Wydanie bieżące

1 września 17 (137) / 2009

Łukasz Iwasiński,

MUZYKA TO NIEOGRANICZONY OCEAN

A A A
Rafała Gorzyckiego jazz fani kojarzą przede wszystkim z grupą Sing Sing Penelope. Jego autorska twórczość znacznie przekracza jednak ramy będącego domeną tej formacji fusion. Jako lider Ecstasy Project penetruje z powodzeniem obszary współczesnej kameralistyki. Z kolei nowy projekt, Trio Poems, przynosi pierwsze na jego artystycznej ścieżce utwory z tekstem. Zaczerpniętym ze słowiańskiej poezji słowom towarzyszą wyśmienite, abstrakcyjne, elektroakustyczne impresje.



Łukasz Iwasiński: Jaka idea przyświecała powstaniu projektu „Trio Poems”?

Rafał Gorzycki: Już od kilku lat chodził za mną pomysł wykorzystania głosu w mojej twórczości. Są w muzyce rewiry niedostępne dla muzyki instrumentalnej. Ludzki głos i słowo tworzą zupełnie nową przestrzeń, z którą chciałem się zmierzyć. Dużo słuchałem pieśni Schumanna, Schuberta czy bardziej współczesnych, kameralnych dzieł, np. Weberna (serii Lieder). To była dla mnie wielka inspiracja. Wiedziałem jednak, że nie będzie to muzyka klasyczna, bo nie jestem kompozytorem sensu stricte. Kocham jazz i improwizację. Po za tym, jestem perkusistą i to w naturalny sposób miało wpływ na moje spojrzenie na całość projektu.

Ł.I.: Jak doszło do współpracy z Dawidem Szczęsnym – młodym, ale już bardzo cenionym twórcą z kręgów elektronicznej, minimalistycznej awangardy. Zupełnie nie kojarzę Cię z takimi obszarami.

R.G.: Nie zgodzę się z Tobą. Nie dzielę muzyki twardo na klasykę, jazz, elektronikę. Muzyka albo ma coś w sobie, co mnie porusza, albo tego nie ma, bez względu na gatunek, obsadę czy formę. Reszta to problem dziennikarzy (śmiech). Obaj słuchamy muzyki bardzo różnych stylów i epok. Dawid co prawda jest muzykiem ze sceny elektronicznej, ale nic z tego nie wynika. Chołoniewski, Knittel, Sudnik co chwilę udzielają się w projektach z pogranicza współczesnej kameralistyki, elektroniki i jazzu. Debiutancka płyta Dawida, pt. „Drafts” (wydana w Monotype Records, podobnie jak Ecstasy Project i Sing Sing Penelope) bardzo mi się spodobała. Jego wrażliwość, liryzm i pewien mrok są bardzo bliskie mojemu sposobowi odbierania muzyki. Poza tym, dość długo szukałem kształtu, brzmienia Tria Poems, chciałem znaleźć oryginalne współbrzmienia. Kiedy usłyszałem dokonania Dawida wszystko stało się dla mnie jasne. Zatem decyzja o nagraniu tego albumu z nim była bardzo naturalna.

Ł.I.: Przedstaw trzeciego bohatera projektu – Krzysztofa Nowińskiego.

R.G.: Krzysztof pochodzi z Torunia, ale od wielu lat mieszka w Warszawie. Jest outsiderem. Siedzi w swoim domowym studio i realizuje własne projekty. Czasem śpiewa na jamach i grywa z Bogdanem Hołownią. Krzysztof ma własny pomysł na śpiewanie i improwizację. Kiedy zacząłem poważnie myśleć o Trio Poems, pomyślałem o jego wspaniałej, ciemnej barwie głosu i niesztampowym podejściu do improwizacji, bo nie widziałem tutaj klasycznego, jazzowego wokalu. No i zależało mi tylko na męskim głosie. To mocno zawęziło krąg wykonawców. Zarówno on jak i Dawid przystali na propozycję. Dziękuję im za to. Bez nich ta muzyka nigdy by nie powstała.

Ł.I.: Mówiłeś o idei pracy z głosem, ale ten nie zawsze w muzyce musi nieść konkretne treści. Skąd pomysł pracy z tekstem literackim?

R.G.: Pragnąc wykorzystać wokal wiedziałem, że nie może to być tylko wokaliza, czy nie daj boże scat (śmiech). Nie chciałem aby to była klasyczna płyta jazzowa, zresztą już nawet nie wiem, co to znaczy. Dlatego poezja wydała mi się najbardziej właściwym kierunkiem. Poza tym pisanie muzyki do gotowego już tekstu, to piękna przygoda i ciekawe wyzwanie. Jest już gotowa forma, w którą trzeba się wgryźć. To wspaniała szkoła dyscypliny i odpowiedzialności, a ja lubię wyzwania. Oczywistą inspiracją była też muzyka, której słucham – o czym wspominałem wcześniej.

Ł.I.: Czy Ty dokonałeś wyboru wszystkich tekstów?

R.G.: Tak. W wakacje, kiedy już miałem ułożony w swojej głowie szkielet całego projektu, zabrałem się za dobór wierszy. Objuczyłem się sporą ilości tomików – od romantyzmu po współczesność. Głównie polską i rosyjską. Nie miałem żadnego kryterium poza jednym – musi mnie poruszyć, do głębi. Z takim przekonaniem łatwiej mi będzie odnieść się do tekstu podczas samego procesu pisania muzyki. Szymborską, w przeciwieństwie do Miłosza, zawsze bardzo lubiłem, podobnie jak Białoszewskiego czy Jesienina.

Ł.I.: Opowiedz coś więcej o powodach tych wyborów...

R.G.: Pomyślałem.... skoro poezja – to tylko najlepsza. Czemu nie słowiańska, polska? Jest dużo wspaniałej literatury światowej, ale musiałem się na czymś skupić, aby nie ugrząźć w tym bogactwie. Sądzę też, że warto pokazywać nasz wielki dorobek. Goethe jest ok, ale czy Szymborska jest gorsza? „Zdumienie” czy „Wszelki wypadek” Szymborskiej to wspaniałe wiersze, z którymi od razu się utożsamiłem, to one tworzą szkielet albumu. Podobnie rzecz się ma z „Kto, co? Bo ja...” Mirona. Okazało się, że bardziej trafiają do mnie wiersze o śmierci i przemijaniu, niż miłości czy przyrodzie. Nie zaskoczyło mnie to. Kilka bliskich mi osób odeszło w tym czasie. Poza tym również w muzyce bliższe mi są nostalgiczne i mroczne albumy czy dzieła. Nie potrafiłbym napisać z przekonaniem wesołego utworu na cześć Dionizosa (śmiech).

Ł.I.: Obok zilustrowanych muzyką wierszy są utwory instrumentalne, w każdym przypadku to hołd (dla Brodskiego, Wojaczka, Różewicza). Jak to rozumieć?

R.G.: Chciałem, aby płyta była zrównoważona i nie chyliła się za bardzo w stronę utworów na śpiew z akompaniamentem. Czułem, że bogactwo tego tria polega również na możliwości ekspozycji brzmień Dawida i mojego wkładu. Podałem teksty Brodskiego i Wojaczka reszcie muzyków i zaproponowałem swobodną improwizację na temat tych wierszy. Poza tym nie byliśmy zadowoleni ze wszystkich interpretacji wierszy, stąd doszło do selekcji i późniejszej pracy postprodukcyjnej. Na miksach Dawid dodał dużo swoich pomysłów i wygenerował sporo nowych planów brzmieniowych, co umożliwiło eliminację niektórych partii. Dla mnie efekt końcowy jest bardzo satysfakcjonujący.

Ł.I.: Zgodzisz się – patrząc globalnie na Twoje projekty na przestrzeni ostatnich kilku lat – że Twoja twórczość niegdyś była bardziej dosłowna, a teraz staje się coraz bardziej abstrakcyjna? Co ciekawe – odniósłbym to także do tej płyty, pomimo wykorzystania słów, które, jak mogłoby się wydawać, powinny przemawiać w bardziej jednoznaczny sposób niż muzyka wyłącznie instrumentalna.

R.G.: Wiesz… na pewno ewoluuję jako twórca, głównie w projektach, za które jestem odpowiedzialny, jak Ecstasy Project czy teraz Trio Poems. W Sing Sing Penelope jest trochę inaczej, bo tam nie ma lidera i wszystko odbywa się na zasadzie wypadkowej naszych wspólnych doświadczeń. Uważam, że muzykę ogranicza tylko wyobraźnia. Może właśnie ona zmienia się u mnie z upływem czasu i zdobywaniem nowych doświadczeń. Dla mnie piękno muzyki polega m.in. na poszukiwaniu i odnajdywaniu nowych rewirów. Nawet na błądzeniu. Sądzę, że to naturalny proces, podczas którego odnajduje się własny styl i dojrzałość. Czuję, że znajduję powoli swój język muzyczny, pisząc, i grając. Muzyka to nieograniczony ocean.