Wydanie bieżące

1 października 19 (139) / 2009

Piotr Szulc,

„BASQUIAT” – TRUDNA SZTUKA BIOGRAFII

A A A
Początek lat 80. w Ameryce był czasem wielkich przemian – nie tylko w gospodarce czy polityce (prezydentura Ronalda Reagana, koniec recesji z lat 70.), ale przede wszystkim w sztuce. Pop-art jak fala przetoczył się przez cały kontynent, niemal doszczętnie uśmiercając sztukę współczesną. Stworzyło to pole dla szeregu indywidualności, które z czasem zapoczątkowały artystyczną odnowę. Twórców skupił neoekspresjonizm. Ze względu na swe intuicyjne podstawy, wyrażające się w na pozór niestarannym stylu, ruch ten w mig zaadoptowało wielu amatorów. Modne stały się graffiti i tzw. subway art – rysunki umieszczane w korytarzach i na peronach metra. Jednym z artystów reprezentujących te nurty był Jean-Michael Basquiat (22.11.1960 – 12.08.1988), natchniony hobo, malarz i poeta, syn Portorykanki i Haitańczyka, który swe krótkie abstrakcyjne hasła wypisywał na ścianach budynków nowojorskiego Manhattanu.

Film „Basquiat – Taniec ze śmiercią” z 1996 roku w reżyserii Juliana Schnabla przynosi obraz krótkiego życia artysty (w roli tytułowej Jeffrey Wright), począwszy od jego artystycznych wprawek, podpisywanych enigmatycznie inskrypcją SAMO (SAME OLD SHIT), przez pierwszą znaczącą wystawę zorganizowaną przez włoską marszandkę, Anninę Nosei (Elina Löwensohn), kolejne sukcesy i wytężoną pracę twórczą, znajomość z Andy Warholem (w tej roli zdumiewający David Bowie), na uzależnieniu od narkotyków i artystycznym kryzysie skończywszy. Biografia nie byłaby jednak pełna, gdyby nie odwołania do licznych relacji Basquiata zarówno z ludźmi sztuki, jak i jego przyjaciółmi czy rodziną. Jedną z osób stanowiących stały punkt odniesienia w życiu malarza jest Gina Cardinale (Claire Forlani), ukochana artysty. Poznajemy także Benny’ego Dalmau (Benicio Del Toro), przyjaciela i towarzysza Basquiata jeszcze z czasów, gdy to bramy i mury kamienic stanowiły dla niego właściwą galerię. Nie mniej istotny jest wątek przywiązania artysty do matki, kobiety zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym, którą malarz regularnie odwiedza. W filmie nie zabrakło i postaci reżysera, Alberta Milo, w którego wcielił się Gary Oldman. Z innych sław warto wspomnieć chociażby o Christopherze Walkenie w roli dziennikarza przeprowadzającego z Basquiatem wywiad, a także o Dennisie Hopperze, grającym znanego w latach 80. szwajcarskiego marszanda, Bruno Bischofbergera.

Za sprawą filmu Schnabla poznajemy historię człowieka o niebywałej wręcz różnorodności zachowań i doznań, człowieka, który w jednej chwili gotowy był spędzić noc w parku przykryty kartonami, by w następnej wejść do restauracji i sprzedać swe pocztówki Andy’emu Warholowi. W istocie dezynwoltura, tak w sztuce, jak i w obcowaniu ze światem, była dla Basquiata naturalnym sposobem na życie, stąd też artysta w filmie Schnabla to postać pełna sprzeczności – z jednej strony skryta i małomówna, z drugiej zaś pewna siebie i samodzielna, w pełni świadoma swego artystycznego powołania. I nawet gdy niekiedy niebezpiecznie ociera się o banał, traktując malarstwo jako środek do pozyskania sławy i bogactwa, mamy wrażenie obcowania z nietuzinkową osobowością. Lecz Basquiat to także postać tragiczna – więzień własnego talentu, głęboko przeżywający artystyczną samotność. Ofiarami takiego modelu życia stają się kolejne związane z nim osoby. Widzimy to wyraźnie na przykładzie Giny, kobiety z wolna usuwanej poza krąg zainteresowania, jednocześnie zaś nieustannie oddanej malarzowi. Kolejnymi ofiarami Basquiata stają się z czasem krytyk sztuki Rene Ricard (Michael Wincott), a także Benny Dalmau i Annina Nosei.

Nie należy bynajmniej uważać, iż obraz sztuki uzurpującej sobie prawo do panowania nad każdym elementem życia artysty w filmie „Basquiat…” jest szczególnie odkrywczy. Przykładem mogą służyć inne biografie malarzy („Picasso – Twórca i niszczyciel” Jamesa Ivory’ego z 1996 roku, „Pollock” Eda Harrisa z 2000 roku), w których podobny akcent również się pojawił. W przypadku filmu Schnabla co innego zasługuje na uwagę. Mianowicie, sposoby radzenia sobie z owym uzurpatorem – nieprzejednanym, lecz równocześnie gwarantującym bezpieczeństwo. Oglądając dzieło reżysera, stajemy się świadkami rozpaczliwej szamotaniny głównego bohatera, który stara się uciec zarówno przed samym sobą, tj. własną świadomością, jak i przed wszelką racjonalnością otaczającego go świata. W efekcie artysta bez przerwy gubi się w sytuacjach przekraczających prostotę aktu tworzenia, który jest dla niego sprawą intuicji, nie zaś dojrzałych, przemyślanych decyzji. Remedium na ciężar i złożoność życia Basquiat odnajduje wreszcie w narkotykach (w przypadku Pollocka był to alkohol, u Picassa, być może, kobiety). Jego tęsknota za błogim, nieskomplikowanym bytem, gdy tylko przycichną głosy uznania, bierze górę nad jego sztuką, którą jak ciężar gotów jest odrzucić w imię przyszłej szczęśliwości.

Basquiat jednakże aż do ostatnich minut filmu pozostaje nieodgadniony. Twórcy, na całe szczęście, oszczędzili nam tanich sentymentalnych chwytów czy nostalgicznych rozpamiętywań nieżyjącego już artysty. Ogromną zasługę ma tu Jeffrey Wright; jego kreacja, oparta na zacieraniu granicy między rolą a aktorem, na długo zapada w pamięć i pozwala widzowi zbliżyć się do malarza. Wright i Bowie stanowią przy tym znakomity duet wybitnych przedstawicieli artystycznej nowojorskiej sceny. Warhol Bowiego jest delikatny i wycofany, a przy tym nieludzko zmanierowany i jakby nieprawdziwy – zupełnie jak ekspozycja z jego Fabryki. Potrafi być jednak oddanym przyjacielem i nie sposób dziwić się, że Basquiat płacze na wieść o jego śmierci. Nie gorzej spisała się także Claire Forlani, której wyjątkowa uroda modelki ani na moment nie odbiera dramatyzmu granej przez nią bohaterce. Również pozostali aktorzy wcielający się w postaci drugoplanowe i epizodyczne nie przemykają tu jedynie od czasu do czasu na ekranie, ale zostawiają wyraźny i trwały ślad.

Niestety, odrobinę gorzej jest już z samym scenariuszem. Lech Majewski w opublikowanym w książce „Basquiat – nowojorska opowieść filmowa” wywiadzie udzielonym Jerzemu Illgowi zdradził, jak i dlaczego zainteresował się życiem Jeana-Micheala. Polski reżyser i współscenarzysta filmu Schnabla nazwał Basquiata współczesnym Leonradem da Vinci, który, podobnie jak wielki malarz renesansu, unifikował świat ze znanych mu okruchów rzeczywistości. Amerykański artysta w sposób dosłowny eksploatował współczesność, z której poszczególnych elementów (języka, popkultury, ekonomii, sztuki), korzystał jak z tworzywa. Jego obrazy pełne są przypadkowości i bałaganu, zupełnie jak czasy, w których przyszło mu żyć.

Czytając dalej wyżej wspomniany wywiad, dowiadujemy się także, jak wyglądała praca nad scenariuszem, począwszy od zbierania materiałów, aż po pierwszy gotowy skrypt. Po trzech latach poszukiwań scenariusz był skończony. Nie przypadł on jednak do gustu potencjalnym dystrybutorom, ze względu na swój mroczny i drastyczny charakter. Doprowadziło to do złagodzenia jego ostatecznej wersji, której autorem w dużej mierze był Schnabel, ostatecznie także pełniący rolę reżysera filmu. I choć ten debiutujący wówczas twórca, wybitny malarz i rzeźbiarz, bliski przyjaciel Basquiata, obecnie znany jako autor „Motyla i skafandra” (2007), z filmem poradził sobie bardzo sprawnie, zarówno dialogi jak i kompozycyjność scen utrzymują się stale na bezpiecznym przedprożu prawdziwej wielkości. Wszelkie ryzykanctwo, cechujące większość arcydzieł, zostaje tu właściwie zredukowane do minimum, a historia życia samego malarza, która miała okazać się tak skandalizującą, w rzeczywistości jest niestety zaledwie niegrzeczna. Bynajmniej nie chodzi mi tu o epatowanie tylko tym, co bulwersujące czy niesmaczne, ale o to, że wielkie biografie domagają się wielkich ekranizacji, stąd też każdą z takich inicjatyw winno się oceniać z pełną surowością. Na surową ocenę zasługuje scenariusz i tego filmu, który miast rozpędzić się śmiało daleko poza przepisową prędkość, utrzymuje bezustannie swój poprawny, równy bieg. Szczęśliwie dla dzieła znalazły się w nim także i pewne perełki. Duże wrażenie wywiera scena z Christopherem Walkenem, który jako interlokutor Basquiata jest na zmianę ignorancki i dociekliwy, co umożliwia mu z kolei obnażenie motywacji artysty. Inną, równie udaną sceną jest ta, w której Gina budzi się po tym jak Basquiat zamalował jej odzież i obrazy. Pozwala nam ona choć odrobinę zrozumieć sposób, w jaki funkcjonował umysł malarza, a także przekonać się o sile jego osobowości.

Z techniczną stroną filmu jest niestety podobnie jak ze scenariuszem. Niby wszystko gra i sprawdza się w opowieści, ale od rasowego estety, jakim jest Schnabel, spodziewamy się de facto nieco więcej. Zdjęciom, za które odpowiedzialny był Ron Fortunato, trudno coś zarzucić. Nie zmienia to jednakże faktu, iż poziom malowniczości poszczególnych ujęć nie do końca dorównuje charakterowi filmu. Owszem, mamy ładnie sfotografowany Nowy Jork z jego niepowtarzalnym klimatem wielkomiejskiego pejzażu lat 80., mamy odrobinę popartowego zacięcia, ale to niestety wszystko. Na usta ciśnie się, siłą rzeczy, zdanie: a gdyby tak bardziej… Za to o wiele lepiej jest w filmie z muzyką. Julian Schnabel sięgnął po utwory wielu znamienitych twórców, których muzyczne dokonania, często dalekie od mainstreamu, kształtowały (i kształtują) muzyczną wrażliwość globu na przestrzeni dekad. Usłyszymy zatem Toma Waitsa, Johna Calea, PJ Harvey i oczywiście Davida Bowie, a także wielu innych interesujących wykonawców.

Bez względu na to, jak wiele złego nie napisałbym o filmie „Basquiat – Taniec ze śmiercią”, dzieło Schnabla w zestawieniu z innymi filmowymi biografiami i tak broni się znakomicie. Reżyser w charakterystyczny dla siebie sposób odkrył przed nami fragment wszechświata z fascynującą plejadą osobowości, za co bez wątpienia należą mu się laury. Tym bardziej, że „Basquiat” nie jest wyłącznie biografią artysty, ale także bardzo subtelnym studium tak artystycznych, jak i społecznych nastrojów tamtych czasów. Mam nadzieję, że dla każdego, kto sięgnie po ten film, koleje losów malarza okażą się inspirujące.
„Basquiat – Taniec ze śmiercią” („Basquiat”). Reż.: Julian Schnabel. Scen.: Julian Schnabel, Lech Majewski. Obsada: Jeffrey Wright, Michael Wincott, Benicio Del Toro, Claire Forlani, David Bowie, Dennis Hopper, Gary Oldman. Gatunek: film biograficzny. USA 1996, 108 min.