ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (137) / 2009

Norbert Gstrein,

RZEMIOSŁO ZABIJANIA

A A A
Teraz nie było wątpliwości: kłócili się, patrzyłem, jak się oddalają, ona szła sztywno, podczas gdy on prze mawiał do niej, gestykulując. Dawno już przestało padać, asfalt, o ile mogłem dostrzec, zaczynał schnąć, zapadający zmrok potęgował wrażenie, jakby w filmie, który się przede mną rozgrywał, brakowało poszczególnych kadrów, zdawało się, że ich kontury na moment się zatrzymały, potem przesunęły kawałek, on jeszcze raz chwycił ją za ramię i znów puścił. Nie było daleko do zrównania dnia z nocą i nie mogłem oprzeć się fali melancholii, myśli, że się pogodzą, będą o mnie rozmawiać albo i nie, i to będzie ich życie, do którego ja nie mam dostępu. Poza mną w lokalu nie było gości, nie musiałem patrzeć w stronę baru, by mieć pewność, że kelnerka obserwuje mnie stamtąd, a kiedy wyjdę, będzie pachniało, tak jak musiało pachnieć po stworzeniu świata, wiosną i morzem, i najchętniej bym za nimi poszedł, pobiegł za ich cieniem, aż dogoniwszy ich, stanąłbym przed nimi, ciężko dysząc, nie wiedząc, czego chcę.

Nigdy nie zapytałem o tę kłótnię ani jej, ani jego, a już na pewno nie następnym razem, gdy go spotkałem dwa, może trzy dni później, kiedy we wszystkich gazetach pojawiły się doniesienia o śmierci Allmayera, a on przyszedł wzburzony do kawiarni w Ottensen, położył przede mną cały stos, poszperał w nim i wskazał jego zdjęcie. Nie wiedziałem początkowo, o co mu chodzi, ale z obowiązku patrzyłem na znaną mi fotografię, uśmiechniętą twarz na wpół w słońcu, na wpół w cieniu, migawkę, która oczywiście nie zdradzała żadnego losu, a mimo to zacząłem go w niej szukać, patrzyłem na nią, jakby była w nią wpisana cała historia, podczas gdy on nie spuszczał ze mnie wzroku. Kilkakrotnie zaczynał coś mówić, milkł jednak, a gdy wreszcie położyłem dłoń na papierze, całkiem zakrywając głowę na fotografii, spojrzał w bok, powtarzając bezustannie jedno zdanie.
– Popatrz na to – zaczynał wciąż od nowa, coraz głośniej ze wzburzenia. – Popatrz tylko na to, proszę, popatrz na to.
Poszczególne słowa na całej stronie dosłownie biły po oczach, zwroty, właściwe raczej dla początku niż dla końca wieku, i podczas gdy kolejny raz składałem litery między jego palcami: Ekspert do spraw Bałkanów zamordowany w Kosowie, nie mając pewności, czy nie przeczytałem także „korespondent wojenny”, nie przestawał powtarzać:
– Popatrz na to.
Miał rację; na myśl o tym, jak to się stało, robiło się człowiekowi strasznie, strzały zza węgła, ale nie wiedziałem, dlaczego nie mógł się uspokoić, aż wreszcie to z siebie wykrztusił.
– Był moim przyjacielem – powiedział nagle bardzo cicho. – Krótko przed tym rozmawialiśmy przez telefon.
To było trzy dni po wkroczeniu oddziałów międzynarodowych do strefy serbskiej, wszyscy mówili o nieszczęściu, a on stał tu ze skrzyżowanymi ramionami, głośno wciągał powietrze, wypuszczał je z trudem i przechwalał się, że byli sobie z Allmayerem bliscy, w co początkowo nie bardzo wierzyłem.
– Twoim przyjacielem?
Musiało to zabrzmieć ironiczniej, niż bym chciał.
– Dobrze się znaliśmy – poprawił się. – Myślisz, że chcę go sobie przywłaszczyć tylko dlatego, że jest martwy?
Wydawało się, że przykłada do tego rozróżnienia wagę.
– Co to w końcu znaczy przyjaciel?
Później powiedział, że to wszystko stare dzieje, spotykali się od czasu do czasu podczas studiów w Innsbrucku, mniej więcej przez rok, później, zanim jeszcze przyjechał do Hamburga, widzieli się tylko kilka razy, a ja pomyślałem: kolejne spotkanie po tak długim czasie, kolejna historia, która z tego powodu była tak ważna, i najchętniej bym go spytał, czy się w tym specjalizuje, ale nie dopuścił mnie do głosu.
– Pochodził z tej samej okolicy co ja – powiedział. – Być może z jednej miejscowości do drugiej przez góry nie ma nawet dwudziestu kilometrów.

I natychmiast przeszedł do ich ostatniej rozmowy, a ja przyglądałem się, jak mówiąc, wyciągał jedną ręką palce drugiej, aż trzeszczały stawy. Najwyraźniej chciał się z nim umówić i przypadkowo zastał go w Skopje, zadzwonił na krótko przed tym, jak zebrani w foyer jednego z tamtejszych hoteli dziennikarze dołączyli na granicy Macedonii z Kosowem do posuwających się naprzód oddziałów, i ucieszyłem się, że nie próbował powiększać swojej roli, nie mieszał swoich wypowiedzi z wiedzą o późniejszym nieszczęściu. Rzeczywiście nie pamiętał dokładnie, o czym rozmawiali, o jakichś bzdurach, jak sam przyznał, i zauważyłem, że męczy go, iż nie może powiedzieć nic ponadto, że Allmayer narzekał na nudę, na odrętwienie, w którym pogrążali się jego koledzy tuż przed wyjazdem, nerwowość w zadymionym pomieszczeniu, gdzie przy wszystkich stołach grano w karty i zakładano się, co pół godziny podwyższając stawkę: kiedy się wreszcie zacznie. Wzruszyło mnie, gdy usłyszałem, że zaproponował mu wyjazd na jeden dzień nad Bałtyk, ani słowa o brzemiennych w znaczenia rozmowach, które jego bliskiej śmierci nadałyby jakiś perwersyjny sens, nic o mrocznych przeczuciach, grożących niebezpieczeństwach, nie wspominając już o strachu, że może nie wrócić.

Jedynym sentymentalnym akcentem, na jaki sobie pozwolił, było to, że z uporem twierdził, iż Allmayer chciał na tej podróży poprzestać, nie jeździć już, jak w ubiegłych latach, we wszystkie możliwe regiony świata objęte wojną i postarać się w redakcji o coś spokojniejszego albo na jakiś czas poświęcić się w ogóle innym sprawom.
– Wyglądało na to, że miał już tego po dziurki w nosie – powiedział z nieznaną mi dotąd szorstkością. – Gdyby to zależało od niego, dawno by to rzucił.
Dla mnie to było za tanie, po prostu przyjąć, że umarł akurat podczas ostatniej akcji, za bardzo oparte na dramaturgii najczarniejszego scenariusza, który ma chwytać za serce, i usiłowałem mu to wytłumaczyć.
– Być może człowiek się od tego uzależnia i nie może po latach oglądania najstraszniejszych okropności wrócić do starego życia jakby nigdy nic.

A przecież ja sam nie zwracałem już prawie uwagi, gdy w gazetach dzień w dzień wyliczano cele ataków w Serbii, odkąd przed dwoma miesiącami zaczęły się bombardowania, i nie wstrząsały mną doniesienia o masakrach w całym Kosowie, muszę przyznać, że ich powtórki nie robiły na mnie wrażenia. Może to zabrzmi makabrycznie, jednak gdy czytałem o zbombardowaniu jakiegoś belgradzkiego budynku użyteczności publicznej albo mostu w Nowym Sadzie, albo fabryki czy rafinerii jeszcze gdzie indziej, a później o wioskach wokół Prisztiny czy na północy regionu, na granicy z Czarnogórą, i liczbie ludzi zabitych przez rządowe oddziały specjalne w ich własnych domach albo podczas ucieczki, musiałem bronić się przed myślą, że to jedynie straszna gra z jeszcze straszniejszym systemem punktacji. Gdy dziś patrzę na mapę z albańskimi nazwami, skopiowaną w uniwersyteckiej bibliotece, natykam się na takie miejscowości jak Krusha e Madhe, Hoça e Vogël czy Malisheva, równie dobrze mógłbym widzieć w nich liczby, tu tylu i tylu, tu znów tylu, tam czort jeden wie, ilu zamordowanych ludzi.

Ale nie rozmawialiśmy o tym wszystkim tamtego dnia, Paul raz po raz zaczynał mówić o Allmayerze, usiłując uporządkować tych kilka informacji znalezionych w gazetach, urywki o napaści na niego i jego towarzysza, przydzielonego mu fotografa, który wyszedł z tej opresji z przestrzelonym udem.
– Nie mogę pojąć, dlaczego zdarzyło się to akurat dwóm tak doświadczonym ludziom – rzucał ni stąd, ni zowąd. – Musieli być w drodze powrotnej z Kosowa do Skopje, gdy poniżej przełęczy natknęli się na blokadę.
Obydwaj najwidoczniej wyskoczyli z samochodu i przy próbie dotarcia w bezpieczne miejsce dostali się pod ogień zaporowy – mówił o tym jak fachowiec, dokładnie tak, jakby wiedział więcej niż tylko to, co przeczytał, a może zaczynał wciąż od nowa, dlatego że ja milczałem.
– Podobno trafili ich w biegu, od tyłu – powiedział. – Najprawdopodobniej i tak by to nic nie pomogło, ale dziwi mnie, że ich samochód nie był opancerzony i że nie mieli na sobie kamizelek kuloodpornych.
Chociaż droga została otwarta dla ruchu, w okolicy wciąż jeszcze musiało dochodzić do strzelanin, mówiono o wałęsających się oddziałach, poza tym był to obszar graniczący ze strefą odwrotu wojsk, skąd ostatnie wierne rządowi jednostki miały wyjść dopiero kilka dni później – taki był stan jego wiedzy i dzieląc się nią ze mną, robił mi prawdziwy wykład, by ostatecznie samemu sobie przerwać.
– To wszystko przecież nie ma znaczenia.

Patrzyłem w bok, podczas gdy on chwycił moją filiżankę i, nawet tego nie zauważając, rozlał kawę; byłem pewien, że nie chodziło mu o zamierzony efekt, gdy powtarzał, że Allmayer musiał jeszcze żyć przez kilka godzin. Słuchałem o jego walce – już samo to słowo ścisnęło mnie za gardło, bo sposób, w jaki Paul bolał nad jej daremnością, nie miał w sobie nic teatralnego. Zespół lekarzy, który pojawił się na miejscu zdarzenia i według logiki najgłupszego scenariusza przyjechał w porę, jak powiedział, pierwsza pomoc na poboczu drogi, transport helikopterem do lazaretu w Macedonii. Mówił o tym tak, jakby przez to śmierć Allmayera stawała się jeszcze bardziej niedorzeczna, jak gdyby już na długo przedtem wszystko było zdecydowane i dlatego wszelkie starania wydawały się cyniczne. Pytanie, jakim cudem w ogóle znaleziono go tak szybko, było jak uderzenie w twarz, tak samo jak informacja, że belgijska pielęgniarka nie odstępowała go ani na krok, jeśli wierzyć doniesieniom.

To wszystko miało posmak starych uprzedzeń, że Bałkany należy brać takimi, jakie są, że katastrofy są tam czymś danym przez naturę, skoro niepodobna ich wyjaśnić, i nie wiem dlaczego, ale nagle pomyślałem o swojej samochodowej podróży z dziewczyną do Grecji, jeszcze w czasach studenckich. Przypomniałem sobie podenerwowanie podczas całej drogi wzdłuż wybrzeża, z Rijeki gdzieś za Kotor, sztuczne podniecenie, gdy zawiązała na antenie samochodu białą wstążkę, jakbyśmy byli jedną z tych zapamiętałych w wierze par w podróży poślubnej, tę dziecinadę, i mój utrzymujący się niepokój, którego nie potrafię wytłumaczyć. Wrył mi się w pamięć obraz słabo oświetlonego tarasu hotelowego, tyle mogę powiedzieć, rzewna muzyka z trzeszczących głośników i my, jedyni goście, oddział kelnerek w zdrowotnych butach, jak niespuszczające nas z oka strażniczki w zakładzie zamkniętym, wizja, która później wydała mi się znamienna, choć wtedy nie przeczuwałem dlaczego.

Mniej więcej tak opowiedziałem to Paulowi i podczas gdy on przyglądał mi się, jakby się dziwił, dlaczego o tym mówię, usiłowałem okazać mu przychylność, jeszcze raz mówiąc o miejscu wypadku.
– Nie wiem dokładnie, gdzie to jest – powiedziałem. – Ale jeśli całkiem mi się nie poplątało, musiałem przejeżdżać bardzo blisko.
Tak jak oczekiwałem, dał się złapać.
– Byłeś w Kosowie?
Oczywiście nie musiałem odpowiadać. Nie czekając na moją reakcję, podniósł ręce w obronnym geście i głośno się zaśmiał, gdy chciałem podjąć wątek. Później spytał, kiedy to było, ale nim zdołałem cokolwiek wykrztusić, przypomniał sobie, że w grę wchodzi tylko okres przedwojenny.
– Więc nie można tego porównywać – podsumował z ulgą.
– Wcześniej Kosowo nie było Kosowem – dodał po chwili. – Równie dobrze mógł to być zupełnie inny kraj.

Później zaczął się rozwodzić nad ciemnym sercem kontynentu, tak patetycznie, że niemal łzawo, gdy zapytał o moją dziewczynę, opowiedziałem, że jechaliśmy bez odpoczynku po opuszczeniu wybrzeża i o tym, jak nagle zamilkła, z dłonią na moim udzie, wpatrując się w szosę, jakby się bała. Im dłużej opowiadałem, tym wyraźniej przypominałem sobie jej niepokój, narastający w miarę jak zapuszczaliśmy się w głąb lądu, i że jechałem, jakby szło o śmierć i życie, a za nami w zwolnionym tempie opadał na wzgórza welon kurzu. Być może irytowali ją ludzie na skraju drogi, mówiłem sobie, może to oni byli powodem, dla którego prosiła, żebym jechał dalej, gdy tylko chciałem się zatrzymać, i usiłowałem opisać mu postaci pojawiające się w środku pustkowia, wyłaniające się z zarośli, choć jak okiem sięgnąć nie było widać ludzkich osiedli, postaci, które spotyka się tylko na zdjęciach z początków fotografii, ta sama melancholia, ten sam ścisk, głowa przy głowie, jakby nie mieli prawa zajmować zbyt wiele miejsca, nawet jeśli w pobliżu nie było nikogo więcej, to samo wrażenie, że właśnie zdjęli z głów kapelusze i trzymają je poddańczo w rękach, choćby ich dłonie były puste.

Z trudem przychodziło mi odeprzeć takie myśli, a równocześnie obraz ten miał w sobie coś niesamowitego, niemal mistyczną perspektywę, toteż ucieszyłem się, że Paul mnie zignorował i wrócił do Allmayera. Dawno już zrobiło się późne przedpołudnie, powinienem siedzieć przy biurku, zostałem jednak i słuchałem, jak opowiada jeszcze raz od początku. Goście zmieniali się, ławki na chodniku przed kawiarnią zapełnili ludzie, świeciło słońce, a ja miałem wrażenie, jakby całe swoje życie przeżył tylko po to, by usiąść tu ze mną pewnego dnia i móc do mnie przemawiać. Zakręciło mi się w głowie i najchętniej bym mu przerwał, zbył jego monologowanie jak paplaninę dziecka, tak dalece fikcja mieszała mi się z rzeczywistością, kiedy on rzucił jeszcze, że coś o tym napisze, jest tego absolutnie pewien, i to będzie nieodwołalnie jego pierwsza powieść.
– To moja historia – powiedział, jakby musiał jej przede mną bronić. – Kto ma ją opowiedzieć, jeśli nie ja?
Przeł. Elżbieta Kalinowska