Wydanie bieżące

15 września 18 (138) / 2009

Tadeusz Kosiek,

ISSAC HAYES

A A A
“Hot Buttered Soul”. Stax, 1969.
To dobry rok dla fanów Isaaca Hayesa, najpierw wznowiono „Czarnego Mojżesza”, teraz zremasterowanej reedycji doczekała się pierwsza wielka (a druga w dyskografii) płyta Isaaca „Hot Buttered Soul”. Wydany oryginalnie w 1969 roku, album wypada zaliczyć do grona najświetniejszych wydawnictw w dziejach dwudziestowiecznej muzyki popularnej.

Początkowo nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Oto stosunkowo młody, aczkolwiek mogący się już poszczycić sporym doświadczeniem, songwriter, aranżer i producent, po raz drugi podjął próbę nagrania solowego albumu. Pierwszy „Presenting Isaac Hayes” przeszedł bez większego echa, po drugim również nie spodziewano się wielkiego sukcesu. Początkowo nie przewidywano nawet wydania żadnego promującego go singla, dopiero sukces longplaya (HBS dotarł do ósmego miejsca listy Billboardu w kategorii pop), skłonił kierownictwo wytwórni Stax do zmiany zdania i wypuszczenia dwóch całkiem dobrze radzących sobie na listach przebojów siedmiocalówek (omawiana edycja „Hot Buttered Soul” zawiera oba nagrania jako bonus). Na wspomnianych singlach znalazły się mocno skrócone wersje utworów „By the Time I Get to Phoenix” (przycięta z dziewiętnastu do siedmiu minut) oraz „Walk On By” (ta z kolei z dwunastu do czterech i pół), przyznać jednak należy, że oba nagrania dużo lepiej wypadają w kompletnej formie.

„Hot Buttered Soul” to nie tylko jeden z kanonicznych albumów nurtu soul, lecz przede wszystkim punkt zwrotny w karierze Hayesa. Ceniony wcześniej jako autor (to on jest współodpowiedzialny za takie standardy jak „Hold On! I’m Coming” czy „Soul Man”), aranżer i muzyk sesyjny, po premierze płyty stał się wielką gwiazdą. Dobra passa trwała jeszcze kilka lat, Hayes wydawał kolejne single i longplaye, komponował na potrzeby filmu (m.in. klasyczną ścieżkę do „Shaft”), dość szybko też pojawił się na dużym ekranie (w tym miejscu wypada wspomnieć kultową „Ucieczkę z Nowego Jorku”), potem przyszły lata chudsze. Comeback nastąpił dopiero w połowie lat 90., kiedy na listę najlepiej sprzedających się płyt trafił album „Branded”, niedługo potem Hayes trafił do serialu „South Park” wypożyczając swój niski seksowny głos Chefowi.

Wróćmy jednak do roku 1969. Otoczony gronem doświadczonych producentów, wspomagany przez kilku realizatorów i aranżerów, w towarzystwie mocno rozbudowanego składu instrumentalistów, wśród których prym wiodła powoli dochodząca do siebie po katastrofie lotniczej, w której zginęli Otis Redding i kilku jej członków, formacja Bar-Keys, oraz gronem chórzystek, Hayes przedstawia swoją autorską wersję southern soul. Na „Hot Buttered Soul” zaskakuje co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze – uznany jako autor Hayes poza jednym wyjątkiem zapełnia swój album piosenkami innych twórców; po drugie – jako aranżer (wypada nadmienić, że w przypadku HBS Hayes nie był jedynym), do monumentalnych rozmiarów (zarówno czasowych, jak i aranżacyjnych) rozbudowując błahe zdawałoby się pioseneczki i po trzecie – jako muzyk soulowy, nagrywając cover wielkiego przeboju country. W tym szaleństwie jest jednak metoda, kompozycje Bacharacha, Chalmersa oraz Webba to małe arcydzieła nurtu pop, podrasowane aranżacyjnie przez Hayesa i jego współpracowników stają się soulowo-gospelowo-funkowymi mini-suitami, których teksty niespodziewanie zyskują egzystencjalny wymiar o nie-popowej zgoła głębi.

Wszystko to razem sprawia, że „Hot Buttered Soul” jest płytą ponadczasową, albumem, który brzmiał rewolucyjnie w latach 60. i który m.in. dzięki remasteringowi brzmi świeżo również i w XXI wieku. Jest płytą, którą pokochali wszyscy: słuchacze, krytycy i inni artyści (a warto wspomnieć, że HBS samplowany był m.in. przez Wu Tang Clan, 2Pac-a, Notoriousa B.I.G., Public Enemy i N.W.A., oraz że jest to jedna z ukochanych płyt Henry’ego Rollinsa).

Tadeusz Kosiek