Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (55) / 2006

Ewa Szkudlarek,

MARKETOWA HISTERIA

A A A
Już nie „świat jako scena” ale „świat jako supermarket” to metafora opisująca współczesną rzeczywistość. Otaczają nas różnorodne oferty, spadające ceny, pozłacane wyroby, finezyjnie zapakowane produkty. Człowiek w przestrzeni supermarketu czuje się zagubiony i zdezorientowany. W przestrzeni pozbawionej wyraźnego centrum, punktów orientacyjnych i tradycyjnych hierarchii nie potrafi dokonać jakiegokolwiek wyboru. Teatr Polski z Poznania dzięki sztuce Ingrid Lausund pt: „Hysterikon” pokazał histeryczne zachowanie klientów w wielkich centrach handlowych.

Konsumpcyjny rynek końca XX wieku doprowadził do absurdu iluzję spełnienia, na każdym kroku wabiąc możliwością tego, co nieosiągalne. Ogromne billboardy przekonują, że zwykły szampon może zwiększyć objętość i puszystość włosów, pachnące mydło odmłodzi i przywróci piękno skórze, a przejrzysta, koronkowa bielizna uczyni ciało doskonalszym. Poznański spektakl pokazuje nie tylko pułapki reklamy, ale codzienność w supermarkecie sterroryzowaną przez nadmiar możliwości wyboru i wartościowanie życia według oferty sklepów. Ile jesteś warta bez całej gamy markowych fatałaszków? Czy możesz oprzeć się urokowi luksusowych samochodów otoczonych wianuszkiem modelek? To już nie tylko mit kreowany przez reklamę, to jakieś konsumpcyjne katharsis, na które dajemy się ciągle nabierać, także jako widzowie, idący do teatru. Widz-klient kupił bilet, ale czy był to jego świadomy wybór? Czyżby uległ pokusie i zakupił srebrzysty papierek bez cukierka? W teatrze nie chodzi przecież o to, aby uprawiać rzeczywistość, chodzi o to, żeby o tej rzeczywistości rozmawiać. Mimo że spektakl „Hysterikon” w reżyserii Piotra Kruszczyńskiego nie stanowi koherentnej opowieści o wielkomiejskiej alienacji, ukazał niewesołą kondycję ludzkiego bytowania w konsumpcyjnych czasach.

Scenę podzielono na kilka rzędów, tym sposobem przypomina układ wielopasmowych półek i regałów w marketach, tyle że zamiast wartościowych produktów, konsumenci-aktorzy mogą nabyć jedynie odpustowe, jarmarczne baloniki na drucikach. Wszystko, co jest w zasięgu i na wyciągniecie ręki, okazuje się sztucznym światem spełnionych marzeń stworzonym przez sztab specjalistów od marketingu. Centra handlowe buduje się po to – jak pisze Zygmunt Bauman w książce „Globalizacja” – by „ludzie byli ciągle w ruchu, stale się rozglądali, dostarcza się im bez końca, ale nigdy zbyt długo, rozrywki w postaci niekończącego się pasma atrakcji; w centrum handlowym nic nie zachęca do tego, by się zatrzymać, spojrzeć jeden na drugiego, podyskutować o czymś innym niż wystawione towary”.
Aktorzy początkowo niepewnie wkraczają na scenę; poruszają się chwiejnym, sztucznym krokiem. Widzimy dziewczyny w kraciastych i falbaniastych spódnicach, kobietę w ekskluzywnym kostiumie, mężczyzn w dzierganych na drutach swetrach, wreszcie młodego człowieka w eleganckim garniturze, wszyscy są ogarnięci nieopanowanym szaleństwem zakupów. Ich powolne, mechaniczne ruchy, nagłe szarpnięcia, podkreślają poczucie zniewolenia. Scena jako supermarket obrazuje klaustrofobię, w której tkwią bohaterowie. Tutaj zostaje zamanifestowana histeria – oszalała bieganina tam i z powrotem, między tym, czego nie można znieść i tym, czego nie można mieć. Na chwilę można czasem coś kupić: miłość mieszczącą się w granicach karty kredytowej, widok pięknego ciała dziewczyny zza szyby, pachnącą latem łąkę i smak pocałunku w owocowym jogurcie. Postacie w „Hysterikonie” tworzą anonimową grupę, bezimienny tłum. To „zakupofani”, którzy sklepy chorobliwie kochają i „zakupofobi”, których paraliżuje współczesny handel. Pierwsi posłusznie wykonują polecenia: „Kup! Wybierz! Spróbuj!” Drudzy doznają stanów niepokoju tuż przed wejściem do wielkich sklepów.

Im więcej możliwości wyboru, tym bardziej się ich boimy. Dla „Dziewczyny, która ma takie nagłe impulsy” (Barbara Prokopowicz) największym życiowym dylematem jest kupno jogurtu. W końcu jaki ma wybrać: truskawkowy czy brzoskwiniowy? A dlaczego powinna odrzucić ananasowy? Jej rozbiegane oczy, podniesione łuki brwiowe, drżące palce, bezradnie opuszczane ręce świadczą o tym, że chciałaby mieć wszystkie. Ostatecznie jednak ucieka od powtarzanych do znudzenia haseł reklamowych i rezygnuje z całej oferty owocowo-mlecznych produktów. Paradoks wyboru polega na tym, iż „więcej oznacza mniej”. Tak twierdzi psycholog, Barry Schwartz. Możliwość wyboru, zamiast dawać „poczucie wolności działa na nas destrukcyjnie. Wręcz nas tyranizuje”. Natura nie przystosowała nas do podejmowania decyzji, gdy jest zbyt dużo możliwych wariantów. Erich Fromm w klasycznym dziele „Ucieczka od wolności” opisał mechanizm unikania odpowiedzialności za swe wybory. W sytuacjach nadmiaru bronimy się przed nimi, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Przytłoczona nadmiarem towarów Dziewczyna, drżąc o trafność wyboru, błądzi w sklepowych alejkach. Tak zagubiona, staje się podatna na wszelkie manipulacje. Skoro trudno dokonać błahych wyborów, tym większym problemem są decyzje życiowe. A coraz częściej rozpoznawana wśród młodych osób postawa rezygnacji nie sprzyja tworzeniu, budowaniu i zachowaniu więzi międzyludzkich.

Przechadzka bohaterów „Hysterikonu” między piętrami wielkiego sklepu momentami zaczyna nabierać charakteru jarmarcznej rozrywki. Zbudowane na scenie piętra ze szkła i aluminium to miejsce przygotowane do występu „Kobiety w zamrażarce”. Obserwujemy zaskakującą, podziwianą i jakże oklaskiwaną przez publiczność przemianę – atrakcyjna ekspedientka z działu mięsnego staje się tancerką nocnego klubu. Przypadkowi klienci – aktorzy i widzowie – coraz bardziej są pochłonięci akrobatycznym tańcem, wyrazistymi barwami podczerwieni i rytmiczną muzyką „świątyni konsumpcji”. Szereg powtórzeń quasi-erotycznego tańca przestaje jednak bawić, nudzi swoją formą i powoduje wyraźne pęknięcia w materii spektaklu. Ta hałaśliwa i kolorowa ozdóbka nie zagłuszyła sztucznie wypowiadanych dialogów, ani nie zakryła kiczowatej finałowej sceny. Świątynie konsumpcji (i sztuki?) z jednej strony obiecują tajemnicze i niezwykłe doświadczenie, z drugiej zaś muszą uciekać się do racjonalizacji po to, by obsłużyć dużą liczbę konsumentów (widzów?). Apelują więc do drzemiącego w nas dziecka, obiecują szaloną zabawę, a w efekcie rozczarowują. Zamiast mistyki, tajemnicy, magii, dostajemy balon na sznurku i perukę przypadkowej tancerki.

Centra handlowe przyciągają klientów, gdyż zaspokajają odwieczną potrzebę świętowania. Wielka ilość towarów zalegająca tysiące półek sprawia wrażenie obfitości i przesytu. Takie miejsce chce zaoferować coś więcej, niemalże religijne uniesienie. Psycholog społeczny, Sławomir Prusakowski, podkreśla, iż „konsumpcja może zastąpić religię, gdyż wydawanie pieniędzy stało się jedyną radością i drogą do wypełnienia pustki, która powstała w życiu współczesnego człowieka”. Rytuał przyjemności konsumowania nabrał charakteru społecznego wręcz obowiązku. Zasada „więcej znaczy lepiej” polega na rozbudowanych apetytach konsumenckich, nie można przestać kupować, to pewien rodzaj nie tylko stylu życia, ale i nałóg. „Kobieta w stroju od...” nie wie, w jaki sposób i w którym momencie życia wpadła w tryby ogromnej maszynerii, jaką jest moda. Teresa Kwiatkowska stworzyła bardzo wyrazistą i dynamiczną rolę. Nasycona czerwień kostiumu aktorki, o ton bledsze szpilki i okulary, wreszcie krwistoczerwona szminka w stylu Coco Chanel i Heleny Rubinstein wyróżnia aktorkę z całego tłumu anonimowych klientów. W niektórych momentach Teresa Kwiatkowska przerysowała stereotypowe gesty i zachowania business woman, ale i tak w poznańskim spektaklu udało się jej stworzyć pełen gracji wizerunek „kobiety w czerwieni”.

Ponowoczesna moda nie tylko wyznacza określony status społeczny, ale także oferuje różne przebrania, które służą do zmiany kolejnych wersji tożsamości. „Kobieta w stroju od...” każdego sezonu – dzięki zabiegom farbowania, opalania, odchudzania – tworzy nowy model własnego ciała, dopasowany do aktualnego trendu. Maskarada tożsamości w momentach między zrzuceniem a przywdzianiem nowej kreacji uwydatnia kobiecy bunt przeciwko dyktatorom mody. I wydatnie podkreśla błędne koło pragnienia i zaspokojenia. To ostatnie jest tylko chwilowe, pozorne.

Świat jako supermarket przedstawiony jest w wielu dramatach. W „Supermarkecie” Biljany Srbljanović wszelkie promocje i różne oferty stanowią kontaminację niemoralnych propozycji i przemocy. Natomiast Władysław Zawistowski w sztuce „Witajcie w roku 2002” ukazuje wielki sklep jako maszynerię pochłaniającą nie tylko czas, pieniądze, ale i myśli każdego klienta. Warszawskie centrum handlowe „Arkadia”, poznański „Stary Browar”, „Manhattan” w Gdańsku, „Galeria Kazimierz” w Krakowie, „Silesia” na Śląsku to „miejsca obfitości”, źródła wiecznego nienasycenia. A zatem klucz do odnalezienia i czerpania radości życia znajduje się gdzieś indziej niż w super-, hiper– czy megasklepie. Tylko w jaki sposób nakłonić do poszukiwań człowieka z „supermarketu życia codziennego”? Cóż, tego nie wie nawet Kasjer, czy raczej Wielki Brat ze spektaklu w Teatrze Polskim w Poznaniu.
Ingrid Lausund „Hysterikon”. Reżyseria: Piotr Kruszczyński. Choreografia: Paweł Mikołajczyk. Scenografia i kompozycja świateł: Jan Polivka. Kostiumy: Jola Łobacz. Muzyka: Bartosz Chajdecki. Projekcje filmowe: Jerzy Kopeć. Teatr Polski w Poznaniu. Premiera: 20 stycznia 2006.