry. Jej kompozycje dotykają wielu gatunków, oprócz wyżej wymienionych, także jazzu, tanga i piosenki francuskiej. Zasłynęła przede wszystkim z udziału w inspirującej się skandynawskim folkiem grupie Aldargaz oraz w międzynarodowym fajerwerku na pięć akordeonów – The Accordion Tribe, którego pomysłodawcą był Amerykanin Guy Klucevsek. Obok niego i Marii, w projekcie udział wzięli: Bratko Bibic, Otto Lechner i Lars Hollmer.

Być może to ostatnie doświadczenie zachęciło Marię do pójścia o krok dalej i uczynienia z akordeonu podstawy zindywidualizowanej, solowej wypowiedzi. Pomimo dużych możliwości wyrazowych, kolorystycznych i dynamicznych oraz swoistej dwugłosowości, jakimi dysponuje akordeon, nagranie solowego albumu grozi w przypadku tego instrumentu redukcją muzyki do (na dłuższą metę) nużącego, bo skupionego tylko na technicznej ekwilibrystce, wirtuozerskiego popisu. By uniknąć pułapek monologiczności, akordeonista Kimmo Pohjonen wspomaga się elektroniką. Maria – nie. „Głos” akordeonu dopełniła tylko swym wysokim, lirycznym śpiewem. W dwóch utworach towarzyszą jej wyważone, subtelne partie gitary (Olli Varis), które rozgrywają się na drugim planie, w niezbyt konsekwentnym unisonie, albo w urozmaicającym i wzbogacającym muzyczną akcję, niezbyt „gadatliwym” dialogu z akordeonem, albo też w osobnej, równoległej „opowieści”. Płyta z całą pewnością nie ma charakteru popisu. Pomimo sporego urozmaicenia i zmienności, nie ma tu pokazowych, karkołomnych pasaży. Pomimo wyraźnego sentymentalizmu, muzyka została zagrana powściągliwie, bez nadmiernej ekspresji. Warsztat wprzęgnięty jest w służbę konstrukcyjnej i wyrazowej prostoty, a także intensywności emocjonalnego przekazu. Solowa próba świadczy też o zaawansowanej pracy nad własnym językiem muzycznym i o długich studiach nad poznawaniem specyfiki i możliwości instrumentu. Ich bogactwo objawia się szerokim wachlarzem (niekoniecznie tylko delikatnych) nastrojów. Najczęściej przesycone są one spokojnym smutkiem i melancholią, niekiedy bywają wesołe, czasem skoczne. Są „łkające” przebiegi, dalekie reminiscencje kawiarnianych klimatów, gwałtowne i chmurne namiętności, rzewne, prawie lamentujące klimaty, szary smętek oraz romantyczna i dziewczęca, pełna harmonii i światła sielanka.

Płyta jest zróżnicowana i zmienna, a jednocześnie spójna, niczym wielowątkowa opowieść jednej osoby, pełna udramatyzowanych, a przez to trzymających w napięciu, muzycznych zdarzeń. Lekko niesie słuchacza. Na pierwszym planie są melodie, które układają się w dość rozbudowane linie. Album inspiruje się starą fińską tradycją pieśni runicznych: małych, cichych, lirycznych całostek, granych raczej wolno, płynnie i powściągliwie. Jest ich dziewięć, są niezbyt długie (trwają po kilka minut), mają klasyczną formę. Melodie akordeonu pełnią narracyjną funkcję, naśladują śpiew i – jak wskazuje sam tytuł płyty – mają za zadanie wyłuskać kryjącą się pod słowami esencję run; to, co skrywa się pod poezją. Maria czasem śpiewa po fińsku (chyba), ale czasem są to niewerbalne wokalizy. Dominują jasne, choć smutne melodie, wykonane w dwugłosie płaczliwego akordeonu i czystego, wysokiego śpiewu. Zdarzają się też szybsze, bardziej zagmatwane i „nerwowe” przebiegi, wzmocnione trzepoczącym dźwiękiem uderzanych guzików. Co przywołuje na myśl niespokojną, czasami mroczną stronę północnych nastrojów. One, dźwięki otoczenia, a także tytuły utworów (np. „Rain”, „Cranes of Spring”, „Meadows and Fields”, „Spirit of the Moon”), sugerują bliski kontakt Skandynawów z przyrodą. Przez co muzyka wywołuje żywe emocje i plastyczne skojarzenia. Mimo klasycznego zaplecza artystki, nie mamy tu do czynienia z akademicką sterylnością. Maria gra w sposób staranny, skupiony i spokojny (można właściwie powiedzieć – czuły), z dbałością o brzmienie, ale mimo wszystko naturalnie i z zaangażowaniem.

„Below Poetry” to niebanalne, wyrafinowane world music, podane lekko i przystępnie. Znacznie bardziej udane niż to cepeliowskie i – ja na mój gust – zbyt eklektyczne i popowe, w wykonaniu Aldagraz. Intymne, dojrzałe, subtelne i wyraziste. Muzyka pięknie zagrana, prosta i przejmująca.