Wydanie bieżące

15 września 18 (138) / 2009

Magdalena Kempna-Pieniążek,

KINO AKCJI BEZ AKCJI

A A A
Wszechogarniająca nuda – tym jednym określeniem można byłoby podsumować „Largo Winch” Jérôme’a Salle’a. Promowany przed zaledwie kilkoma tygodniami serią dynamicznych zwiastunów prezentujących tytułowego bohatera jako konkurenta Jamesa Bonda i Jasona Bourne’a, film okazał się przykładem kina akcji dla maklerów giełdowych. Tylko oni chyba mogą emocjonować się fabułą zogniskowaną wokół przejęcia sterów wielkiej korporacji. Współczesne filmowe trailery mają to do siebie, że bardzo często przewyższają pod wieloma względami dzieło, które promują. Nic w tym dziwnego – opakowanie musi być na tyle kuszące, by zachęcić do zajrzenia do środka. W wypadku „Largo Winch” do środka zaglądać nie ma po co – wszystko rozgrywa się na połyskliwej i całkowicie pozbawionej sensu powierzchni.

Film Jérôme’a Salle’a został oparty na komiksach Philippe’a Francque’a, inspirowanych powieściami Jeana Van Hamme’a i jako taki mieści się w kategorii modnych w ostatnich latach adaptacji tego gatunku literatury popularnej. Wiele znaków na niebie (a także taśmie celuloidowej) wskazuje na to, że mamy do czynienia z narodzinami nowej tendencji w obrębie współczesnej kinematografii głównego nurtu. Wielka popularność filmów takich jak: trylogia „Spider-Man” (2002-2004) Sama Raimiego, „Sin City” (2005) Roberta Rodrigueza, „Batman – Początek” (2005) oraz „Mroczny rycerz” (2008) Christophera Nolana, a ostatnio „Watchmen Strażnicy” (2009) Zacka Snydera świadczy o tym, iż producenci rodem z Hollywood odkryli kolejną żyłę złota. Nie od dziś wiadomo, że Ameryka komiksem stoi. Mówiąc inaczej, komiks jest symbolem amerykańskiej popkultury, jej gatunkiem koronnym, a bardzo często także zapisem spopularyzowanej hierarchii wartości – nawet, jeżeli do wartości tych twórcy komiksów takich jak „Watchmen” czy „Sin City” odnoszą się polemicznie.

W 2000 roku dekonstrukcji komiksowych stereotypów i chwytów formalno-narracyjnych podjął się M. Night Shyamalan w swoim „Niezniszczalnym”. Mniejsza o to, czy film ten można uznać za pełny sukces. Z perspektywy rozważań o fenomenie komiksu istotne jest przede wszystkim to, że twórca „Szóstego zmysłu” (1999) uchwycił w swoim dziele istotną funkcję komiksu jako medium odwołującego się nie tylko do eskapistycznych potrzeb człowieka, ale i do jego pragnienia uporządkowania rzeczywistości w oparciu o bezpieczne, binarne opozycje. Jeśli jest czerń, musi istnieć też biel, jeśli pojawia się jakiś supełotr, musi też nadejść superbohater. Nawet w najmroczniejszych opowieściach, takich jak wywodzące się z ducha noir historie zwarte na kartach „Sin City”, znajdziemy symptomy tęsknoty za tym, „jak być powinno”. Przed upadkiem w ziejącą otchłań chaosu i nihilizmu bohaterowie (a za nimi czytelnicy) mogą się zawsze obronić przy pomocy jakiegoś etosu, jakiejś wiary, jakiejś szczątkowej nadziei, że na przykład ocalenie życia dziecka jest tym, co należy zrobić.

Wspominam o tym, ponieważ w Europie komiks nie pełni aż tak doniosłej roli jak po drugiej stronie Atlantyku, nie funkcjonuje i chyba nigdy nie funkcjonował jako wariant mitologii, a do takiej właśnie rangi urosły przecież amerykańskie opowieści o Supermanie czy Batmanie. Również i filmowe adaptacje tego gatunku pojawiają się u nas sporadycznie i na ogół odnoszą przeciętny sukces. „Immortal – Kobieta pułapka” (2004) okazał się nieudaną próbą przeniesienia na ekran komiksowej „Trylogii Nikopola” Enkiego Bilala. Cykl filmowych opowieści o Asteriksie i Obeliksie przypadł do gustu tylko części fanów komiksu i jego animowanej wersji. „Blueberry” (2004) Jana Kounena, oparty na serii autorstwa Moebiusa, zyskał ograniczone grono zwolenników. Jaki los czeka filmową opowieść o młodym buntowniku o imieniu Largo?

Powiedzmy wprost: Largo Winch (Tomer Sisley), przynajmniej w filmowej wersji, nie posiada cienia charyzmy Jamesa Bonda. Nie towarzyszy mu też romantyczna aura spowijająca postać Jasona Bourne’a, choć podobnie jak on, Largo ma spore problemy z własną tożsamością. Sierota z Półwyspu Bałkańskiego, adoptowany we wczesnym dzieciństwie prze miliardera Nerio Wincha (Miki Manojlović), rozbija się po świecie, prowadząc awanturniczy tryb życia, który ma być chyba jakąś próbą zapełnienia istotnego wewnętrznego braku oraz przeciwstawienia się dość zasadniczemu przybranemu rodzicowi. W kłopoty Largo pakuje się z równą ochotą jak w przygodny (i oczywiście namiętny) seks z pięknymi nieznajomymi. Jest wykształcony, przystojny, a dla swoich wrogów potrafi być niebezpieczny. Nie wie jeszcze oczywiście, że tych ostatnich powinien szukać wśród swoich najbliższych, ale prędzej czy później to zrozumie, tak samo jak prawdę, że o tym, kim jesteśmy, decyduje nie to, skąd pochodzimy, ale jak kierujemy własnym życiem. Oto i cała mądrość filmu Jérôme’a Salle’a.

Francuzi mają całkiem przyzwoitą tradycję kina akcji. Luc Besson na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ustanowił w tej mierze pewne standardy, sprawnie posiłkując się popularną wersją filmowego postmodernizmu i jego wpływem na amerykańskie kino gatunków. Jak wiadomo, kino akcji, podobnie jak komiks, to specjalność amerykańska, Jérôme Salle zatem również próbuje nawiązać do hollywoodzkich standardów. Z jakim efektem? Z takim, że ten, kto widział niezwykle dynamiczny zwiastun „Largo Winch” w telewizji, zobaczył w zasadzie osiemdziesiąt procent akcji całego filmu. Chodzi mi przy tym nie tyle o stężenie strzelanin i bójek na metr taśmy filmowej, co o sposób podania tychże sekwencji. Bohaterowie filmu przenoszą się z kontynentu na kontynent, strzelają i biją się, jednak dramatyzmu nie ma w tym żadnego. Salle zapomniał najwyraźniej, że napięcie w filmie akcji to składnik, którego nie zapewni automatycznie spory budżet. Trzeba się solidnie napracować, obudzić w widzu jakiś stosunek emocjonalny do głównego bohatera i jego problemów, w wiarygodny sposób powiązać go z innymi postaciami, wreszcie – opanować umiejętność narracyjnego dynamizowania przedstawionych wydarzeń. Tymczasem narrację w sekwencjach akcji w „Largo Winch” zastępuje teledyskowy montaż, a budowanie relacji między postaciami sprowadza się z jednej strony do nudnych dyskusji o giełdzie, z drugiej – do retrospekcji przedstawiających losy Nerio i Largo, w których twórcy filmu najwyraźniej nie umieli wyjść poza schemat „buntownik kontra zasadniczy ojciec”. W rezultacie „Largo Winch” – chociaż zawiera większość fabularnych elementów niezbędnych w kinie akcji – to film zaskakująco nudny.

To, że filmowy Largo wydaje się postacią miałką i pozbawioną charyzmy, jest nie tyle winą Tomera Sisleya, co tych, którzy obsadzili go w tytułowej roli. Wszak egzystencjalny niepokój bohatera sprawia wrażenie zaledwie pozoru jakiegoś głębszego znaczenia, a twórcy filmu ledwo maskują fakt, iż bardziej zależy im na tym, by Sisley dobrze się w ich dziele prezentował, niż żeby dobrze grał. I naprawdę szkoda Mikiego Manojlovicia, znanego między innymi z filmów Emira Kusturicy, który będąc świetnym artystą, dostał rolę Nerio chyba tylko dlatego, że jest jednym z najbardziej znanych aktorów pochodzących z Półwyspu Bałkańskiego.

Pozór sensu i brak głębszych znaczeń w przypadku kina rozrywkowego nie jest oczywiście jakąś szczególną wadą. Nikt nie oczekuje przecież od tego typu filmów metafizycznej doniosłości rodem z filmów Tarkowskiego czy psychologicznych subtelności, w jakich celował Bergman. Zdecydowanie bolesne wydaje się jednak to, że Jérôme Salle i jego koledzy zaprojektowali bezmyślny odbiór swojego dzieła. Zupełnie tak, jakby założyli, że widzowi, do którego kierują swój przekaz, jest w zasadzie wszystko obojętne, byleby na ekranie było kolorowo, co jakiś czas ktoś spektakularnie ginął, a jakaś aktorka pokazała nagi biust. Dywagacje na temat giełdowych zależności to tylko kolejna zasłona, mająca dać widzowi do zrozumienia, że w tym filmie można znaleźć cokolwiek inteligentnego.

Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie mam nic przeciwko bezmyślnemu kinu rozrywkowemu, w którym absurdalna akcja prezentowana jest w atrakcyjny sposób. Ale nudny film akcji, w którym estetyka powierzchni nie spełnia swej funkcji, a od akcji bardziej istotne są akcje i obligacje, to już zdecydowanie za wiele. Kto zatem chce obejrzeć porządnie skrojony thriller korporacyjny, niech wypożyczy sobie na DVD „Michaela Claytona” (2007) Tony’ego Gilroya. Zwolennikom adaptacji komiksów polecam „X-Men Genezę: Wolverine’a” Gavina Hooda (2009), fanom bałkańskich klimatów z kolei „Obiecaj mi!” (2007) Kusturicy. A „Largo Winch” niech sobie za karę oglądają jego twórcy.
„Largo Winch”. Reż.: Jérôme Salle. Scen.: Jérôme Salle, Julien Rappeneau. Obsada: Tomer Sisley, Kristin Scott Thomas, Miki Manojlović. Gatunek: film akcji. Francja 2008, 108 min.